Spurensuche - Wir über uns
Wir über uns | Begegnungen | Studienreisen | Dokumentarfilme | Partner | Ausstellungen
   
09.07.2008 2 Artikel zum Treffen ehemaligen und heutigen Bewohner Sellins (Zielin) (leider nur in polnischer Sprache)
 

Monika Stefanek - Polacy i Niemcy z Zielina spotkali się po latach
Robert Ryss - Ojczyzna to niekoniecznie kraina dzieciństwa

   
07.05.2008

Infos zu Veranstaltungen u.a. im Jahr 2008 / Informacje o imprezach etc. w roku 2008

 

(1) Programm zum Pfingsttreffen ehemaliger und heutige Bewohner von Nowe Warpno / Neuwarp am Stettiner Haff /
Spotkanie w Nowe Świątki dawnych i dzisiejszych mieszkańców Nowego Warpna / Neuwarp nad Zalewem Szczecińskim

(2) Programm zum ersten Treffen der ehemaligen und heutigen Bewohner Sellins (Zielin) /
Pierwsze spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkańców Zielina (Sellin)

(3) Programm Eberswalde / Zielona Góra (Grünberg) – Skwierzyna (Schwerin a.d. Warthe) /
Program Eberswalde / Zielona Góra (Grünberg) – Skwierzyna (Schwerin a.d. Warthe)

   
11.03.2008 Zur Geschichte der Juden im niederschlesischen Grünberg - Bitte melden Sie sich bei uns, wenn Sie sich mit diesem Thema beschäft /
Historia Zydów z Zielonej Góry (dawniej Grünberg). Prosimy o informacje, jesli ktos z Panstwa zajmowal sie lub zajmuje tym temat

  zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
   
08.11.2007 Filmvorführung / Pokaz filmowy "Coffee Beans for a Life" mitanschließender Diskussion und späterer Polemik
 

Am 8.11. wurde im Kulturhaus in Chojna (ehemals Königsberg) der Film "Coffee Beans for a Life" gezeigt. 2004 besuchte der 84-jährige Norman Salsitz aus den USA zum ersten Mal nach 57 Jahren seinen Heimatort Kolbuszowa in Südpolen, wo es keinen einzigen Juden mehr gibt. Helga Hirsch hat ihn mit der Kamera begleitet. Eine spannende Spurensuche. Zur Filmvorführung waren etwa 150 Personen erschienen, unter ihnen sehr viele Schülerinnen und Schüler. Der Filmvorführung schloss sich eine Diskussion und später eine Polemik in der Gazeta Chojenska an.

GCh Nr. 44: Tylko wielki żal
GCh Nr. 46: Ziarenka prawdy
GCh Nr. 48: Polemika o "Ziarenkach kawy"
GCh Nr. 49: Rozne oblicza antysemityzmu

   
31.07.2007 Hinweis auf neue Presseartikel zum Workshop Juden im deutsch-polnischen Grenzgebiet – Spurensuche
  Hartmut Bomhoff, Uwe Stiehler
  Robert Ryss, Ewa Czerwiakowska und Dr. Reinhard Schmook
   
07.07.2007 Hinweis auf die Übersetzung von Pierwsze spotkanie w Czelinie (Bogdan Twardochleb)
  Bogdan Twardochleb: Geschichten über ein Paradies an der Oder (Kurier Szczeciński)
   
16.06.2007 Hinweis auf den Presseartikel von Dietrich Schröder: Nach Pulverkrug über Afrika
  KarlHeinz Schneider entdeckte als Pensionär seinen Geburtsort östlich der Oder wieder, den er als Neunjähriger hatte verlassen müssen
   
17.06.2007 Workshop: Juden im deutsch-polnischen Grenzgebiet – Spurensuche (am 17.06.2007)
Seminarium: „Żydzi na polsko-niemieckim pograniczu – po śladach” (17.6.2007)
  zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
 
Hartmut Bomhoff Spurensuche an der Oder
Jüdisches im deutsch-polnischen Grenzgebiet
(Jüdische Zeitung, 16.07.2007)
Uwe Stiehler Aus Synagoge wurde Wohnhaus (MOZ, 18.07.2007)
Robert Ryss Dziedzictwo niczyje („Gazeta Chojeńska” numer 27 z dnia 03.07.2007)
Ewa Czerwiakowska Jüdische Spuren im deutsch-polnischen Grenzgebiet (SŁOWO, Nr. 75)
Dr. Reinhard Schmook Jüdischem Leben an der Oder auf der Spur (MOZ, 19.06.2007)
   
28.05.2007 Nowe Warpno begegnet Neuwarp und seiner Geschichte
Spotkanie Nowego Warpna z Neuwarp i swoją historią
  zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
   
Robert Ryss

Pierwsze spotkanie (Gazeta Chojeńska, 29.05.2007)

   
Bogdan Twardochleb Pierwsze spotkanie w Czelinie (Kurier Szczeciński, 31.05.2007) (deutsche Übersetzung)
   
Dietrich Schröder

"Geschichte(n) aus Czelin"
Frühere deutsche und heutige polnische Bewohner eines kleinen Ortes an der Oder tauschten ihre Erinnerungen aus (MOZ, 21.05.2007)

  Ein Artikel vom Dietrich Schröder vom 21.05.2007 zum Treffen ehemaliger und heutiger Bewohner in Czelin/Zellin.
   
18.05.2007 Die Oder wird uns verbinden – Odra nas łączy
Odra nas łączy – Die Oder wird uns verbinden
 

Wir möchten Sie über zwei Treffen ehemaliger und heutiger Bewohner (in Czelin/Zellin und Nowe Warpno/Neuwarp) informieren, die wir als Projekt "Spurensuche - alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion" unterstützen.

Pragniemy poinformować Państwa o dwóch spotkaniach dawnych i dzisiejszych mieszkańców polsko-niemieckiego pogranicza, współorganizowanych w ramach projektu „Po śladach – stara, nowa, obca mała ojczyzna“.

zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej

   
DPGB ... es gibt auch gute Nachrichten!
... sa i dobre wiadomosci!
 

Wir freuen uns, Ihnen zwei Artikel von Dariusz Baranski aus der Gazeta Wyborcza in Gorzow über die dortigen Feierlichkeiten zum Tag der Erinnerung und Versöhnung zur Verfügung zu stellen ...

zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej

   
09.02.2007 Planung für das Projekt "Spurensuche - alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion" für das Jahr 2007
  zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
   
Dietrich Schröder "Eine Liebe überbrückt 50 Jahre"
Elwira Profé aus dem früheren Bärwalde heiratete den Polen Fortunat Mackiewicz, den sie 1947 kennengelernt hat (MOZ, 18.10.2006)
 

„Zuerst Mensch, dann Pole"
Der 76jährige Heimatforscher Zbigniew Czarnuch wehrt sich gegen unkritischen Patriotismus in seinem Land (MOZ, 22.12.2006)

 

Erste Sabbat-Feier nach 75 Jahren
Ein polnischer Lehrer erforscht im früher deutschen Grünberg die jüdische Vergangenheit der Stadt (MOZ, 06.02.2007)

  Neu: Nach Pulverkrug über Afrika
KarlHeinz Schneider entdeckte als Pensionär seinen Geburtsort östlich der Oder wieder, den er als Neunjähriger hatte verlassen müssen (MOZ, 16.06.2007)
   
18/19.11.2006 Was ist Heimat? / Czym jest mała ojczyzna?
Spurensuche in der deutsch-polnischen Grenzregion – alte, neue, fremde Heimat /
Po śladach na polsko-niemieckim pograniczu – stara, nowa, obca mała ojczyzna
  18./19. November 2006, Frankfurt (Oder) / Słubice (Collegium Polonicum) /
18/19 listopada 2006, Frankfurt n. Odrą / Słubice (Collegium Polonicum)

zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
   
DPGB

Spurensuche – Po sladach – in der deutsch-polnischen Grenzregion oder:
Alte, neue, fremde Heimat im Oderraum?

 

Der Vortrag auf der Konferenz Oder-Odra an der Europauniversität Viadrina vom 27.-30.4.2006 von Ruth Henning.

zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej

   
Robert Ryss Jak to z bitwą pod Cedynią było
  Otrzymaliśmy list od czytelnika w związku z naszymi tekstami o wykrzywianiu i naciąganiu historii poprzez obchody "wyzwolenia" czy "powrotu do macierzy" ziem Pomorza Zachodniego. Oto istotne fragmenty listu:
   
01.04.2006 Planung für das Projekt Spurensuche in nächster Zeit (Update am 21.06.06)
 

zweisprachiger Text – tekst dwujezyczny / polnische Fassung unten – polska wersja ponizej
21.06.06 Update! Terminverschiebung

   
DPGB Spurensuche / Po sladach.
  Alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion. /
Stara, nowa, obca mala ojczyzna na polsko-niemieckim pograniczu
   
Robert Ryss Wie man es in Chojna sieht / Z perspektywy Chojny
 

Ende November 2005 veranstaltete die Ostseeakademie in Travemünde eine Tagung zum Thema „Europa gestalten – deutsch-polnische Zusammenarbeit – aber wie?“. Eingeladen waren Deutsche und Polen, die sich mit den grenzüberschreitenden Fragen befassen. Wir hinterlegen hier den stark gekürzten Vortrag von Robert Ryss aus Chojna. /
Pod koniec listopada tego roku Ostseeakademie w Travemünde zorganizowala konferencje pod haslem „Ksztaltowac Europe – wspólpraca polsko-niemiecka – ale jaka?” Do wspólnej dyskusji zaproszeni zostali Polacy i Niemcy zajmujacy sie transgranicznymi problemami. Przedrukowujemy skrócony tekst wystapienia Roberta Ryssa z Chojny.

   

Polacy i Niemcy z Zielina spotkali się po latach

Monika Stefanek, Głos Szczeciński, 04.07.2008

Niemcy nie chcieli stąd wyjeżdżać, Polacy tu przyjechać.

Spotkanie na progu wspólnego domu: - W tym domu się urodziłem - oznajmia z dumą Friedrich Mannigel. - Ja też - odpowiada mu Stanisław Panas (z lewej), 60-latek, którego rodzice wprowadzili się tutaj po wojnie.

Po ponad 60 latach od zakończenia drugiej wojny światowej coraz więcej osób uświadamia sobie, że dramatyczna odmienność losów może łączyć oba narody.

Friedrich Wilhelm Mannigel przyjechał do Zielina koło Mieszkowic po raz trzeci. Od czasu, gdy był tu Sellin zmieniło się bardzo wiele. Poruszający się z trudem o lasce 81-latek doskonale jednak przypomina sobie, gdzie przed wojną stała szkoła, gdzie była gospoda, gdzie kto mieszkał. Za każdym razem, gdy ogląda budynek, wydaje mu się znajomy, mężczyzna wyraźnie ożywia się.

- Moja rodzina była tu od zawsze, z dziada pradziada - opowiada Friedrich Mannigel. - Gospodarstwo ojciec przekazywał zawsze najstarszemu synowi. I tak było przez całe pokolenia.

Chcieli wrócić
Powtarzalność losu przerwała dopiero wojna. Po jej zakończeniu 950 mieszkańców Sellina musiało opuścić rodzinną miejscowość. Wtedy wielu z nich nie myślało, że na zawsze.

Część Niemców przeniosła się tuż za Odrę, by w każdej chwili móc wrócić. Inni wyjechali transportem kilkaset kilometrów dalej, do Westfalii. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy. Powoli zajmowali domy, gospodarstwa. Podobnie jak Niemców, przez długi czas nie opuszczało ich poczucie tymczasowości sytuacji, a także miejsca, w którym się znaleźli.

- Przywozili nas pociągiem do Mieszkowic, a stamtąd rozjeżdżaliśmy się po okolicy - wspomina Zofia Jarema, 78-letnia mieszkanka Zielina. - Wioska była bardzo zniszczona. Domy stały puste, tylko sześć rodzin tu mieszkało. Wszyscy mówili, że my tylko tymczasowo tu jesteśmy, że zaraz będziemy wracać na Ukrainę, skąd przyjechaliśmy.

- Smutny był Zielin w 1945 - dodaje Genowefa Bilawska, także mieszkanka wioski. - Niemcy stali na ulicy i płakali, a my razem z nimi. Baliśmy się wejść do domów. Nie wiedzieliśmy, co w nich jest.

Wypędzili ich ze wschodu
Większość mieszkańców dzisiejszego Zielina pochodzi z okolic Lwowa. Po 1945 roku stali się tam tak samo niechcianymi osobami, jak Niemcy na nowych terenach polskich.

- Banderowcy dwa razy na nas napadli i wymordowali część naszych - opowiada pani Genowefa. - My tu nie chcieliśmy przyjeżdżać. Wypędzili nas Ukraińcy, wsadzili do pociągów i wywieźli jak bydło.

Przyjeżdżali, oglądali
Niewiele z pierwszych lat polskiego Zielina przypomina sobie Anna Drużga. Do wioski przyjechała w 1946 roku, gdy miała 4 lata. Wcześniej mieszkała pod Lwowem. Jej ojciec dotarł do wioski z frontem, a ona po zakończeniu działań wojennych, dojechała tu z matką i braćmi.

Z Niemcami, którzy odwiedzali po wojnie swój dawny dom, kontakty utrzymywała od lat siedemdziesiątych.

- Przyjeżdżali do nas jeszcze przed stanem wojennym - opowiada. - Ubierali moje dzieci, przywozili słodycze. My im dawaliśmy miód, jajka, śmietanę. To, co wtedy mieliśmy. Raz nas nawet zaprosili do siebie, do Niemiec. Ale nie mieliśmy samochodu. Nie było więc jak jechać.

Jednak pojechali
Wycieczka do NRD doszła jednak do skutku.

- Syn tej starej Niemki przyjechał po nas - wspomina pani Anna. - Poobwozili nas wszędzie, zrobili zakupy i odwieźli do domu. Zaprosiliśmy ich potem na ślub córki. I przyjechali. Kontakt urwał się w 2003 roku, gdy zmarła Niemka, co to tu mieszkała przed wojną.

Pani Anna nie raz była pytana, czy po tych wszystkich okrucieństwach, jakie przyniosła wywołana przez nazistów wojna, można żyć z Niemcami w zgodzie. Czy nie denerwuje ją, gdy Niemcy przyjeżdżają do Zielina i pokazują, co należało do nich.

- Nie mam żadnego urazu - mówi. - To była wojna. Nas też wywieźli. Ta Niemka, co tu mieszkała, opowiadała, że 20 lat mieszkała w Poznańskiem, potem 20 lat tutaj i 20 lat w Niemczech. Często powtarzała, że sami już nie wiedzą, gdzie jest "nasze”.

Polska inicjatywa
Spotkania dawnych niemieckich i obecnych polskich mieszkańców odbywają się na Pomorzu Zachodnim od kilku lat. Organizuje je Polsko-Niemieckie Towarzystwo Brandenburgii, przy współudziale miejscowych.

Czerwcowe spotkanie w Zielinie było jednak szczególne. Po raz pierwszy inicjatywa wyszła ze strony polskich mieszkańców.

- Podobnych spotkań było już kilka, ale tym razem to Polacy poprosili nas o zorganizowanie takiego spotkania, a nie jak dotąd bywało dawni mieszkańcy niemieccy - mówi Elvira Profe-Mackiewicz, Niemka mieszkająca w Mieszkowicach, współorganizatorka spotkania. - To mnie najbardziej ujęło.

Dla młodych to też ważne
Mimo upływu dziesięcioleci, dawni mieszkańcy niemieckiego Sellina starają się nie tracić ze sobą kontaktu. Od czternastu lat, raz w roku spotykają się w Niemczech.
Rdzennych mieszkańców jest wprawdzie coraz mniej, ale ci co pozostali, przywożą na spotkania swoje dzieci, a nie rzadko i wnuki. Powojenne losy Polaków i Niemców przestają być bowiem tematem ważnym tylko dla najstarszego pokolenia. Także do Zielina wielu młodszych Niemców przywiodło zainteresowanie historią miejsc, z których pochodzą ich rodzice. Jak sami przyznają, chęć odkrywania rodzinnej historii, rodzi się z wiekiem.

- Wcześniej interesowałam się wojną, ale nie historią miejsca, z którego pochodzi moja mama - opowiada Barbara Jahn, z Berlina, która na spotkanie do Zielina przyjechała z ojcem. - Chyba po raz pierwszy tak mocno dotarło do mnie, jak wiele wspólnego jest w losie zwykłych ludzi. Wcześniej Polaków i Niemców zawsze stawiano na przeciwko siebie, pokazując tylko różnice.


Ojczyzna to niekoniecznie kraina dzieciństwa

Robert Ryss, Gazeta Chojeńska, 17.06.2008

Rok temu w Czelinie spotkali się obecni i przedwojenni mieszkańcy tej miejscowości. Teraz, 7 czerwca doszło do podobnego wydarzenia w Zielinie (również w gminie Mieszkowice). Jak podkreśliła jedna z organizatorek - Ruth Henning z Brandenburskiego Towarzystwa Niemiecko-Polskiego (DPG), w Zielinie po raz pierwszy w naszym regionie z inicjatywą takiego spotkania wyszli nie Niemcy, lecz Polacy.
Nabożeństwo ekumeniczne w kościele odprawili: miejscowy katolicki proboszcz ks. Andrzej Tychoniec i ewangelicki pastor Daniel Brüll (obecnie mieszka w Minden na zachodzie Niemiec, ale pochodzi z Cieszyna). Kluczową modlitwę "Ojcze nasz" odmówiono wspólnie po łacinie, a najważniejsze przesłanie brzmiało: "Jesteśmy dziećmi jednego Boga".

Wśród uczestników byli m.in.: senator Jan Olech, przewodniczący Rady Miejskiej Mieszkowic Andrzej Salwa i Elwira Profé-Mackiewicz, który miała duży wkład w przygotowanie imprezy. Po obiedzie w świetlicy wiejskiej Ruth Henning i Ewa Czerwiakowska z DPG poprowadziły rozmowy z polskimi zielinianami i niemieckimi sellinerami (do 1945 r. wieś nazywała się Sellin). Karl Kottkamp opowiadał: - Nasi rodzice przyjechali tu tuż po I wojnie światowej, bo w swoich miejscowościach nie było ani pracy, ani niczego do jedzenia. Tu im się udało. Ale gdy w 1945 roku przyszli do Zielina Rosjanie, większość napływowych osób wróciła do swych stron ojczystych, głównie do wschodniej Westfalii. Ale my kochamy tę naszą małą ojczyznę w Zielinie, bo tu się urodziliśmy i spędziliśmy dzieciństwo.

A skąd znaleźli się tu Polacy? Mówi Zofia Jarema: - Przyjechaliśmy w bydlęcych wagonach z woj. lwowskiego, ale nie z własnej woli. Wypędzili nas Ukraińcy. Wszyscy mówili, że jesteśmy tu tymczasowo i jeszcze jesienią odjedziemy. Dlatego ludzie nie pracowali. Ale gdy przyszła wiosna, trzeba się było brać za robotę. Dziś czuję, że to jest mój dom. Mam wnuki, prawnuki, męża tu pochowałam. Jak tu przyjechaliśmy, zastaliśmy jeszcze kilka rodzin niemieckich. Pokazywali nam, gdzie jest pole do każdego gospodarstwa. Przychodzili, mleko nawet od nas dostawali, bo oni już nic nie mieli.
Genowefa Bielawska: - Przyjechałam ze wsi Stara Ruta, powiat Buczacz, woj. tarnopolskie. To było z musu, bo banderowcy dwa razy napadli na naszą wioskę, spalili wszystko, wymordowali ludzi. Ja żyję dzięki Opatrzności boskiej. Gdy tu przyjechaliśmy, siostra miała maleńkie dziecko. Mój szwagier 27 kwietnia został zabity na wojnie, a 9 maja wojna się skończyła. Było tu smutno. Stamtąd wyjechaliśmy z płaczem, bo gonili nas z siekierami, a tu też był płacz na ulicach, bo ludzie musieli zostawić swoje domy. I jak mieliśmy tu mieszkać?
Niemiec Werner Lange: - Nie da się wyrazić, co tu się działo, gdy przyszli Rosjanie. To nie było tak, że przyszli i nas wypędzili. Wcześniej przez kilka tygodni był front na Odrze, uciekaliśmy z naszych domów, przenosiliśmy się raz w jedną, raz w drugą stronę, tygodniami przebywaliśmy w obcych domach. Na Wielkanoc 1945 roku ok. tysiąca osób starało się przeżyć w okolicznych lasach. Potem Rosjanie gwałcili wszystkie kobiety, nawet w ciąży i młode dziewczyny. Panował tyfus i inne choroby. Dopiero jesienią wylądowaliśmy w Westfalii.
Na krótko przed ostatecznym wyjazdem wrócili jeszcze do swoich domów w Sellinie. Pewnego dnia rosyjski komendant powiedział im: "Jest kwadrans po pierwszej. O drugiej miasto ma być puste". Po opuszczeniu domów polska milicja zakazała ponownego wejścia do nich. Od tego momentu minęły dwa miesiące, zanim niemieccy zielinianie dotarli do Westfalii. Do Helmstedt (do zachodniej granicy sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech) szli na piechotę.

- Oczywiście wszyscy wiemy, jak doszło do wojny. Ale my tu na wsi niewiele wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero w takich sytuacjach, jak powołanie do wojska, okazało się, że coś jednak się dzieje - mówił dawny zielinianin. Innego zdania była Maria Lange (ewangelicka misjonarka): - Miałam wtedy 12 lat i nie mogę twierdzić, tak jak niektórzy mówią dzisiaj, że do 1944 roku o niczym nie wiedziałam. Wiedziałam, co działo się w Rosji, wiedziałam, że napadliśmy na Polskę. O tym rozmawiali dorośli. Dlatego trudno powiedzieć, że potem nas Polacy wypędzili.

Różnice zdań pojawiły się też przy definiowaniu małej ojczyzny. Czy zawsze jest nią kraina dzieciństwa? - Wtedy byliśmy tylko dziećmi. A mała ojczyzna to miejsce, w którym możemy żyć i to życie jakoś kreować - uważa Sieglinde Reinkensmeier, która obecnie kreuje swe życie w Michendorfie pod Poczdamem. Podzieliła się też refleksją o życiu pod jarzmem radzieckim: - Gdy żyliśmy w NRD, to zawsze mieliśmy obawy, że staniemy się kolejną republiką Związku Radzieckiego. Ale ludzie, którzy mieli trochę więcej pojęcia o świecie, mówili: "Nie, bo między Związkiem Radzieckim a NRD jest Polska. Polacy przeżyli wojnę i wszystkie okropieństwa również dzięki swej głębokiej wierze. I Polska dzięki swej wierze nie da się wprowadzić w struktury ZSRR". Dlatego Związek Radziecki do nas nie dotarł. I za to chciałam państwu podziękować - zwróciła się do Polaków.


Infos zu Veranstaltungen u.a. in 2008

Spurensuche in der deutsch-polnischen Grenzregion – alte, neue, fremde Heimat“ („Zivile Brücken – Mosty społeczne“, Teilprojekt 2)

Transodra Online – das Internetportal für die deutsch-polnische Grenzregion - Presse, Information, Kommunikation („Zivile Brücken – Mosty społeczne“, Teilprojekt 1)

Liebe Kolleginnen und Kollegen, sehr geehrte Damen und Herren,
nach einer längeren Pause melden wir uns wieder bei Ihnen mit einigen Informationen. Die Fördermittel für das Projekt Spurensuche und für Transodra Online laufen in diesem Jahr (Ende August 2008) aus.Die Koordinierung des Projekts Spurensuche haben Martin Kujawa und Ramona Zühlke übernommen, die zugleich das neue Geschäftsführungsteam der DPG Brandenburg bilden. Die Koordinierung des Projekts Transodra Online (www.transodra-online.net) liegt bei Ruth Henning und Ewa Czerwiakowski.

Die DPG, der Journalistenklub und das Kolleg für polnische Sprache und Kultur sind inzwischen in neue Räume umgezogen (Charlottenstr. 31, 14467 Potsdam), Telefon- und Fax-Nr. sind geblieben, die Mailadressen gelten weiter wie bisher.

In diesem Jahr sind im Rahmen der genannten Projekte folgende Veranstaltungen vorgesehen:

Tagung „Mehr Polnisch im Grundschulalter“ am 23. Mai in Frankfurt (Oder) zum Thema Polnisch in Brandenburger Grundschulen und Kindertagesstätten, insbesondere in der Grenzregion. Die Tagung verfolgt das Ziel, das Angebot an Polnisch in den Grundschulen und Kitas auszubauen und zu verbessern. Alle Interessierten sind herzlich zur öffentlichen Podiumsdiskussion der Tagung eingeladen. Diese beginnt um 14 Uhr im Auditorium Maximum an der Europa Universität Viadrina. Weitere Informationen finden Sie unter: http://www.transodra-online.net/de/polnischtagung
Ansprechpartner: Martin Kujawa: Tel. 030 / 30 10 40 53; Tomasz Rajewicz: Tel. 0335 / 401 62 57; Christin Bülow: polnischtagung@dpg-brandenburg.de

Bildung einer „Lernpartnerschaft“ zwischen den Orten Eberswalde, Zielona Góra (Grünberg) und Skwierzyna (Schwerin a.d. Warthe) zu den Themen: Umgang mit der Geschichte der Stadt („Fremde Heimat“) und Entwicklung demokratischer Strategien gegen Antisemitismus und Fremdenfeindlichkeit am Ort bzw. in der Region. Es gibt gegenseitige Besuche, um die Arbeit unterschiedlicher Institutionen und Multiplikatoren kennen zu lernen und eventuell etwas vom jeweiligen Partner, seinen Aktivitäten, seinen Netzwerken zu lernen. Das betrifft auch den längerfristigen gegenseitigen Austausch von Erfahrungen, das Kennenlernen der Arbeitsmethoden und die Beobachtung der täglichen Praxis.
Ansprechpartner: Ewa Czerwiakowski und Ruth Henning (Potsdam/Berlin), Andrzej Kirmiel (Zielona Góra), Kai Jahns (Eberswalde).

Eine Gruppe von ca. 10 engagierten Personen aus Zielona Góra und Skwierzyna besuchen für zwei Tage am 17./18. Mai 2008 Eberswalde. Die Eberswalder Gastgeber machen mit den Gästen einen Stadtrundgang durch die Innenstadt (Maria Magdalenen Kirche, dort gibt es an einem Pfeiler eine „Judensau“ aus dem Mittelalter; Alte und Neue Synagoge, Wohn- und Geschäftsgebäude ehemaliger jüdischer Mitbürger, Projekt Stolpersteine). Anschließend trifft man sich im örtlichen Museum. Dort wird über Projekt und Broschüre „Fremde Heimat Eberswalde“ und über ein entstehendes Gedenkbuch für die jüdischen Einwohner Eberswaldes berichtet. Gegen Abend und am nächsten Tag geht es dann um Beispiele zivilgesellschaftlichen Engagements für Demokratie, gegen Antisemitismus und Fremdenfeindlichkeit, um die geplanten Aktivitäten der Eberswalder Bürgerinitiative 9. November und den Lokalen Aktionsplan Barnim.

Der Gegenbesuch findet am 14./15. Juni 2008 in Zielona Góra, Bledzew und Skwierzyna statt. Der Besuch beginnt mit einem Stadtrundgang auf jüdischen Spuren in Zielona Góra (u.a. jüdischer Friedhof, Standort der ehemaligen Synagoge, Gedenktafel für Levysohn, den Herausgeber der ersten Grünberger Zeitung). Im örtlichen Museum geht es dann um die Aktivitäten der Lebuser Stiftung Judaica, um Aktivitäten zur Überwindung von Vorurteilen, um das Verhältnis zum Anderen/Fremden, zur deutschen Geschichte Grünbergs. Am zweiten Tag Besuch des (von Schüler_innen renovierten) jüdischen Friedhofs in Bledzew und Diskussion über Motivation und Erfahrung der Schüler_innen in Skwierzyna. Dort wird es ebenfalls einen Stadtrundgang geben, auch einen Bericht über örtliche Schüler_innenprojekte zur Erinnerung an die jüdische (und deutsche) Vergangenheit des Ortes.

wei Treffen ehemaliger und heutiger Bewohner in Orten der deutsch-polnischen Grenzregion

Pfingstsonntag (11. Mai 2008) treffen sich nun schon zum vierten Mal die ehemaligen und heutigen Bewohner des Ortes Nowe Warpno / Neuwarp am Stettiner Haff. Um 11.00 Uhr fahren sie mit einem Bus gemeinsam zum Mittagessen nach Podgrodzie (Altstadt). Unterwegs besuchen sie den (nicht mehr existierenden) ehemaligen Neuwarper Friedhof (im Wald). Dort haben die heutigen Einwohner (Schüler_innen und Lehrer_innen des Gymnasiums mit Unterstützung der Kommune) aufgeräumt und ein Holzkreuz (noch ohne Inschrift) installiert. Auch am Ort weiterer ehemaliger Friedhöfe wurde aufgeräumt. Um 14 Uhr findet in der Neuwarper Kirche ein ökumenischer Gottesdienst statt (Pfarrer Drewicz, Nowe Warpno und Pfarrer Gaster, Luckow). Danach gibt es Gelegenheit für gemeinsame Gespräche und Diskussionen, z.B. über eine Inschrift für das Kreuz und darüber, wie mit den weiteren zum Teil noch vorhandenen deutschen Friedhöfen (auch in der Umgebung) verfahren werden soll. Die Einladung zu diesem Treffen kommt in diesem Jahr von Bürgermeister Kiraga in Nowe Warpno (zugleich Vorsitzender des Vereins „Tradition und Erinnerung“). Die Frage, ob es gelingt, den ehemaligen Gutshof Albrechtsdorf (nach 1945 war dort der polnische Grenzschutz stationiert) der Gemeinde zur Verfügung zu stellen ist noch nicht endgültig geklärt. Die Gemeinde beabsichtigt, das Gebäude zur Einrichtung eines deutsch-polnisches Zentrums zu nutzen, wo es Tagungen und Seminare geben und eine Bibliothek sowie die gemeinsame Fotoausstellung der ehemaligen und heutigen Einwohner ihren Platz finden sollen.
Ansprechpartner: Andrzej Kotula, Jürgen Dittmann, Ruth Henning

Am 7. Juni 2008 findet das erste Treffen der ehemaligen und heutigen Bewohner von Zielin / Sellin statt. Angeregt wurde es vom örtlichen Pfarrer Tychoniec, dem Schuldirektor Karolak und dem Bürgermeister Mroziak. Sie hatten vom Treffen in Czelin / Zellin im Juni 2007 gehört, gelesen, bzw. selbst daran teilgenommen. Mit der Unterstützung von Elvira Profé-Mackiewicz und der DPG Brandenburg wurde ein Kontakt zu den ehemaligen Bewohnern hergestellt. Frau Kasten, Herr Olm und Herr Nehring befragten ihre ehemaligen Mitbewohner, die dieser Idee zustimmten. Ein Teil von ihnen hatte auch schon in der Vergangenheit private Kontakte zu einzelnen Einwohnern Zielins. Etwa 50 ehemalige Bewohner haben inzwischen ihre Bereitschaft erklärt, zu diesem Treffen zu kommen. Um 11 Uhr gibt es einen ökumenischen Gottesdienst (Pfarrer Tychoniec und Pfarrer Brüll). Um 13 Uhr ein gemeinsames Mittagessen, das der örtliche Landfrauenverein vorbereitet. Um 14 Uhr sind Gespräche zwischen den ehemaligen und heutigen Bewohnern über ihr Leben in Sellin bzw. Zielin vorgesehen. Die Moderation übernimmt die DPG Brandenburg. Nach den Gesprächen singen und tanzen Schüler_innen der örtlichen Grundschule. Anschließend gibt es noch Kaffee und Kuchen und informelle Gespräche. Während der ganzen Zeit kann man eine Fotoausstellung mit neuen und alten Ansichten der Orte Zielin und Trossin / Troszyn besichtigen. Angeregt durch das Treffen in Czelin / Zellin im letzten Jahr hat es inzwischen auch ein Treffen von Lehrer_innen und Schüler_innen in Zielin / Sellin gegeben, bei dem man sich mit der Geschichte der nach 1945 in Zielin neu Angesiedelten beschäftigte.
Ansprechpartner: Elvira Profé-Mackiewicz, Ewa Czerwiakowski, Ruth Henning

Transodra Online – das Internetportal für die deutsch-polnische Grenzregion

Transodra-Online ist ein bilinguales Internetportal für die deutsch-polnische Grenzregion. Zur Zeit gibt es zwei herausragende Themen: die Debatte "Die Angst" - um das neu erschienene Buch von Jan T. Gross - und die Dokumentation Spurensuche.

Ein Hauptbestandteil von Transodra-Online ist der Pressedienst. Er dient insbesondere der schnelleren und besseren Information der am Projekt "Zivile Brücken - Mosty społeczne" und dem dazugehörigen Teilprojekt "Spurensuche - Alte, neue, fremde Heimat" beteiligten Initiativen, Vereine und Einzelpersonen, sowie der Mitglieder des Deutsch-Polnischen Journalistenclubs und weiterer deutsch-polnischer Initiativen und Vereine. Stereotype wird es immer geben. Gegen stereotypes Denken und hartnäckige Vorurteile helfen nur mehr Kenntnis und Verständnis der politischen, gesellschaftlichen, kulturellen, wirtschaftlichen und sozialen Entwicklung des eigenen wie des Nachbarlandes.

Zweiter Bestandteil ist die offene Plattform. Sie ermöglicht das einfache eigene Publizieren auf Transodra-Online. Per E-Mail, Kontaktformular oder per Log In können Sie Ihre Artikel, Termine, Kurzinfos, Bilderserien, Audiodateien und sogar Videos einpflegen.

Transodra-Online basiert auf einem bestehenden deutsch-polnischen Online-Informationsdienst, der sich bisher im wesentlichen auf die Kooperation deutscher und polnischer Journalist_innen stützte. Dieser wurde weiterentwickelt zu einer Kommunikationsplattform, die für alle zur Kooperation bereiten Organisationen, Institutionen, Initiativen und Einzelpersonen aus dem Bereich der deutsch-polnischen grenzüberschreitenden Zusammenarbeit offen ist. Die technische Weiterentwicklung fußt auf dem Umstieg zu dem opensource CMS Drupal (www.drupal.org).

Transodra-Online wird von der gemeinnützigen Organisation "Transodra e.V." - Deutsch-Polnischer Journalistenklub "Unter Stereo-Typen / Pod Stereo-Typami" (verantwortlich: Ruth Henning, Dietrich Schröder, Andrzej Kotula, Dariusz Barański) in enger Kooperation mit der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg e.V. erstellt und verfolgt keinerlei kommerzielle Interessen.

Transodra-Online bietet keine Plattform für rassistische, antisemitische, sexistische, homophobe und andere menschenunwürdige Inhalte. An Transodra Online arbeitet ein Team (Valentina Dróżdż, Stefan Leisner, Jens Mannheim), das sich sehr über weitere freiwillige Mitarbeiter freuen würde. Bitte schauen Sie sich das Internetportal an und entschließen Sie sich Mitarbeiter des Transodra-Online-Teams zu werden. Wenn die Fördermittel für dieses Projekt ausgelaufen sein werden, möchten wir das Internetportal für die deutsch-polnische Grenzregion weiterführen, selbst dann, wenn wir keine neuen Fördermittel für dieses Projekt finden. Das setzt allerdings voraus, dass sich die Redaktion um weitere freiwillige Mitarbeiter_innen erweitert.

Wir grüßen Sie herzlich und hoffen auf Ihr Interesse und Ihre Mitarbeit

Martin Kujawa, Ramona Zühlke
Ewa Czerwiakowski, Ruth Henning

Und zum Schluss noch ein Hinweis auf die Tandem-Sprachklubs der DPG Brandenburg

Neben dem seit vielen Jahren bestehenden Tandem-Sprachklub in der Uckermark (Kontakt: Grzegorz Kujawa, 030 / 30 10 40 53) wird es jetzt wieder einen neuen in FfO (Kontakt: Katrin Becker, 0335 / 401 62 57) geben. Dieser richtet sich vor allem an Erzieherinnen und Erzieher von Kindertagesstätten in Frankfurt und Słubice, steht aber auch Interessierten insbesondere aus der Seniorenuniversität offen. Fördermittel sind bei der Euroregion Pomerania und der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit beantragt.


Informacje o imprezach etc. w roku 2008

„Po śladach na polsko-niemieckim pograniczu – stara, nowa, obca mała ojczyzna“
„Zivile Brücken – Mosty społeczne“, podprojekt 2

Transodra Online – portal internetowy polsko-niemieckiego pogranicza - Prasa, informacja, komunikacja
„Zivile Brücken – Mosty społeczne“, podprojekt 1

Drogie Koleżanki, drodzy Koledzy, szanowni Państwo,

po dłuższej przerwie pragniemy przekazać Państwu kilka informacji. W tym roku (koniec sierpnia 2008) kończy się finansowanie projektu Po śladach oraz Transodra Online.
Koordynację projektu Po śladach przejęli Martin Kujawa i Ramona Zühlke; oni oboje tworzą również nowe kierownictwo Brandenburskiego Towarzystwa Polsko-Niemieckiego.
Projekt Transodra Online (www.transodra-online.net) koordynują Ruth Henning i Ewa Czerwiakowski.

DPG, Klub Dziennikarzy i Kolegium Języka i Kultury Polskiej mają obecnie nową siedzibę (Charlottenstr. 31, 14467 Potsdam), numery telefonu i faksu, a także adresy mailowe nie zmieniły się.

W tym roku w ramach obu projektów planujemy następujące imprezy:

23 maja we Frankfurcie nad Odrą odbędzie się konferencja „Więcej języka polskiego dla dzieci“, poświęcona nauczaniu języka polskiego w szkołach i przedszkolach Brandenburgii, a szczególnie w regionie przygranicznym. Jej celem jest rozwój i polepszenie oferty nauczania języka polskiego. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszamy do udziału w otwartej dyskusji panelowej, która rozpoczyna się o godz. 14.00 w Audytorium Maximum Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Więcej informacji znajdziecie Państwo na stronie: http://www.transodra-online.net/de/polnischtagung
osoby kontaktowe: Martin Kujawa: Tel. 030 / 30 10 40 53; Tomasz Rajewicz: Tel. 0335 / 401 62 57; Christin Bülow: polnischtagung@dpg-brandenburg.de

Zainicjowanie „Partnerstwa edukacyjnego“ między Eberswalde, Zieloną Górą i Skwierzyną wokół tematów: stosunek do historii miasta („obca mała ojczyzna“) oraz wypracowanie demokratycznej strategii przeciw antysemityzmowi i wrogości wobec obcych w mieście i regionie. W trakcie odwiedzin w tych miejscowościach partnerzy poznają działalność różnych grup i instytucji. Będzie to też okazja do zainicjowania długofalowej wymiany doświadczeń odnośnie konkretnych metod pracy i codziennej praktyki.
osoby kontaktowe: Ewa Czerwiakowski i Ruth Henning (Poczdam/Berlin), Andrzej Kirmiel (Zielona Góra), Kai Jahns (Eberswalde).

Licząca ok. 10 osób grupa z Zielonej Góry i Skwierzyny odbędzie w dniach 17-18 maja 2008 roku dwudniową wycieczkę do Eberswalde. W programie przewidziane jest oprowadzanie po żydowskich śladach w mieście (kościół Marii Magdaleny, w którym obejrzeć można średniowieczny wizerunek Judensau; Stara i Nowa Synagoga, domy mieszkalne i biurowe dawnych żydowskich mieszkańców, projekt „potykacze“). Podczas spotkania w muzeum przedstawiony zostanie projekt „Obca mała ojczyzna Eberswalde“ oraz powstająca Księga Pamięci poświęcona dawnym żydowskim mieszkańcom miasta. Wieczorem oraz następnego dnia rozmowy będą dotyczyły przykładów obywatelskiego zaangażowania na rzecz demokracji, a przeciw antysemityzmowi i wrogości wobec obcych oraz działalność „Inicjatywy Obywatelskiej 9 Listopada“ i programu lokalnych działań w powiecie Barnim.

Grupa z Eberswalde odwiedzi w dniach 14-15 czerwca 2008 roku Zieloną Górę, Bledzew und Skwierzynę. Najpierw odbędzie się spacer po żydowskich śladach w Zielonej Górze (m.in. cmentarz żydowski, miejsce po dawnej synagodze, tablica poświęcona pamięci Levysohna, wydawcy pierwszej gazety codziennej w mieście). Podczas spotkania w muzeum przedstawiona zostanie działalność Lubuskiej Fundacji Judaica oraz odbędzie się rozmowa wokół następujących tematów: zwalczanie uprzedzeń, stosunek do obcych, niemiecka historia Zielonej Góry. Następnego dnia uczestnicy obejrzą odnowiony przez uczniów cmentarz żydowski w Bledzewie, cmentarz oraz żydowskie ślady w Skwierzynie. Rozmawiać będą o motywacjach i doświadczeniach młodzieży i projektach na rzecz zachowania pamięci o żydowskiej przeszłości.

Dwa spotkania dawnych i dzisiejszych mieszkańców miejscowości polsko-niemieckiego pogranicza

W Niedzielę Zielonych Świątek (11 maja 2008) już po raz czwarty spotkają się dawni i dzisiejsi mieszkańcy Nowego Warpna / Neuwarp nad Zalewem Szczecińskim. O godz. 11.00 autobus zawiezie ich na wspólny obiad w Podgrodziu (Altstadt). Po drodze odwiedzą miejsce w lesie po nieistniejącym już cmentarzu niemieckim. Młodzież z miejscowego gimnazjum ze swymi nauczycielami przy poparciu gminy uporządkowała to miejsce, na którym postawiono drewniany krzyż (jeszcze bez inskrypcji). Uporządkowane zostały również inne miejsca po cmentarzach. O godz. 14.00 w kościele w Nowym Warpnie odbędzie się nabożeństwo ekumeniczne (ks. Drewicz z Nowego Warpna i pastor Gaster z Luckow). Następnie uczestnicy będą mieli okazję porozmawiać, np. o inskrypcji na krzyżu, a także o tym, co zrobić z innymi, po części zachowanymi cmentarzami niemieckimi (również w najbliższej okolicy). Tegoroczne spotkanie odbędzie się z inicjatywy burmistrza Nowego Warpna, Władysława Kiragi, który jednocześnie jest przewodniczącym Stowarzyszenia „Tradycja i Pamięć“. Nie zostało jeszcze ostatecznie wyjaśnione, czy uda się uzyskać na rzecz gminy dawny majątek w Karsznie (po 1945 roku znajdował się tam posterunek WOP). Gmina zamierza stworzyć tam konferencyjno-seminaryjny ośrodek polsko-niemiecki z biblioteką oraz stałą wystawą fotograficzną, na którą składają się zdjęcia dawnych i dzisiejszych mieszkańców.
osoby kontaktowe: Andrzej Kotula, Jürgen Dittmann, Ruth Henning

7 czerwca 2008 odbędzie się pierwsze spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkańców Zielina (Sellin). Zainicjowane zostało ono przez ks. Andrzeja Tychońca, dyrektora szkoły podstawowej Krzysztofa Karolaka oraz sołtysa Józefa Mroziaka. Impulsem było tu podobne spotkanie w Czelinie (Zellin) w czerwcu ubiegłego roku. Przy aktywnym udziale Eliviry Profé-Mackiewicz oraz DPG Brandenburg nawiązano kontakt z dawnymi mieszkańcami, w imieniu których pani Kasten, pan Olm i pan Nehring uzgodnili organizację spotkania. Niektórzy z nich już wcześniej nawiązali prywatne kontakty z pojedyńczymi mieszkańcami Zielina. Na spotkanie przybędzie ok. pięćdziesięcioosobowa grupa z Niemiec. O godz. 11.00 odbędzie się nabożeństwo ekumeniczne (ks. Tychoniec, pastor Brüll), a o godz. 13.00 wspólny obiad, przygotowany przez miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich. Na godz. 14.00 zaplanowano rozmowę dawnych i dzisiejszych mieszkańców wsi o ich życiu w Zielinie i Sellinie. Prowadzenie rozmowy przejmie DPG Brandenburg. Po występie uczniów miejscowej szkoły podstawowej nastąpi część nieoficjalna przy kawie i ciastkach. W trakcie spotkania obejrzeć można będzie wystawę fotograficzną ze starymi i nowymi widokami Zielina i Troszyna. Ubiegłoroczne spotkanie w Czelinie zainspirowało młodzież i nauczycieli szkoły w Zielinie do zorganizowania już wcześniej spotkania ze starszymi mieszkańcami wsi, którzy opowiadali o swych początkach po 1945 roku.
osoby kontaktowe: Elvira Profé-Mackiewicz, Ewa Czerwiakowski, Ruth Henning

Transodra Online – portal internetowy polsko-niemieckiego pogranicza

Transodra-Online jest dwujęzycznym portalem internetowym polsko-niemieckiego pogranicza. W tej chwili na stronie prezentowane są dwa kluczowe tematy: debata wokół nowej książki Jana T. Grossa „Strach” oraz dokumentacja „Po śladach”.

Główną częścią portalu jest serwis prasowy. Oferuje on lepszą i szybszą informację inicjatywom, stowarzyszeniom i pojedynczym osobom uczestniczącym w projekcie „Zivile Brücken – Mosty społeczne” (pełnomocniczki ds. integracji landu Brandenburgii) oraz podprojekcie „Po śladach – stara, nowa, obca mała ojczyzna” (Brandenburskiego Towarzystwa Polsko-Niemieckiego) członkom Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarzy, a także wszystkim innym polsko-niemieckim inicjatywom i stowarzyszeniom. Stereotypy będą istnieć zawsze. Przezwyciężanie stereotypów w myśleniu i zakorzenionych uprzedzeń może nastąpić tylko dzięki poszerzaniu wiedzy o polityce, społeczeństwie, kulturze, ekonomii i sprawach socjalnych własnego, jak i sąsiedzkiego kraju.

Druga część portalu to otwarta platforma. Umożliwia ona nieskomplikowane publikowanie na stronie Transodra-Online własnych tekstów. Wysyłając e-mail, formularz kontaktowy albo logując się, możecie Państwo dołączać artykuły, terminy, krótkie informacje, cykle zdjęć, pliki audio, a nawet wideo.

Transodra online wywodzi się z polsko-niemieckiego serwisu prasowego online, który do tej pory funkcjonował głównie dzięki współpracy polskich i niemieckich dziennikarzy. Został on przekształcony w platformę komunikacyjną, otwartą dla wszystkich zainteresowanych organizacji, instytucji, inicjatyw i pojedynczych osób zajmujących się polsko-niemiecką współpracą transgraniczną. Techniczne rozwiązania oparte zostały na opensource cms Drupal (www.drupal.org).

Strona Transodra-Online jest prowadzona przez organizację użyteczności publicznej „Transodra e.V.” – Polsko-Niemiecki Klub Dziennikarzy „Pod Stereo-Typami / Unter Stereo-Typen” (odpowiedzialni: Ruth Henning, Dietrich Schröder, Andrzej Kotula, Dariusz Barański) i nie służy komercyjnym celom. Nie ma tu miejsca na treści wyrażające rasizm, antysemityzm, seksizm, homofobię ani inne wypowiedzi uwłaczające godności człowieka. Stronę tworzy zespół (Valentina Dróżdż, Stefan Leisner, Jens Mannheim), który czeka na nowych współpracowników. Zapoznajcie się Państwo z naszym portalem – zapraszamy do współpracy! Po zamknięciu etapu finansowania projektu zamierzamy kontynuować prowadzenie portalu polsko-niemieckiego pogranicza, nawet wówczas, gdy nie znajdziemy innych środków. Warunkiem jest jednakże poszerzenie redakcji o nowych współpracowników.

Przesyłamy serdeczne pozdrowienia, licząc na Wasze zainteresowanie i współpracę

Martin Kujawa, Ramona Zühlke
Ewa Czerwiakowski, Ruth Henning

 

Na koniec informacja o tandemowym klubie językowym DPG Brandenburg

Obok istniejącego od wielu lat tandemowego klubu językowego w Uckermark (kontakt: Grzegorz Kujawa, 030 / 30 10 40 53) stworzony zostanie nowy we Frankfurcie nad Odrą (kontakt: Katrin Becker, 0335 / 401 62 57). Powstaje on głównie z myślą o wychowawczyniach i wychowawcach przedszkoli we Frakfurcie nad Odrą i Słubicach, ale przyjmował będzie również innych zainteresowanych. Wniosek o dofinansowanie złożono w Euroregionie Pomerania i Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.


Zur Geschichte der Juden im niederschlesischen Grünberg - Bitte melden Sie sich bei uns, wenn Sie sich mit diesem Thema beschäftigen oder beschäftigt haben

Seit mehreren Jahren befasst sich Andrzej Kirmiel, Geschichtslehrer aus Zielona Góra, ehemals Grünberg, mit der Geschichte der Juden in der Stadt und der Umgebung sowie mit den wenigen noch vorhandenen Spuren jüdischen Lebens. Er hat die Stiftung Lubuska Fundacja Judaica gegründet (http://judaika-lubuskie.webpark.pl) und organisiert jährlich Jüdische Kulturtage. Wir kooperieren bereits seit längerer Zeit mit ihm. Andrzej Kirmiel nahm an unserer Konferenz "Was ist Heimat?" im Collegium Polonicum in Slubice (November 2006) sowie am Workshop "Jüdische Spuren in der deutsch-polnischen Grenzregion" in Groß Neuendorf (Juni 2007) teil und berichtete über seine Arbeit.

Am 9. November 1938 wurde die Grünberger Synagoge in Brand gesteckt und sie brannte vollständig ab. Zum 70. Jahrestag dieses Geschehens plant die Stiftung eine besondere Veranstaltung: ein Konzert des deutsch-polnischen Jugendorchesters in der Philharmonie, die sich heute am ehemaligen Standort der Synagoge befindet, die Enthüllung eines Gedenksteins und eine kleine Tagung zum Thema. Kirmiel fehlen aber noch ausreichende Materialien, Bilder, Erinnerungsberichte, geschichtliche Abhandlungen (auch zur jüdischen Geschichte in Niederschlesien mit Ausnahme von Breslau). Er wäre für alle Hinweise und Vorschläge dankbar.

Im Anhang finden Sie zu Ihrer Information zwei Artikel von Dietrich Schröder (MOZ), die sich mit Kirmiels Aktivitäten befassen.

Mit freundlichen Grüßen
Ruth Henning / Ewa Czerwiakowski

ruth.henning@dpg-brandenburg.de / ewa.czerwiakowski@t-online.de


Historia Zydów z Zielonej Góry (dawniej Grünberg). Prosimy o informacje, jesli ktos z Panstwa zajmowal sie lub zajmuje tym temat

Andrzej Kirmiel, nauczyciel historii z Zielonej Góry, od kilku juz lat poswieca sie badaniom historii Zydów w miescie oraz poszukiwaniem niewielu zachowanych sladów zydowskiej obecnosci. Jest on zalozycielem Lubuskiej Fundacji Judaica (http://judaika-lubuskie.webpark.pl) i organizuje rokrocznie Dni Kultury Zydowskiej. Wspólpracuje z nami od dluzszego czasu. Uczestniczyl w naszej konferencji "Czym jest mala ojczyzna?" w Collegium Polonicum w Slubicach (listopad 2006) oraz w seminarium "Zydowskie slady na polsko-niemieckim pograniczu" w Groß Neuendorfie (czerwiec 2007), gdzie mówil o specyfice i trudnosciach swojej pracy.

9 listopada 1938 roku zielonogórska synagoga zostala podpalona i doszczetnie splonela. W 70 rocznice tego wydarzenia Andrzej Kirmiel zamierza zorganizowac specjalna impreze: koncert polsko-niemieckiej orkiestry mlodziezowej w filharmonii, która stoi w miejscu synagogi, odsloniecie kamienia pamiatkowego, jak równiez niewielka sesja poswiecona temu tematowi. Poszukuje materialów, zdjec, relacji, wspomnien, opracowan historycznych (równiez na temat historii Zydów na Dolnym Slasku, z wyjatkiem Wroclawia). Wdzieczny bylby za wszelkie propozycje i wskazówki. Jego adres mailowy brzmi: kirmiel@go2.pl

W zalaczniku znajdziecie Panstwo dwa artykuly Dietricha Schrödera na temat dzialalnosci Andrzeja Kirmiela.

Pozdrowienia
Ruth Henning / Ewa Czerwiakowski

ruth.henning@dpg-brandenburg.de / ewa.czerwiakowski@t-online.de


Spurensuche an der Oder
Jüdisches im deutsch-polnischen Grenzgebiet

Hartmut Bomhoff (Jüdische Zeitung, 17.06.2007)

Am 17. Juni lud die Deutsch-polnische Gesellschaft Brandenburg im Rahmen des Projektes «Spurensuche alte, neue, fremde Heimat – in der deutsch-polnischen Grenzregion» zu einem Tagesseminar nach Groß-Neuendorf an der Oder und stieß mit dieser Veranstaltung auf erstaunlich große Resonanz: über 60 Lokalhistoriker, Pädagogen und Journalisten befassten sich mit der Geschichte der Juden in den Provinzen Brandenburg und Pommern und mit dem Umgang mit historischen Zeugnissen links und rechts der Oder. Unter den Teilnehmern war auch die Integrationsbeauftragte in Brandenburg, Professorin Karin Weiss, die diese Veranstaltung im Zuge der Projektdurchführung «Zivile Brücken – Mosty spoleczne» mit unterstützte.

In einer Reihe von Kurzvorträgen wurde die Geschichte der Juden in Brandenburg, in der Neumark sowie in Pommern nachgezeichnet; danach stand die Frage nach dem heutigen Umgang mit den jüdischen Spuren am Beispiel vom polnischen Westpommern, im Lebuser Land, in Barnim und Lebus auf dem Programm. Der mit 131 Grabsteinen wohl am besten erhaltene und dokumentierte jüdische Friedhof der Region befindet sich in Wriezen; Brigitte Heidenhain hat in ihrem Buch «Juden in Wriezen» das jüdische Leben in diesem Städtchen nachgezeichnet, das um 1677 einsetzte und 1940 mit der Vertreibung und Ermordung der jüdischen Bürger endete. Die Autorin, die auch mit an einer Datenbank zu Jüdischen Friedhöfen in Brandenburg arbeitet, vermittelt dabei anhand zahlreicher Quellentexte des 18. und 19. Jahrhunderts anschaulich die Auswirkungen der preußischen Judenpolitik in Leben des Einzelnen und der Gemeinde. Im 18. Jahrhundert war die Existenz der Wriezener Juden vom Kampf und ihr Aufenthaltsrecht und gegen die drohende Verarmung geprägt; im 19. Jahrhundert brachte die neu gewonnene Niederlassungsfreiheit eine Vergrößerung der jüdischen Gemeinde und schließlich auch eine Verbesserung der wirtschaftlichen Lage mit sich. Über das Ende der jüdischen Lebens in Wriezen gibt es kaum schriftliche Informationen; in der Datenbank von Yad Vashem in Jerusalem liegen aber die Namen von 56 ermordeten Wriezener Juden vor. Unter den Projekten zur Aufspürung, Rettung und Dokumentation jüdischen Kulturerbes in einzelnen Orten, die an diesem Sonntag vorgestellt wurden, waren der Jüdische Friedhof in der Frankfurter Dammvorstadt, dem heutigen Słubice, sowie die Friedhöfe von Skwierzyna/Schwerin an der Warthe und Bledzew/Blesen. Besonders interessant: ein Referat zu Erinnerungen an jüdische Mitbürger in den Heimatblättern der Vertriebenen.

Auf einem Spaziergang zum jüdischen Friedhof und zur ehemaligen Synagoge von Groß Neuendorf ließ sich die jüdische Geschichte vor Ort vergegenwärtigen: eine Geschichte, die wesentlich vom jüdischen Getreidegroßhändler Michael Sperling aus Berlin geprägt wurde. Mitte des 19. jahrhundert gründete Sperling, dessen Familie bereits ein ansehnliches Sommerhaus in Groß Neuendorf besaß, hier wegen der günstigen Verkehrsverbindungen eine Filiale seines Betriebes. Er holte dazu jüdische Arbeiter ins Dorf, gründete 1847 die Jüdische Gemeinde in Groß Neuendorf und Letschin und erwarb 1855 ein Grundstück für einen jüdischen Friedhof am Rande von Groß Neuendorf. 1865 wurde eine Synagoge errichtet und ein jüdischer Lehrer angestellt. Die jüdische Gemeinde zählte 1882 jedoch nur noch 14 erwachsene männliche Mitglieder und wurde 1895 mit dem Synagogenbezirk Seelow zusammengelegt. Der letzte Gottesdienst in Groß Neuendorf fand 1910 statt; das Gebäude – ein Anbau eines Wohnhauses – ist erhalten und fällt heute wegen seiner neogotischen Fensterbögen auf; die jetzigen Bewohner haben aber offenkundig kein besonderes Interesse daran, dieses jüdische Erbe zu pflegen.

Ganz anders in Zielona Góra, dem früheren Grünberg. Dort erforscht der polnische Lehrer Andrzej Kirmiel mit Akribie und Enthusiasmus die jüdische Vergangenheit der Stadt. Schüler seines Gymnasiums haben alte Grabsteine gesichert, und zusammen mit Gleichgesinnten hat Kirmiel 2006 die Stiftung «Lubuska Fundacja Judaica» errichtet, um jüdische Spuren wieder sichtbar zu machen. Und wundersamerweise deutet sich auch wieder jüdisches Leben an: im März leitete der liberale Warschauer Rabbiner Burt Schumann für die wenigen Juden und Jüdinnen der Gegend den ersten Schabbatgottesdienst in Zielona Góra seit der Vertreibung der Grünberger Juden vor 75 Jahren. Die nächsten Synagogengemeinden der Grenzregion befinden sich in Frankfurt / Oder und in Stettin, und der Vorsitzende der Jüdischen Gemeinde Szczecin, Mikołaj Rozen, berichtete über das jüdische Leben, seine Probleme und Perspektiven dort.

Es blieb bei diesem Tagesseminar aber nicht bei der reinen Bestandaufnahme jüdischer Zeugnisse. Zur Sprache kamen auch die aktuellen Unterrichtsangebote in Jiddisch und jiddischer Literatur an der Frankfurter, und nach der Diskussion über mögliche gemeinsame Schul- und außerschulische Projekte wurde eine Vielzahl von Fragen laut: Wie beginnt man mit der Spurensuche? Was gibt es an Quellen und Literatur? Wie lassen sich die Ergebnisse vermitteln? Als Darstellungsformen lassen sich beispielsweise Ausstellungen und Publikationen, Reiseführer, Wanderrouten, Einzelveranstaltungen, Gedenktafeln oder Unterrichtseinheiten denken, und als mögliche Kooperationspartner kommen etwa Lehrer und Schüler, Deutsche und Polen, Wissenschaftler und Laien, ehemalige deutsche und heutige polnische Ortsbewohner in Frage – und allein schon dank dieser unterschiedlichen Ansprechpartner kann in künftigen Projekten noch detaillierter untersucht werden, welche Unterschiede es im Umgang mit den jüdischen Hinterlassenschaften dies- und jenseits der Oder gibt und was die Beweggründe dafür sind. Auch der sich verändernde Umgang mit dem Kulturerbe deutscher Juden im heutigen Westpolen gibt Auskunft über das Selbstverständnis in dieser Grenzregion. Am Beispiel von Schwedt lässt sich zeigen, dass die Spurensuche von Schülern als Verbindung von Unterricht und Freizeit auch einen Beitrag zur Auseinandersetzung mit Fremdenfeindlichkeit und Rassismus heute leisten kann; andernorts hat man über die Lokalgeschichte hinweg Brücken auch nach Israel gebaut, etwa in Form des Schüleraustauschs des Frankfurter Friedrichsgymnasiums. Kurzum, dieser Workshop auf Initiative der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg e.V. unter der Leitung von Ruth Henning hat wertvolle Informationen und Anregungen vermittelt und kann Modell für weitere Veranstaltungen auch in anderen Regionen sein.

Die Berliner Gesellschaft für christlich-jüdische Zusammenarbeit veranstaltet am Sonntag, den 23. September 2007, auf den Spuren von Theodor Fontane eine Exkursion ins «jüdische Oderbruch»; dabei wird auch in Groß Neuendorf, in Wriezen und in Bad Freienwalde Halt gemacht. Weitere Informationen und Anmeldung über www.gcjz-berlin.de.


Aus Synagoge wurde Wohnhaus

Uwe Stiehler (MOZ, 18.07.2007)

Groß Neuendorf (GMD) Jüdische Bürger waren einst auch in den Dörfern im Oderbruch zuhause. Doch die Zeugnisse, die an sie erinnern, sind fast überall verschwunden. Außer in Groß Neuendorf. Dort steht die letzte Dorfsynagoge im Oderbruch, um dessen Erhalt sich Eigentümer Jens Jesse sehr bemüht.

Seit 1847 gibt es eine jüdische Gemeinde in Groß Neuendorf, die zunächst von Letschin aus verwaltet wurde. Ihre einflussreichsten Mitglieder kamen aus der Familie des jüdischen Kaufmanns Michael Sperling, für die Groß Neuendorf ein zentraler Stützpunkt ihres Getreidehandels war. Das mag eine Rolle gespielt haben, als der Gemeindevorstand 1864 beschloss, den Sitz der Gemeinde nach Groß Neuendorf zu verlegen. Stifter des Synagogenverbandes, zu dem Klein und Groß Neuendorf, Kienitz, Ortwig, Sophienthal und Gerickensberg gehörten, waren natürlich die Sperlings. Die Gemeinde bekam 1865 eine eigene Synagoge, die an ein Wohnhaus angebaut wurde, das Michael Sperling für seine Arbeiter hatte errichten lassen.

Die Synagoge hat die Zeit bis heute überdauert, auch wenn sie längst nicht mehr als das genutzt wird, wofür sie einst gebaut wurde. Nach dem Krieg wurde sie zu einem Mietshaus und soll auch als Hühnerstall gedient haben. 1987 begann ein großer Umbau. Aus dem Gottes- wurde ein Wohnhaus. Sabine Grocholski, die später hier einzog und in der alten Synagoge ihre Kinder großzog, erinnert sich, dass während der Sanierung Leute vom Denkmalschutz kamen und die blaue Decke mit den goldenen Sternen, die einst die Synagoge zierte, fotografierten. Heute ist davon nichts mehr sichtbar. Das wurde damals alles zugebaut, sagt Jens Jesse, der seit eineinhalb Jahren Eigentümer der Immobilie ist.

Er hatte die Synagoge samt dem Wohnhaus, an das sie angebaut ist, Ende 2005 erworben und hat seit dem gemeinsam mit seinem Vater viel Arbeit investiert, um das Gebäude zu erhalten. Denn der Zustand des Hauses war, als Jesses es übernahmen, bedenklich. Der Außenputz war stark angegriffen und Innenwände in der Synagoge schimmelten. Grund seien Baufehler gewesen, die auf die Arbeiten Ende der 80er Jahre zurückgehen, sagt Ernst Jesse.

Er und sein Sohn Jens haben die Synagoge innerhalb von drei Monaten trocken bekommen. Und dann wurden sie vom Denkmalschutz mit der Nachricht überrascht, dass ihre Synagoge, die die letzte Dorfsynagoge im Oderbruch ist, wegen ihrer religions-, orts-, regional- und baugeschichtlichen Bedeutung in die Denkmalliste des Landes Brandenburg aufgenommen wurde. Die Jesses fühlten sich überfahren, weil sie beim Ortstermin der Denkmalschützer nicht dabei sein konnten, denn die hatten ihnen einen falschen Termin genannt.

Inzwischen, sagt Ernst Jesse, sei das Verhältnis zum Denkmalschutz ein sehr gutes. "Wir wissen um die Bedeutung dieses Hauses und wollen dem natürlich auch gerecht werden", sagt er. Und er weiß, dass die letzte Dorfsynagoge im Oderbruch natürlich auch ein Anziehungspunkt für Touristen ist. Allerdings wünscht er sich von denen, dass sie Rücksicht darauf nehmen, dass in diesem Haus Leute wohnen. Wenn sich jemand mit dem Fahrrad mitten ins Erdbeerbeet stellt, um Fotos von dem Haus mit den markanten Spitzbögen zu machen, sei die Grenze des Zumutbaren überschritten, sagt er.

An die Stelle, wo einst das Hinweisschild auf die Synagoge an der Hauswand hing, hat Jens Jesse nun ein Baustellenschild geschraubt, um die Besucher darauf aufmerksam zu machen, dass sie zu ihrer eigenen Sicherheit nicht überall auf dem Privatgrundstück herumlaufen können. Das Synagogenschild übergab er an die Gemeindeverwaltung Letschin, die es nun auf öffentlichem Grund wieder aufstellen will.


Geschichten über ein Paradies an der Oder

Bogdan Twardochleb (Kurier Szczeciński vom 8. Juni 2007)

Erstes Treffen in Czelin

Nach den Messdienern kommen der katholische und der protestantische Pfarrer. Der Gottesdienst beginnt. „Das ist ein Tag, den uns der Herr schenkte“, singen die Polen. „Danke für diesen guten Morgen, danke für den neuen Tag …”, singen die Deutschen. Barbara Atroszko, Lehrerin an der Schule in Czelin, liest den Abschnitt aus dem Johannes-Evangelium vor: „Ich bin dazu geboren und dazu in die Welt gekommen, dass ich für die Wahrheit Zeugnis ablege.“ Später, nachdem sich alle in der Schule versammelt haben, wird die Schulleiterin Kazimiera Atroszko sagen: „Es ist gut, dass wir uns in einer Schule treffen. Das ist für alle ein Ort der Kindheit.“
Neben ihr steht lächelnd Raimund Koch, Chef der deutschen Gruppe, und erzählt: „Ich wurde nicht in Zellin geboren. Hier wurde meine Mutter geboren. Sie stammte aus der Familie Barsch, die in diesem Dorf seit Jahrhunderten lebte. Die Geschichte der Familie Barsch und anderer deutscher Familien ging 1945 zu Ende. In demselben Jahr nahm im polnischen Czelin die Geschichte der polnischen Familien ihren Anfang.“

Gib uns Kraft …

Czelin liegt in der Gemeinde Mieszkowice. Gerade hier wurde am 27. Februar 1945 der erste polnische Grenzpfahl an der Oder in die Erde gerammt. Gehauen hat ihn Unteroffizier Adolf Wędrzyński, ein Zimmermann aus Wolhynien. Ein ansehnliches Denkmal soll daran erinnern. Es steht unweit des mächtigen Flusses, am Fuße eines hohen Ufers, das zu einem Amphitheater umgestaltet wurde. Von hier, von den nahen Orten Güstebiese, Zäckerick, Altrüdnitz, brachen am 16. April 1945 die Soldaten zur Oderoffensive auf. Der Zweite Weltkrieg ging zu Ende, der Fluss führte förmlich Blut ... Unteroffizier Wędrzyński kam ums Leben.
Auf dem Hügel liegt hinter Akazien, Fliedergebüsch und Klatschmohn ein großer umgestürzter Betonpfeiler. Überbleibsel jener Zeit. Die Akazien duften ...
In der Kirche von Czelin treffen sich Deutsche, ehemalige Einwohner des deutschen Dorfes Zellin (oft samt ihrer Nachfahren), und Polen, heutige Einwohner von Czelin. Ein ökumenischer Gottesdienst wird abgehalten. Pfarrer Friedrich-Wilhelm Ritter aus Hannover sagt: „Ich wuchs in Bärwalde, dem heutigen Mieszkowice, auf. Hören wir uns den Psalm an, um diesen Gottesdienst gemeinsam zu erleben.“
Er liest vor: „Ihr Völker alle, klatscht in die Hände ... denn der Herr ... ist ein König über die ganze Erde ..., er wählt unser Erbland für uns aus ... Gott wurde König über alle Völker ...“
„Der Herrgott führte uns polnische Katholiken und deutsche Protestanten hierher, jeden von uns mit seiner eigenen Geschichte. Zeige uns, Gott, wie wir uns von deinem Wort leiten lassen sollen. Gib uns Kraft ...“, sagt der Czeliner Pfarrer, Ignacy Stawarz.

Der Geist einer guten Zukunft

Die Polen singen das „Te Deum“, aber die weniger bekannte Fassung, das sogenannte schlesische „Te Deum“: „Ciebie Boże chwalimy, Ciebie Stwórcę Wszechmocnego …”. Dann ertönt das „Te Deum” auf Deutsch: „Großer Gott, wir loben Dich …”. Weswegen wird das schlesische „Te Deum“ im westpommerschen Czelin gesungen, das früher das neumärkische Zellin war? Vielleicht ist es ein Zufall, aber während dieses deutsch-polnischen Gottesdienstes klingt das Lied besonders passend. Denn der Text des deutschen „Te Deum“, das in Deutschland sowohl die Protestanten als auch die Katholiken singen, ist in Schlesien entstanden. Sein Verfasser war Ignaz Franz (1719-1790), ein katholischer Pfarrer, der in einer Stadt namens Frankenstein (heute Ząbkowice Śląskie) geboren wurde.
Während dieser deutsch-polnischen Feier in Czelin verbinden sich die zwei Lieder, das deutsche und das polnische. Ein Symbol? Ein Zufall? Der Alltag besteht aus Zufällen, die man doch so gerne als Symbole deuten möchte ... „Lobet den Herren, den mächtigen König …”, singen dann die Deutschen, „Möge der Herr mit uns bleiben, halleluja“, singen die Polen. „Der Heilige Geist, der Geist der Einheit und des Friedens, möge uns erfreuen, dass wir uns in einer freundlichen Atmosphäre begegnen können“, hört man auf Deutsch und auf Polnisch. „Wir bitten Dich, dass diejenigen das begreifen, die es nicht begreifen können. Wir bitten dich um den Geist einer guten Zukunft.“ Zum Abschluss: „Ojcze nasz – Vater unser” – die Worte fließen ineinander. Die beiden Pfarrer erteilen den Segen, die Besucher gehen hinaus, machen Bilder vor der Kirche, gehen zur Schule ...
Die Czeliner Kirche ist sieben Jahrhunderte alt. Sie wurde von den Templern aufgebaut, hier war einst die Kanzlei der Kathedrale von Cammin, das Erzdiakonat von Zellin. Die Geschichte sickerte in die Mauer aus Stein und Backstein. So ist es auch jetzt. Ein solches Ereignis findet in dieser Kirche zum ersten Mal statt.

Die Orte haben ihre Geschichten

Auf dem Weg zur Schule kommen alle an einer mächtigen Eiche vorbei. Sie muss hier auch am 18. Februar 1666 gestanden haben, als die 16-jährige Anna von Mörner aus Zellin und der 33-jährige Joachim von Dewiz aus der Gegend von Labes vermählt wurden. Beide stammten aus großen alten Adelsfamilien. Die Mörners waren vom 15. bis zum 17. Jahrhundert Eigentümer von Zellin und Clossow. Sie schrieben sich „von Mörner zu Zellin und Clossow“, hatten Verbindungen zum Herzogtum Pommern (worüber Theodor Fontane, der größte Chronist des Oderlandes, schrieb). Im Dienste schwedischer Könige kamen sie zu Ehren, als erster Otto von Mörner, geboren am 8. Mai 1569 in Zellin. Angeblich war er es, der König Gustav Adolf nach der Niederlage bei Kirchholm, wo Schweden durch polnische Verbände geschlagen wurde, zu trösten suchte. Sein Enkel, Hans Mörner, nahm an dem schwedischen Angriff auf Polen teil, kämpfte bei Krakau und Warschau. Und sein Urenkel gelangte während des Zweiten Nordischen Krieges (1702) nach Pińczów und Warschau. Damals bemühte sich König Karl XII., den polnischen Thron für Stanisław Leszczyński zu sichern. Schließlich fand Leszczyński, der 1711 aus Polen floh, Schutz im damals schwedischen Stettin.
Menschliche Schicksale durchzogen die Geschichte, berührten die Orte, erschufen und ergänzten deren Geschichten. 1717 besuchte der preußische König Friedrich Wilhelm I. Zellin, denn auf sein Geheiß wurden die Deiche gegen das Oderhochwasser gebaut. Fast 100 Jahre später zogen der 21-jährige Hermann Meissner und der 26-jährige Johann Spreuberg, ein Ehemann und ein Vater von hier in den Krieg gegen Napoleon. Beide fielen am 6. September 1813 in der Schlacht bei Dennewitz, in der 32.000 französische und preußische Soldaten ihr Leben lassen mussten. 1857 wurde in Zellin Paul Wiegand geboren, ein Schriftsteller und Theologe, Prediger der New Yorker Baptistenkirche.
Menschen aus Zellin wanderten nach Übersee aus, zogen in die Kriege, zum Schluss in den schrecklichsten, der am 1. September 1939 von Deutschland ausging und die deutsch-polnischen Beziehungen radikal veränderte, auch das Schicksal des Oderlandes und das von Zellin/Czelin.
Erst 62 Jahre nach Kriegsende kam es in Czelin zu einem deutsch-polnischen ökumenischen Gottesdienst, einem gemeinsamen Mittagessen in der Czeliner Schule und einem Nachmittag der Geschichten.

Die Menschen haben ihre Geschichten

Die Einwohner von Zellin und Czelin, die ehemaligen und die heutigen, trafen sich Mitte Mai, um zu erzählen. Sie folgten der Idee von Ewa Czerwiakowski und Ruth Henning aus Berlin, sowie von Elvira Profé-Mackiewicz und ihrem Mann Fortunat Mackiewicz.
Die Mackiewiczs hatten sich 1946 in Mieszkowice kennen gelernt: sie, eine Deutsche aus Bärwalde, die gerade von der Verschleppung nach Sibirien zurückgekehrt war, er, ein Pole aus Wilna. Sie waren verliebt, die Behörden erteilten aber keine Genehmigung zur Schließung einer deutsch-polnische Ehe. Nach dem Krieg gab es für derartige Ehen keine „gesellschaftliche Zustimmung“. Sie musste über die Oder, er ging nach Ermland.
Aber die Liebe überdauerte. Die beiden fanden sich nach mehr als vierzig Jahren, nach dem Fall des Eisernen Vorhangs wieder. Sie leben zusammen, haben sich in Mieszkowice ein Haus gebaut und wissen sehr wohl, wie einfach die Menschen zueinander finden, wenn es keine trennende Ideologie und Politik gibt, wenn sie die gegenseitigen Schicksale kennen lernen ...
Und die Geschichten beginnen. Zunächst überreicht Helga Zantow Frau Atroszko einen Strauß dunkelroter Pfingstrosen. „Meine Mutter nahm sie 1945 aus ihrem Garten in Zellin mit und pflanzte sie in ihrem neuen Garten in Eberswalde wieder ein. Bis heute bringen sie Blüten hervor. Das sind Pfingstrosen aus Zellin, die ich nach Czelin mitbringe“.
Stanisław Mirkiewicz, 82 Jahre alt, kommt aus Konin. In Czelin wohnt er seit 1947, er war hier Dorfvorsteher. „Als ich nach Czelin kam, war das Dorf zu 80 Prozent zerstört. Die Kirche war ausgebrannt. Dort, wo ich vor dem Krieg lebte, gab es auch Deutsche. Das Zusammenleben mit den Polen war dort gut. Ich verstehe nicht, warum Hitler über Polen hergefallen ist“. Dann erzählt er, dass all diejenigen, die nach dem Krieg in Czelin an der Grenze lebten, weder Tauben noch Hunde halten durften. Nichts durfte über die Grenze: weder eine Taube, noch das Bellen eines Hundes. „Jetzt ist es, wie es eben ist. Jeder hat das Recht, seine Heimat zu besuchen.“
Edeltraud Kreft berichtet, sie habe in Zellin eine schöne Kindheit gehabt, aber sie erzählt auch von den ersten polnischen Kriegsgefangenen, die im Herbst 1939 im Dorf erschienen. Sie erinnert sich an einen Polen, der Bäcker war und Fuhrmann und Henryk hieß. „Mein Haus in Zellin ist zerstört worden. Ich komme gerne hierher, aber mein Zuhause ist jetzt in Berlin.“
Der Dorfvorsteher Zbigniew Kmiecik erzählt vom Schicksal seiner Eltern und Schwiegereltern, die aus der Gegend von Wilna stammen, über den Großvater seiner Ehefrau, der im Krieg umkam, über seinen Vater, der mit der Armee in Güstebiese eintraf, über seine ganze durch den Krieg geschädigte Familie ...
Dann spricht Erika Krupki. Sie ist ebenfalls 82 Jahre alt, genau wie der ehemalige Dorfvorsteher Mirkiewicz. Ihren zwanzigsten Geburtstag konnte sie noch in Zellin feiern. Als am 2. Februar 1945 die Russen das Dorf eingenommen hatten, flüchteten alle Frauen und Mädchen in den Wald. Der Vater wurde gleich abgeholt und nach Sibirien verschleppt. Die 18-jährige Schwester verhungerte in einem Lager in Posen ...
Die Geschichten sind kurz und leise ... Ilse Karstädt sagt, Zellin sei für sie ein Paradies gewesen, aber ihre Heimat habe sie woanders.
Zuvor schaute sie sich interessiert zusammen mit den Anderen den Auftritt der Schülergruppen aus Zielin (Sellin) und Czelin an. Sie applaudierte, nachdem die Kinder ihre Tänze vorgeführt und ihre Lieder vorgesungen hatten. Dachte sie vielleicht daran, dass auch diese Kinder heute hier ihr Paradies haben? Ein Lied wurde auf Deutsch gesungen und endete mit den Worten: „Wir können gute Freunde sein …”

Ein Bild zur Erinnerung

Heinz Schermer brachte einen Ortsplan von Zellin mit. Um ihn herum versammeln sich die Polen und die Deutschen, sie diskutieren, fragen nach den Häusern, wer wo gewohnt hat oder wohnt.
Heinz Schermer brachte auch ein Bild der Zelliner Kirche mit, eingebrannt in einem Stück Sperrholz. Das schenkte er dem Pfarrer.
Am Ende des Treffens steht der Rentner Stanisław Dolnik auf. Er hatte ein Bild von der Kirche gemalt und wollte es der ältesten anwesenden Person schenken, die in Zellin geboren wurde. Er kommt auf Erika Krupki zu, die sichtbar verwundert und verlegen ist, und händigt ihr das Bild aus, „damit es Sie an das Heimatdorf erinnert“. Sie blickt ihn an, schaut auf das Bild, auf die Menschen, die lächeln und fotografieren ... Mit Mühe hält sie die Tränen zurück.

Und eine völlig andere Geschichte

Mateusz Karolak, geboren in Czelin, heute Student an der Universität Posen, spricht über die Geschichte seines Dorfes, über die archäologischen Ausgrabungen aus der Zeit der Goten, über spätere Funde, über menschliche Spuren, die die Geschichte erhalten hat. Auch in dieser Geschichte fließen die Schicksale der Deutschen und der Polen ineinander, die heute in der Czeliner Kirche und in der Schule zum ersten Mal zusammen kamen. „Das sollte man aufschreiben“, sagt Karolak.
Die Teilnehmer des Treffens haben ihre Geschichten erzählt – deswegen sind sie hierher gekommen. Nun verlassen sie die Schule, laden sich gegenseitig ein. Ein Bus fährt vor, der eine Schülergruppe von einem Ausflug zurückbringt. Die Kinder laufen zu sich nach Hause an der alten Eiche, an der Kirche vorbei ...
Was hätten sie von diesen Geschichten verstanden? Im nahen Gozdowice, wo am 16. April 1945 die Offensive über die Oder begann, wird bald eine Fähre über Fluss und Grenze verkehren. Sie hat schon einen Namen: „Bez Granic – Ohne Grenzen“. Ihre Geschichten sind völlig andere.

 


Dziedzictwo niczyje

Robert Ryss („Gazeta Chojeńska” numer 27 z dnia 03.07.2007)

Jeden z nagrobków na zachowanym cmentarzu żydowskim w Gross Neuendorf"Każda forma pamięci i czci jest pożądana, byle tylko nie dać przystępu zobojętnieniu" - tak pisał polski pisarz Stanisław Vincenz na temat pamięci o Żydach z Kołomyi. Zacytował je 17 czerwca Mirosław Opęchowski z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Szczecinie podczas konferencji "Żydzi na polsko-niemieckim pograniczu". W nadodrzańskiej wsi Gross Neuendorf zorganizowało ją Towarzystwo Polsko-Niemieckie Brandenburgii w ramach projektu "Po śladach. Stara, nowa, obca mała ojczyzna", wspieranego przez pełnomocnika rządu Brandenburgii ds. integracji.

Słowa Vincenza są bardzo aktualne w wielu miejscowościach naszego pogranicza, gdzie zobojętnienie na ślady żydowskiego dziedzictwa doprowadziło do zniszczenia kirkutów albo posunęło się nawet do wykorzystywania płyt nagrobnych przy budowie ogrodzeń i piaskownic, czego wyraźne ślady widoczne są do dziś np. w Szczecinie. Mieszkało tu do czerwca 1946 roku aż 31 tysięcy Żydów. Mieścił się tu jeden z dwóch punktów, do którego przyjeżdżali wracający z ZSRR Żydzi polscy. Jak mówił na konferencji dr Janusz Mieczkowski, zaraz po pogromie kieleckim w lipcu 1946 roku ich liczba w Szczecinie gwałtownie spadła: przerażeni okrutnym mordem wyjechali na Zachód albo do Palestyny. Dziś w całym województwie gmina żydowska liczy zaledwie ok. 70 osób.

 

Tak wyglądała w 1963 roku brama kirkutu w Chojnie (fot. Jerzy Baranowski) Na Pomorzu Zachodnim udało się zidentyfikować 68 cmentarzy żydowskich. 8 wpisano do rejestru zabytków, w tym kirkuty w Baniach i Cedyni, a na wpis czekają jeszcze Boleszkowice i Widuchowa. Nic nie pozostało z cmentarza w Chojnie. Stoi na nim tylko tablica informacyjna, a raczej dezinformacyjna. Mówi ona, że cmentarz został w latach 1958-1960 uporządkowany przez władze miejskie. Tymczasem - o czym pisaliśmy w ub. roku - do lat 70. był on zaniedbany, ale istniał wraz z marmurowymi i granitowymi nagrobkami. Ok. roku 1973 lub 1974 pracownicy gminy usunęli wszystkie nagrobki, buldożerem wyrwano ich pozostałości, rozrzucając przy okazji po całym terenie trumny i kości. W następnych latach pasły się tam świnie i krowy. W 1979 roku władze zburzyły mur odgradzający cmentarz od ulicy Wojska Polskiego. Teraz jest tam pusta łąka, na której do niedawna dzieci grały w piłkę.

W Cedyni cmentarz żydowski również przetrwał hitlerowskie piekło i również został zniszczony dopiero po wojnie przez Polaków. Na szczęście dzięki zmarłemu niedawno Marcelemu Szablewskiemu wydobyto siedem ukrytych w ziemi macew. W 2003 roku ustawiono je z powrotem na dawnym kirkucie. Podobnie uczyniono rok temu w Moryniu.

 


Dawna synagoga w Baniach - widok z 1963 r.Podczas konferencji dramatyczny przykład dewastacji kirkutu podał Andrzej Kirmiel z Zielonej Góry. Otóż w Międzyrzeczu na niedawnym cmentarzu wybierano żwir i zwożono na pobliską plażę, na której wskutek tego walały się ludzkie kości. Zrabowano granitowe i marmurowe nagrobki. Ostatecznie kirkut zlikwidowano na wniosek Powiatowej Rady Narodowej z 1969 r. Zrobiono to niezgodnie z prawem - nawet tym obowiązującym w PRL. - Decydowało to, że był to cmentarz "poniemiecki" - mówił Kirmiel. Zrównano więc dziedzictwo ofiar i sprawców. Zlikwidowano cmentarz istniejący 700 lat. Nie miał znaczenia Holokaust ani wymogi religii żydowskiej. Dziś przez środek biegnie obwodnica.

Wnioski wypływające z konferencji nie są optymistyczne. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie zajmuje się tylko Żydami polskimi, a z kolei Niemcy skupiają się na obiektach zlokalizowanych po zachodniej stronie Odry. Okazuje się więc, że dziedzictwo żydowskie na polskich Ziemiach Zachodnich to dziedzictwo niczyje.

Archiwalne zdjęcia autorstwa Jerzego Baranowskiego wykorzystaliśmy dzięki uprzejmości archiwum Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Szczecinie


Jüdische Spuren im deutsch-polnischen Grenzgebiet

Von Ewa Czerwiakowska in SŁOWO, Nr. 75

Jüdische Geschichte im heutigen deutsch-polnischen Grenzgebiet ist eine geteilte Geschichte und vielleicht deswegen nicht genug erforscht, auf beiden Seiten der Grenze. Dennoch gibt es sowohl in Polen als auch in Deutschland eine nicht geringe Zahl von Initiativen, die sich dem schwierigen Thema widmen: akademische Forschungsprojekte, Schülergruppen, Lokalhistoriker. Einige von ihnen kamen Mitte Juni nach Groß Neuendorf an der Oder, um an einem Workshop teilzunehmen, der von der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg im Rahmen des Projektes „Spurensuche“ organisiert wurde.

Das Antlitz des kleinen Ortes im Oderbruch trägt bis heute Spuren seiner jüdischen Vergangenheit. Mitte des 19. Jahrhunderts gründete der jüdische Getreidegroßhändler Michael Sperling aus Berlin hier eine Filiale seines Betriebes. Das Unternehmen muss erfolgreich gewesen sein, davon zeugen zwei Verladetürme des nicht mehr existenten Hafens am Oderufer, die vor einigen Jahren renoviert wurden und heute als Hotel und Café genutzt werden. Michael Sperling war es zu verdanken, dass in dem Ort eine jüdische Gemeinde entstand. Ein Grundstück für einen Friedhof wurde erworben und eine bescheidene Synagoge erbaut. Sowohl der kleine Friedhof als auch das Gebäude der ehemaligen Synagoge sind erhalten geblieben. Die Synagoge, in der bis 1910 Gottesdienste abgehalten worden sind, wurde zur DDR-Zeit zu einem Wohnhaus umgebaut, nur die charakteristischen Bögen an den Fenstern lassen ihre frühere Bestimmung erkennen. Der alte Friedhof am Rande des Ortes überdauerte vergessen und vernachlässigt den Krieg und die Nachkriegszeit und wurde Anfang der 1990er Jahre pietätvoll restauriert. Heute kann man die 29 übriggebliebenen Grabsteine besichtigen, darunter auch den von Michael Sperling. Die Gemeinde Groß Neuendorf bemüht sich, die Geschichte ihrer jüdischen Bewohner anhand dieser wenigen Spuren zu pflegen und weiter zu vermitteln. Es gibt eine Broschüre mit den wichtigsten Informationen, eine Tafel informiert auf Deutsch und Polnisch über die Vergangenheit der jüdischen Gemeinde. Über das Schicksal ihrer letzten Mitglieder weiß man allerdings kaum etwas.

Groß Neuendorf ist ein gutes Beispiel, wie man mit der vergessenen Geschichte umgehen kann, daher war der Ort besonders geeignet für den Workshop zu jüdischen Spuren. Reinhard Schmook aus Bad Freienwalde nannte einige andere Orte im Oderbruch, in denen man sich mit der Geschichte der Juden befasst, so Oderberg, Seelow, Küstrin und nicht zuletzt Wriezen, in dem sich der wahrscheinlich besterhaltene jüdische Friedhof ganz Brandenburgs befindet. Über diesen Friedhof berichtete Brigitte Heidenhain, die an einer detaillierten Dokumentation über 150 aus drei Jahrhunderten stammende Grabsteine arbeitet. Beide Referenten lieferten auch allgemeine Informationen zur Geschichte der Juden in Brandenburg, die allerdings noch lange nicht in die Geschichte der Region integriert zu sein scheint. Das Interesse der deutschen Forscher endet übrigens an der deutsch-polnischen Grenze. In den Blättern der deutschen Vertriebenen erscheint das Thema sporadisch und nicht ohne Widerstände, worüber Wilfried Reinicke am Beispiel seiner Veröffentlichungen in den Crossener Heimatgrüßen berichtete.

Die jüdischen Spuren auf dem heute polnischen Gebiet der ehemaligen Neumark und im polnischen Pommern haben sich in zwei Schichten abgelagert. Die tiefere umfasst die Geschichte der deutschen Juden bis 1945, die zweite, jüngere Schicht betrifft die polnisch-jüdischen Überlebenden, die nach 1945 in bestimmten Orten dieser Gebiete angesiedelt wurden. Anscheinend gibt es hier keine Berührungspunkte. Robert Piotrowski aus Gorzów Wielkopolski (ehemals Landsberg an der Warthe), der sich mit der Geschichte der (überwiegend deutschen) Juden in der Stadt und in der Neumark befasst, sagte zutreffend: „Es ist eine Niemandsgeschichte ohne Erben.“ Das scheint jedenfalls die Internetseite der polnischen Stiftung zur Bewahrung des jüdischen Erbes zu bestätigen, die u.a. schulische Projekte unter der Parole „Bringen wir die Erinnerung zurück“ in ganz Polen initiiert, fördert und für sie eine Kommunikationsplattform schafft. Auf der Karte Polens sind unzählige Projekte markiert, aber kaum welche im polnischen Westen.

Es gibt aber auch gegenteilige Tendenzen. Andrzej Kirmiel aus Zielona Góra (Grünberg) und Tomasz Watros aus Skwierzyna (Schwerin an der Warthe), beide ausgesprochene Experten in jüdischen Themen, berichteten eindrucksvoll von ihren Aktivitäten im Rahmen von schulischen und außerschulischen Projekten. Jugendliche, die von ihnen inspiriert und angeleitet wurden, begeben sich nicht nur gemeinsam auf eine intensive Spurensuche, sondern schaffen auch einen Raum, in dem sie eigenständig den Bezug zu ihrem Lebensort und damit ihre eigene Identität sowie politisch-geschichtliche Kompetenzen und Handlungsweisen erarbeiten und entwickeln können. Sie haben etliche Erfolge zu verzeichnen: Sie gewinnen ein fundiertes historisches Wissen über ihre Orte und deren Umgebung, lernen mit den Behörden zu verhandeln (wenn es beispielsweise um Aufstellung von Gedenktafeln geht), wissen sich mit den tradierten antisemitischen (und antideutschen) Vorurteilen auseinander zu setzen und entwickeln nicht zuletzt Neugier auf das Fremde oder nur Unbekannte. So werden sie stellvertretend zu Erben der jüdischen und der deutschen Geschichte ihrer Region.

Trotzdem bleibt die Geschichte der deutschen Juden auf der polnischen Seite des Grenzgebietes eher ein Betätigungsfeld von wenigen Außenseitern wie Kirmiel oder Watros. Die wichtigste zentrale Einrichtung zur Erforschung des polnischen Judentums, das Jüdische Historische Institut in Warschau, interessiert sich nur am Rande oder überhaupt nicht für die Entdeckungen und Funde der Forscher im Grenzgebiet. Berechtigt scheint also die Frage: Wem gehört diese Geschichte? Es war der polnische Staat, der nach 1945 die jüdischen (und auch die deutschen) Spuren in diesen Gebieten endgültig auszulöschen bestrebt war. Erst heute werden einige Rudimente wieder entdeckt und, wenn es möglich ist, rekonstruiert, dokumentiert und bewahrt. Mirosław Opęchowski aus Stargard Szczeciński (Stargard) berichtete von 68 jüdischen Friedhöfen, die allein in der Wojewodschaft Westpommern geortet wurden. Doch nur auf wenigen, etwa dem von Cedynia (Zedden), findet man noch ein paar Grabsteine.

Was mit diesen Ruhestätten passiert ist, schilderte Andrzej Kirmiel am Beispiel der Stadt Międzyrzecz (früher Meseritz). Seit Ende der 1940er Jahre wurde ungehindert individueller und organisierter Raub der jüdischen (und deutschen) Grabsteine betrieben, die später als Baumaterial dienten. In Stettin ist in diesen Tagen eine beeindruckende Ausstellung zu sehen: Fotos, die eine junge Künstlerin an verschiedenen Stellen der Stadt aufgenommen hat, wo sie in kleinen Mauern um die Parkanlagen oder an Sandkästen sonderbare Bausteine entdeckt hat: alte Grabsteine mit hebräischen und deutschen Inschriften. Solcherart Raub war eine allgemeine, vom Staat geduldete Praxis. Bis heute könnte man gewiss auf nicht nur einem Bauernhof einen mit alten Grabsteinen gepflasterten Weg finden. In den 1970er Jahren kam die staatliche Verordnung, die nicht mehr genutzten (jüdischen und deutschen) Friedhöfe (865 allein in der Wojewodschaft Zielona Góra) endgültig „in Ordnung“ zu bringen. Das bedeutete, sie zu beseitigen. Viele Spuren sind also unwiederbringlich verloren, andere warten darauf, freigelegt zu werden. Es sind nicht nur Gebüsch und Erde, die sie verdecken, sondern auch eine dicke Schicht von Desinteresse und Gleichgültigkeit. Eine deutsch-polnische Zusammenarbeit scheint hier geradezu unentbehrlich.

Eines der Themen des Workshops war das jüdische Leben in der Region heute. Mit der Nachkriegsgeschichte der Juden in Stettin befasste sich Janusz Mieczkowski, der die einzelnen Entwicklungsphasen der jüdischen Ansiedlung darstellte. Nach dem Ende des Krieges kamen etwa 30.000 jüdische Überlebende in das polnische Stettin, die meisten aus der Sowjetunion. Rund 86 Prozent von ihnen verließen aber früher oder später das Land. In den Jahren 1945-1946 wurde Stettin zu einer regelrechten Drehscheibe für jüdische Flüchtlinge. Hier war die zionistische Organisation Brichah tätig, die versuchte, den Ausreisewilligen zu helfen und schleuste sie u.a. in die Transporte der deutschen (nichtjüdischen) Vertriebenen ein. Diese paradoxe Flucht ins Land der Täter hatte viele Gründe. Nicht zuletzt war auch der nach dem Krieg in Polen nach wie vor vorhandene Antisemitismus daran schuld. Dennoch etablierte sich in Stettin eine jüdische Gemeinde, die ihre eigenen Einrichtungen, Genossenschaften, Verlage und eine Schule mit Jiddisch hatte. Dieses dynamische Leben fand 1968 ein Ende. Heute zählt die jüdische Gemeinde in Stettin 62 Mitglieder, hauptsächlich alte Menschen, wie ihr Vorsitzender Mikołaj Rozen berichtete. Trotzdem kann die Gemeinde Restitutionsansprüche stellen, um jüdische Friedhöfe, ehemalige Synagogen und andere Bauten zurück zu erhalten. Schon wieder ein Paradox: Es geht doch um die Überreste des deutschen Judentums, wie zum Beispiel den Friedhof in Słubice. Dass eine so schwache Gemeinde diese Objekte weder erhalten noch pflegen kann, ist offensichtlich. Man müsste andere Lösungen finden wie Patenschaften von interessierten Vereinen oder eine Unterstützung durch den Staat.

Die jüdische Gemeinde in Frankfurt an der Oder ist verhältnismäßig groß und zählt mehr als 200 Mitglieder, überwiegend russische Juden, die in den 1990er Jahren eingewandert sind. Obwohl die Geschichte der Stadt für sie fremd ist, versuchen sie sich in ihr einzuleben. Sie unterhalten übrigens gute Kontakte zu der polnischen Gruppe um Andrzej Kirmiel, deren Mitgliedern es aus sprachlichen Gründen leichter fällt, sich mit den russischsprachigen Ankömmlingen zu verständigen. Noch ein Paradox.
Gehört der Unterricht des Jiddischen zum heutigen jüdischen Leben oder dient er eher einer Art Spurensuche? Die Sprachlehrerin Ingedore Rüdlin meint, dass das Interesse, an der Europauniversität Viadrina Jiddisch zu lernen, relativ groß ist. Sie vermittelt ihren Studenten dabei ein Stück der untergegangenen Geschichte des östlichen Judentums und ermöglicht eigene Forschungen. Das unwiderruflich Verschwundene lässt sich allerdings nicht heraufbeschwören. Nichtsdestotrotz muss man immer wieder daran denken, was Walter Benjamin einmal zum Ausdruck brachte: „Wer sich der eigenen verschütteten Vergangenheit zu nähern trachtet, muss sich verhalten wie ein Mann, der gräbt. Das bestimmt den Ton, die Haltung echter Erinnerung. Sie dürfen sich nicht scheuen, immer wieder auf einen und denselben Sachverhalt zurückzukommen, ihn auszustreuen wie man Erde ausstreut, ihn umzuwühlen wie man Erdreich umwühlt.“


Jüdischem Leben an der Oder auf der Spur

Workshop vereinte Polen und Deutsche in Groß Neuendorf

Von Dr. Reinhard Schmook aus der MOZ vom 19. Juni, Lokalausgabe Seelow

Groß Neuendorf. Am Sonntag fand im Landfrauencafé Groß Neuendorf ein Workshop statt, der sich den Spuren jüdischen Lebens links und rechts der Oder widmete. Eingeladen hatte die Deutsch-Polnische Gesellschaft im Rahmen des Projekts „Spurensuche alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion“. Es ist eingebettet in das überregionale Projekt \"Zivile Brücken – Mosty spoleczne“ der Integrationsbeauftragten des Landes Brandenburg, Karin Weiss, die dieses Projekt in Groß Neuendorf vorstellte.

Den Auftakt bildeten drei sehr interessante Kurzvorträge über die Geschichte der Juden in Brandenburg und Pommern, wobei die Städte Wriezen, Gorzów Wlkp. (Landsberg a.W.) und Szczecin (Stettin) als exemplarische Beispiele besonders beleuchtet wurden. Der Historiker Robert Piotrowski berichtete u.a., dass die repräsentative Synagoge in Landsberg an der Warthe (Gorzów) aus dem Jahre 1854 als ausgebrannte Ruine noch Ende der 50-er Jahre gestanden hätte.
In allen drei Vorträgen erfuhren die Zuhörer viele neue Fakten zum jüdischen Alltagsleben und zu den Lebensspuren der jüdischen Minderheit. In Stettin existiert noch heute eine kleine jüdische Gemeinde, deren Aktivitäten jedoch immer geringer werden, weil sie an Überalterung leidet. Dagegen gibt es in Frankfurt (Oder) und in Bernau vor etwa zehn Jahren neu gegründete jüdische Gemeinden, die einen völlig anderen Charakter tragen und deren Mitglieder in erster Linie russische Einwanderer jüdischen Glaubens sind.

In der Wojewodschaft Westpommern haben Mitarbeiter des Stettiner Denkmalamtes 68 Orte erfasst, an denen sich mehr oder weniger gut erhaltene jüdische Friedhöfe befinden. Wenn sie die Nazizeit überdauert haben, wurden sie nach 1945 zerstört. Wo noch Grabsteine erhalten sind, will man sie wieder aufstellen und die Friedhöfe als Kulturdenkmal kennzeichnen. Eine umfassende Registrierung und Kartierung soll dazu dienen, diese Friedhöfe künftig besser zu schützen.
Auch in der ehemaligen DDR ging man nicht mit jedem jüdischen Friedhof wie mit einem Kulturdenkmal um. Während die jüdischen Friedhöfe von Wriezen und Oderberg immer gepflegt wurden, ließ man die Begräbnisplätze von Seelow, Groß Neuendorf und Bad Freienwalde verfallen. In Seelow und Bad Freienwalde wurden sie gänzlich abgeräumt. In Groß Neuendorf ist es zwischen 1992 und 1994 mit der Hilfe vieler Jugendlicher gelungen, den jüdischen Friedhof hervorragend zu restaurieren. Nach nun schon wieder 15 Jahren präsentiert sich dieser historische Ort, auf dem 1911 die letzte Beerdigung stattfand, in einem sehr guten Zustand. Davon konnten sich die Teilnehmer des Workshops persönlich überzeugen, als sie von den anwesenden Spezialisten über den Friedhof geführt wurden.

Auf großes Interesse stieß ein Schülerprojekt, das Tomasz Watros aus Skwierzyna (Schwerin an der Warthe) vorstellte. Dort gibt es den wohl größten erhaltenen jüdischen Friedhof im ganzen Oder- und Wartheland mit immerhin noch 250 Grabsteinen. Zusammen mit einer Partnerschule in Büren bei Paderborn haben Schüler in Skwierzyna gemeinsam an einem Projekt mit dem schönen Namen „Die Vergangenheit wieder finden – nur noch Steine sprechen hebräisch“ gearbeitet.
Sie spürten Grabsteine auf, die in den 60-er und 70-er Jahren zur Uferbefestigung von Meliorationsgräben missbraucht wurden und brachten sie auf den jüdischen Friedhof zurück. Finanziell wurden sie dabei von der Ford-Stiftung unterstützt, haben selbst weitere Sponsoren gesucht, einen Multimediaführer erarbeitet und Nachkommen der in Schwerin Begrabenen in der ganzen Welt aufgespürt.

Zu all diesen Aktivitäten gab es unter den mehr als 50 Teilnehmern des Workshops lebhafte Diskussionen. Dabei kamen manche Unterschiede im Umgang mit den jüdischen Hinterlassenschaften dies- und jenseits der Oder zum Vorschein. Alle waren sich aber dahin gehend einig, dass es in den heute polnischen Westgebieten um Relikte der deutschen Vergangenheit geht, die in der historischen Betrachtung auch so behandelt werden müssen.
Fazit dieser sehr anregenden und interessanten Veranstaltung: Die jüdische Geschichte ist als lebendige Geschichte aufzufassen. Sie ist ein untrennbarer Bestandteil sowohl der polnischen als auch der deutschen Vergangenheit und lebt weiter fort. Am Ende des Tages wurde festgestellt, dass auf beiden Seiten der Oder vieles zur Wiederentdeckung der Spuren einstigen jüdischen Lebens getan wird. Es gebe aber zu wenig gemeinsame Projekte. Es sei nicht gut, wenn der eine etwas unternimmt und den anderen lediglich zum Mittun animiert. Gemeinsame Projekte müssten auch gemeinsam vorbereitet und mit geeigneten Kooperationspartnern durchgeführt werden. Dazu wurden aus Schwedt, Eberswalde, Skwierzyna und Zielona Góra interessante Vorschläge gemacht. Eine Frage bewegte alle Beteiligten gleichermaßen: Wie können Jugendliche ermuntert werden, sich mit politischen und kulturhistorischen Themen zu befassen und was brauchen sie dazu? Hier sind Lehrer, Eltern, Fachleute und auch die regionale Politik gefordert, die den Erkenntnisprozess bei den Jugendlichen ohne Zwang befördern und begleiten müssen.

Unser Autor Dr. Reinhard Schmook ist Leiter des Oderlandmuseums Bad Freienwalde und war als Referent Mitgestalter des Workshops.


Nach Pulverkrug über Afrika

KarlHeinz Schneider entdeckte als Pensionär seinen Geburtsort östlich der Oder wieder, den er als Neunjähriger hatte verlassen müssen

Von Dietrich Schröder aus der Märkische Oderzeitung vom 16. Juni

Eine kleine Senke südöstlich von Frankfurt (Oder), in der die meisten Autofahrer richtig Schwung holen. „Langsam bitte, wir müssen rechts rein." Karl-Heinz Schneider zeigt auf einen Waldweg. Schon nach wenigen Metern ist die Landstraße vergessen, befinden wir uns in einem Stück wild-romantischer Natur. Majestätisch steht ein Reiher an einem Flüsschen, dessen polnischer Name „Ilanka" mehr Klang hat als das früher deutsche „Eilang". Dicke Bäume überwuchern die letzten Ruinen eines Dörfchens, das vor mehr als sechs Jahrzehnten von der Erdoberfläche verschwand – Pulverkrug.

Dem 71-jährigen Schneider kommen die Erinnerungen, auch „wenn ich für Heimwehfreunde wahrscheinlich eine Enttäuschung wäre", wie er selbstironisch sagt. Der kleine Ort war von einer uralten Papierfabrik dominiert, deren Vorläuferin bereits 1539 gegründet wurde. Die nahe gelegene Frankfurter Universität „Viadrina" brauchte damals dringend die weißen Blätter und ihr Einkauf woanders wäre teuer gewesen. Schneiders Vater Franz war der letzte Prokurist dieser Firma, Mutter Lucie arbeitete im Kontor. Der kleine Karl-Heinz liebte es, durch die Gegend zu streifen und wurde erst durch das Jagdhorn des Vaters daran erinnert, dass man ihn zu Hause erwartete.

Im Januar 1945 rückte die Ostfront immer näher an die Oder. Am 31. Januar, wenige Stunden, bevor die Rote Armee Pulverkrug erreichte, ergriff die Mutter mit Karl-Heinz und seiner kleinen Schwester die Flucht. „Wir gingen mit dem Schlitten über die zugefrorene Oder", berichtet er. Für ihn als Neunjährigen sei das damals nur ein aufregendes Abenteuer gewesen. Wie grausam der Krieg war, begriff er erst, als man von Ort zu Ort fliehen musste und Wochen später die Nachricht vom Tod des Vaters kam, der in der Kesselschlacht von Halbe gefallen war.

Von einem Tag zum anderen lag Pulverkrug in unerreichbarer Ferne. Karl-Heinz ging in Brieskow-Finkenheerd zur Schule und lernte ab 1950 Schriftsetzer beim Märkischen Druck- und Verlagshaus in Frankfurt. Doch anstatt die Texte der Redakteure nur zu setzen, las er sie immer neugieriger, begann selber zu schreiben und landete schließlich – nach vielen Zwischenstationen – als Auslandskorrespondent beim DDR-Fernsehen. Er berichtete aus Budapest, Prag, erlebte Kriege im Nahen Osten hautnah und traf auch auf West-Kollegen wie Peter Scholl-Latour oder Thomas Roth. Stundenlang kann er darüber erzählen. „Niemals aber fühlte ich mich als Heimatvertriebener", sagt er.

Ausgerechnet im fernen Simbabwe, dem früheren Rhodesien im Süden Afrikas, erreichte ihn dann ein Signal aus der alten Heimat. „In dieser hitzeflimmernden Einöde ließ mich ein verwilderter Friedhof plötzlich hellwach werden", berichtet Schneider. Er fand das Grab des berühmt-berüchtigten „Kaffern-Missionars" Wilhelm Posselt. Dieser war 1815 in Klein-Rade geboren worden. Ein Ortsname, der Schneider erregte, schließlich lag Klein-Rade – das heutige Radówek – genau wie sein Geburtsort Pulverkrug im einstigen Kreis Weststernberg östlich von Frankfurt.

Als mit dem Ende der DDR auch die Auslandsbüros seines Fernsehens geschlossen wurden, gab es für Schneider Zeit für intensivere Recherchen. Er besuchte die vergessenen Orte östlich der Oder und schrieb für die MOZ-Beilage „Brandenburger Blätter" kleinere Reportagen. Dies wiederum weckte die Neugier beim „Heimatkreis Weststernberg e.V.", einem Verein, den frühere Bewohner der Region in den alten Bundesländern gegründet hatten. Sie fanden den Journalisten in seinem heutigen Wohnort Bernau und baten ihn, die Redaktion ihres Informationsblattes zu übernehmen.

Für Schneider war klar, dass er den etwas verstaubten „Heimatbrief" nicht nur typographisch aufmotzen musste. „Das Blatt soll nicht nur Brücken in die Vergangenheit, sondern auch in die Gegenwart bauen", nahm er sich vor. Dabei halfen ihm Polen, zum Beispiel Kamila Rajkiewicz, eine Studentin der Europa-Universität, die Schneiders Interviews mit Bürgermeistern der polnischen Orte dolmetschte, die im „Heimatbrief" veröffentlicht wurden.

„Ende der 90er Jahre zählte unsere vierteljährliche Zeitschrift 6000 Abonnenten", berichtet Schneider stolz. In einer Schule in Swiebodzin, dem früheren Schwiebus, wurde sie sogar im Deutsch-Unterricht gelesen. Und in Osno, dem ehemaligen Drossen, wurden die früheren deutschen Bewohner von polnischen Jugendlichen bei einem Kaffee-Nachmittag aufgefordert, über die Geschichte der Stadt zu berichten.

Das für Schneider berührendste Erlebnis spielte sich jedoch in dem zerstörten Pulverkrug selbst ab. 1997 fand er dort mit anderen früheren Dorfbewohnern jenen Findling, der 1939 aus Anlass des 400-jährigen Bestehens der Papierfabrik als Gedenkstein errichtet worden war. „Er lag fast völlig versunken in der Eilang. 1945 müssen ihn wohl die Russen dorthin befördert haben", vermutet er. Mit Hilfe eines Krans, den der Steinmetz Marian Zielinski aus Slubice besorgte, wurde der sechs Tonnen schwere Koloss wieder ans Tageslicht geholt. Für Schneider, der als Sechsjähriger von seinem Vater vor diesem Stein fotografiert worden war, ein denkwürdiger Augenblick. Allerdings ist die damals mit Spenden der Pulverkruger aufgestellte zweisprachige Gedenktafel inzwischen kaum mehr zu lesen und jemand hat eine große Ecke abgebrochen.

Trotz mehrerer Informationen zeigte auch die Frankfurter Europa-Universität lange kein Interesse für den auch für sie bedeutsamen Ort. Erst vor kurzem lud der Studenten-Verein „Transkultura", der sich die Erkundung der früheren Neumark zum Ziel gesetzt hat, Schneider und andere Zeitzeugen zu einer Erlebnisfahrt durch Weststernberg ein. Diese Initiative kommt gerade noch rechtzeitig, denn von den Deutschen, die östlich der Oder geboren wurden, leben immer weniger. So hat sich der Heimatkreis vor zwei Monaten aufgelöst, und die gerade erschienene Nummer 60 des „Heimatbriefs" wird die letzte sein.

Seine Geschichten über die Papierfabrik von Pulverkrug, den „Kaffern-Missionar" Wilhelm Posselt oder andere berühmte Weststernberger, zu denen etwa die Nonne Anna Maria Tauscher aus Sandow (Sadów) gehört, die vor zwei Jahren seliggesprochen wurde, hat Karl-Heinz Schneider in dem Buch „Spuren ins gestern" aufgeschrieben. Man kann es zum Preis von zwölf Euro bei ihm persönlich (Am Mahlbusen 35, 16321 Bernau) bestellen.


Nowe Warpno begegnet Neuwarp und seiner Geschichte

Am 28. Mai (Pfingstmontag) 2007 fand in Nowe Warpno / Neuwarp am Stettiner Haff das dritte Treffen der ehemaligen und heutigen Einwohner der Stadt statt. Initiiert von der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg und dem Deutsch-Polnischen Journalistenklub „Unter Stereo-Typen”, werden diese Treffen seit zwei Jahren organisiert. Bis jetzt widmeten sie sich hauptsächlich der Aufarbeitung der nicht selten schmerzhaften Vergangenheit. Die Polen berichteten über ihr Schicksal, das sie nach Nowe Warpno verschlagen hat, sowie über ihren Verlust der Heimat im ehemaligen polnischen Osten. Die ehemaligen deutschen Einwohner von Neuwarp erzählten über ihre Erlebnisse unmittelbar nach 1945, ihre erzwungene Ausreise und ihr heutiges Verhältnis zur alten bzw. neuen Heimat.

Während des dritten Treffens fand ein deutsch-polnisches Gespräch über die Gegenwart und Zukunft der gemeinsamen – alten und neuen – Heimat statt. Gemeinsam wurde erwogen, welche konkreten Projekte man realisieren kann: die Sichtbarmachung und Ehrung der ehemaligen deutschen Friedhöfe, Einführung von Elementen der regionalen Geschichte ins Lehrprogramm des lokalen Gymnasiums (historische Rundgänge, Begegnungen mit Zeitzeugen), Belebung des ortsbezogenen Tourismus, Popularisierung der Geschichte der lokalen Fischerei etc.

Anlässlich des Treffens wurde das zweisprachige, reich bebilderte Buch zur Geschichte von Neuwarp / Nowe Warpno vorgestellt (viele der Bilder stammen aus der Ausstellung, siehe unten), herausgegeben vom Stettiner Verein „Zeit. Raum. Identität” in der Reihe von regionalen Geschichtsmonographien.

Zu besichtigen war die nächste erweiterte Fassung der Fotoausstellung „Nowe Warpno wczoraj – Neuwarp gestern", die rund 300 Familienfotos aus privaten polnischen und deutschen Schubladen und Alben umfasste. Die Ausstellung dokumentiert die letzten hundert Jahre der Geschichte der Gemeinde Neuwarp. Zu ihren Mitgestaltern gehörten auch die ehemaligen deutschen Einwohner, die zahlreiche interessante Bilder samt detaillierten Beschriftungen zugeschickt hatten. Manche stellten sogar ganze Familienarchive zur Verfügung.

Das diesjährige Treffen im Saal des Rathauses von Nowe Warpno und die Buchvorstellung wurden vom Marschall der Wojewodschaft Westpommern unterstützt, der zum ersten Mal die Schirmherrschaft übernommen hatte, sowie von der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg. Zu den Mitveranstaltern gehörten: der Deutsch-Polnische Journalistenklub „Unter Stereo-Typen / Pod Stereo-Typami“ und der Verein aus Nowe Warpno „Erinnerung und Tradition”. Das Treffen fand im Rahmen des Projektes Spurensuche – alte, neue, fremde Heimat statt (als Bestandteil von Zivile Brücken / Mosty Społeczne der brandenburgischen Integrationsbeauftragten) und wurde, wie auch die Übersetzung des Buches ins Deutsche, vom MASGF des Landes Brandenburg und dem Europäischen Sozialfond gefördert.


Spotkanie Nowego Warpna z Neuwarp i swoją historią

28 maja (poniedziałek Zielonych Świątek) 2007 roku w Nowym Warpnie / Neuwarp nad Zalewem Szczecińskim odbyło się trzecie spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkańców miasteczka. Spotkania te odbywają się od dwóch lat z inicjatywy Brandenburskiego Towarzystwa Niemiecko-Polskiego oraz Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarzy "Pod Stereo-Typami / Unter Stereo-Typen”. Dotąd poświęcone były głównie rozprawie z bolesną nierzadko przeszłością. Polacy opowiadali o swoich powojennych losach, które rzuciły ich do Nowego Warpna, oraz o utracie dawnych stron rodzinnych na Kresach. Dawni niemieccy mieszkańcy mówili o przymusowym opuszczeniu rodzinnego miasteczka po 1945 roku, a także o ich dzisiejszym stosunku do swej dawnej i nowej małej ojczyzny.

Trzecie spotkanie poświęcone zostało rozmowom na temat teraźniejszości i przyszłości tej wspólnej – dawnej i nowej – małej ojczyzny. Wspólnie zastanawiano się nad możliwością realizacji konkretnych projektów: uwidocznienia i upamiętnienia miejsca po dawnym cmentarzu niemieckim, wprowadzenia regionalnej historii do programu nauczania nowowarpieńskiego gimanazjum (tematyczne spacery po mieście, spotkania ze świadkami historii), ożywienia turystyki, popularyzacji historii lokalnego rybołówstwa etc.

Podczas spotkania zaprezentowana została bogato ilustrowana dwujęzyczna publikacja poświęcona historii miasteczka, wydana przez szczecińskie stowarzyszenie „Czas. Przestrzeń. Tożsamość” w serii lokalnych monografii historycznych.

Można też było obejrzeć kolejną poszerzoną edycję dokumentalnej wystawy fotograficznej "Nowe Warpno wczoraj – Neuwarp gestern", na którą złożyło się około 300 zdjęć rodzinnych z polskich i niemieckich prywatnych szuflad i albumów. Wystawa opowiada historię gminy Nowe Warpno ostatnich stu lat, a jej współtwórcami są również byli niemieccy mieszkańcy, którzy nadesłali liczne i niezwykle ciekawe zdjęcia rodzinne wraz ze szczegółowymi opisami, a niektórzy oddali do dyspozycji całe rodzinne archiwa.

Organizacja tegorocznego spotkania w sali nowowarpieńskiego ratusza, wystawy oraz prezentacja książki możliwa była dzięki wsparciu marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, który po raz pierwszy objął nad tym wydarzeniem patronat honorowy oraz Brandenburskiego Towarzystwa Niemiecko-Polskiego. Wśród współorganizatorów znalalazł się Polsko-Niemiecki Klub Dziennikarzy „Pod Stereo-Typami / Unter Stereo-Typen” oraz nowowarpieńskie stowarzyszenie „Pamięć i Tradycja”. Spotkanie odbyło się w ramach projektu Po śladach – stara, nowa, obca mała ojczyzna (części większego projektu Zivile Brücken / Mosty Społeczne brandenburskiej pełnomocniczki ds. intergracji) i zostało dofinansowane, podobnie jak tłumaczenie książki na język niemiecki ze środków Ministerstwa Pracy, Spraw Socjalnych, Zdrowia i Rodziny landu Brandenburgii oraz Europejskiego Funduszu Społecznego


Pierwsze spotkanie

Robert Ryss, Gazeta Chojeńska, 29.05.2007

Było to pierwsze po 1945 roku spotkanie dawnych - niemieckich i obecnych - polskich mieszkańców Czelina/Zellina. Doszło do niego w tej miejscowości 18 maja dzięki niemieckiemu kołu ziemi ojczystej (Heimatkreis), Elwirze Profé-Mackiewicz z Mieszkowic oraz Brandenburskiemu Towarzystwu Niemiecko-Polskiemu, które współorganizowało to przedsięwzięcie w ramach realizowanego od kilku lat projektu "Po śladach - stara, nowa, obca mała ojczyzna". Do tej pory przedwojenni czelinianie spotykali się co roku za Odrą, przyjeżdżali do swej dawnej miejscowości autobusem, ale nie spotykali się z ludźmi, którzy żyją tu po 1945 roku.

Tekst i fot. Robert RyssNa początek pastor Friedrich Wilhelm Ritter (wychował się w pobliskich Mieszkowicach) i miejscowy proboszcz ks. Ignacy Stawarz odprawili w parafialnym kościele nabożeństwo ekumeniczne. "Jesteśmy tu na Twoje zaproszenie, Boże. Polscy katolicy i niemieccy ewangelicy" - stwierdzili przy ołtarzu obaj duchowni. Potem w szkole uczniowie zaprezentowali najpiękniejsze polskie melodie i tańce ludowe. Śpiewał też chór z SP z Zielina. Mateusz Karolak przedstawił ciekawe wyniki badań archeologicznych w wiosce. Po wspólnym obiedzie nastąpiło to, co najważniejsze: Polacy mówili o tym, jak znaleźli się w Czelinie, a Niemcy - jak musieli go opuścić. W głosie często wyczuwało się wzruszenie, bo niektórzy opowiadali o swych dramatycznych losach być może po raz pierwszy, a na pewno po raz pierwszy sąsiadom zza Odry.
R. Koch wraz z byłymi mieszkańcami zaznaczał na mapie,
gdzie mieściły się kiedyś we wsi różne obiekty. Z tyłu obecny czelinianin Krzysztof Karolak
82-letni Stanisław Mirkiewicz jest w Czelinie od 1947 roku. Przez cztery kadencje był sołtysem. - Gdy przyjechałem w październiku, Niemców już nie było. Z początku czułem się tu niewyraźnie. Po tamtej stronie Odry widać było światła, a po naszej nie wolno było świecić w stronę rzeki, żeby nie być oskarżonym o kontakty z nieprzyjacielem. Nie wolno nam też było trzymać psów ani gołębi.
Helena Kwiręg przyjechała w 1949 roku z mamą i trójką rodzeństwa. - Czelin był bardzo zniszczony, okna bez szyb, zimno - mówi. Edeltraut Kreft wspomina: - Pracował u nas Polak, Anton. W 1945 roku nikt nam nie chciał pomóc w wyjeździe, a on nas wywiózł konnym wozem przez zamarzniętą Odrę i dalej ponad 100 km. Od tamtej pory mieszkam w Berlinie. W Czelinie nie ma już naszego domu.
- Opuściłam Czelin w 1945 r. pierwszej nocy, gdy przyszli Rosjanie. My, dziewczęta, bardzo się ich bałyśmy - opowiada Erika Krupki. - Trzy dni siedziałyśmy w lesie w śniegu. Mężczyzn Rosjanie od razu zabierali. My też miałyśmy być wywiezione na Syberię. Po drodze byłam w różnych obozach w Polsce, m.in. w Poznaniu, gdzie znalazłam 18-letnią siostrę, która zaraz zmarła z głodu. Potem okazało się, że mają nas pociągiem wywieźć do Berlina. Ale my nie chcieliśmy do Berlina, chcieliśmy do domu, do Czelina! Jednak to było niemożliwe.

Dobrym przykładem skomplikowanych polskich losów była gospodyni spotkania - dyrektor czelińskiej podstawówki Kazimiera Atroszko: jej rodzice pochodzą spod Lwowa, rodzice męża z Wilna. Teść przez 5 lat był na Syberii.
Stanisław Dolniak mieszka w Czelinie od 42 lat, był żołnierzem WOP-u. Podczas spotkania wręczył najstarszej byłej czeliniance - 82-letniej Erice Krupki namalowany przez siebie obraz miejscowego kościoła.

- Schowajmy w piwnicy nasze uprzedzenia i rozpocznijmy współpracę dawnych i obecnych mieszkańców - zaapelował na koniec Heinz Jessen. - Myślę, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie - wyraził nadzieję sołtys wsi Zbigniew Kmiecik.


Pierwsze spotkanie w Czelinie

Bogdan Twardochleb, „Kurier Szczeciński”, 31.05.2007

Opowieści o raju nad Odrą

Za ministrantami wchodzą proboszcz i pastor. Zaczyna się nabożeństwo. „Oto jest dzień, który dał nam Pan” – śpiewają Polacy. „Danke für diesen guten Morgen, danke für neuen Tag…” - śpiewają Niemcy. Barbara Atroszko, nauczycielka szkoły w Czelinie, czyta fragment Ewangelii św. Jana: „Ja się na to narodziłem, żeby dać świadectwo prawdzie”. Później, gdy wszyscy przejdą do szkoły, dyrektor Kazimiera Atroszko powie: - Dobrze, że spotykamy się w szkole, bo to dla wszystkich miejsce dzieciństwa.

Stojący obok niej Torsten Koch, uśmiechnięty szef grupy niemieckiej, swoją wypowiedź zacznie tak: - Nie urodziłem się we wsi Zellin. Tu urodziła się moja mama. Była z rodziny Barsch, która w tej wsi mieszkała od wieków. Historia rodziny Barsch i innych niemieckich rodzin w niemieckim Zellinie skończyła się w 1945 r. W tym samym roku, w polskim Czelinie, zaczęła się historia rodzin polskich.

Daj na m siłę…

Czelin leży w gminie Mieszkowice. To właśnie tu, 27 lutego 1945 r., został wbity pierwszy polski słup graniczny nad Odrą, wyciosany przez kaprala Adolfa Wydrzyńskiego, cieślę z Wołynia. Upamiętnia to okazały pomnik. Stoi blisko potężnej rzeki, u stóp wysokiego brzegu, uformowanego w amfiteatr. Stąd, z nieodległych Gozdowic, Siekierek, Starej Rudnicy, ruszyło 16 kwietnia 1945 r. forsowanie Odry. Kończyła się druga wojna światowa, rzeka dosłownie spłynęła krwią… Zginął kapral Wędrzyński.

Na wzgórzu, za akacjami, bzami, za makami, leży powalony, wielki betonowy słup. Pamiątka tamtych czasów. Akacje pachną…

W czelińskim kościele są Niemcy, dawni mieszkańcy niemieckiej wsi Zellin (także ich potomkowie), i są Polacy, obecni mieszkańcy Czelina. Trwa nabożeństwo ekumeniczne. Pastor Friedrich-Wilhelm Ritter z Hanoweru mówi: - Wychowałem się w Bärwalde, dzisiejszych Mieszkowicach. Przypomnijmy psalm, abyśmy mogli to nabożeństwo wspólnie przeżywać.

Czyta: „Wszystkie narody, klaskajcie w dłonie..., bo Pan... jest Królem nad całą ziemią…, wybiera dla nas dziedzictwo…, króluje nad narodami…”.

- Bóg przywiódł nas tutaj, polskich katolików i niemieckich protestantów, każdego ze swoją historią. Wskaż nam Boże, jak kierować się Twoim słowem. Daj nam siłę… – mówi proboszcz z Czelina, ks. Ignacy Stawarz.

Duch dobrej przyszłości

Polacy śpiewają „Te Deum”, ale wersję mało znaną, tak zwane śląskie „Te Deum”: „Ciebie Boże chwalimy, Ciebie Stwórcę Wszechmocnego…”

I brzmi „Te Deum” po niemiecku: „Grosser Gott, wir loben Dich…”.

Dlaczego śląskie „Te Deum” w zachodniopomorskim Czelinie, który dawniej był Zellinem nowomarchijskim? Może to traf losu, ale podczas tego polsko-niemieckiego nabożeństwa brzmi ono szczególnie odpowiednio. Przecież tekst niemieckiego „Te Deum”, śpiewanego w Niemczech przez ewangelików i katolików, też pochodzi ze Śląska, a napisał go Ignaz Franz (1719-1790), ksiądz katolicki, rodzony w mieście o nazwie Frankenstein (dziś: Ząbkowice Śląskie).

Łączą się więc te dwie śląskie pieśni, polska i niemiecka, w Czelinie, podczas polsko-niemieckiej uroczystości. Symbol? Przypadek? Cóż… Codzienność składa się z przypadków, które tak często chce się brać za symbole…

- „Lobe den Herren, den mächtige König…” – śpiewają potem Niemcy. - „Niechaj z nami będzie Pan, alleluja” – śpiewają Polacy.

- „Duchu Święty, duchu jedności i pokoju, daj nam radość z tego, że możemy się spotykać w atmosferze wzajemnej życzliwości” – słychać po polsku. I po niemiecku: - „Prosimy, aby zrozumieli to ci, którzy nie mogą zrozumieć. Prosimy o ducha dobrej przyszłości”.

„Ojcze nasz – Vater unser” – splatają się na koniec słowa. Proboszcz i pastor udzielają błogosławieństwa, ludzie wychodzą przed kościół, robią zdjęcia, idą do szkoły...

Kościół w Czelinie ma siedem wieków. Stawiali go templariusze, była tu kancelaria katedry kamieńskiej, archidiakonat czeliński, historia wsączała się w kamienno-ceglane mury...

I tak było właśnie teraz. Takie wydarzenie było w kościele po raz pierwszy.

Miejsca mają swoje historie

Idąc do szkoły, wszyscy przechodzą w cieniu potężnego dębu. Musiał tu rosnąć 18 lutego 1666 r., kiedy ślub brali 16-letnia Anna von Mörner z Czelina i 33-letni Joachim von Dewiz spod Łobza, oboje z wielkich, starych rodów. W XV-XVII wieku Mörnerowie byłi właścicielami Czelina i Kłosowa, pisali się: von Mörner zu Zellin und Closow, mieli też koneksje w Księstwie Pomorskim (pisał o tym Teodor Fontane, największy kronikarz Nadodrza). Do zaszczytów doszli w służbie królom Szwecji, co zapoczątkował Otto von Mörner, urodzony 8 maja 1569 r. w Czelinie. Ponoć to właśnie on podnosił króla Gustawa Adolfa na duchu po klęsce, jakiej Szwecja doznała od wojsk polskich pod Kircholmem. Jego wnuk, Hans Mörner, brał udział w szwedzkim „potopie”, walczył pod Krakowem i Warszawą, a prawnuk, Karl Mörner, doszedł w czasie drugiej wojny północnej (rok 1702) pod Pińczów i Warszawę, kiedy król Karol XII zbrojnie zabiegał o tron Polski dla Stanisława Lesczyńskiego. No a potem było tak, że w 1711 r. Leszczyński, uciekając z Polski, schronił się w szwedzkim wówczas Szczecinie.

Plotły się losy ludzkie w historii i splatały z miejscami, tworząc i dopełniając ich historie. W 1717 r. był w Czelinie król Prus, Fryderyk Wilhelm I, bo z jego rozkazu budowano nadodrzańskie wały przeciwpowodziowe. Prawie sto lat później poszli stąd na wojnę z Napoleonem 21-letni Herman Meissner i 26-letni Johann Spreuberg, mąż i ojciec. Obaj zginęli 6 września 1813 r. w bitwie pod Dennewitz, w której życie straciło 32 tys. żołnierzy francuskich i pruskich. W 1857 r. urodził się w Czelinie Paul Wiegand, pisarz i teolog, kaznodzieja nowojorskiego Kościoła baptystów.

Wyjeżdżali ludzie z Czelina za ocean, szli na wojny, w końcu na tę najstraszniejszą, która wyszedłszy z Niemiec 1 września 1939 r. gruntownie pozmieniała stosunki polsko-niemieckie, w tym losy Nadodrza i Zellina/Czelina.

Dopiero 62 lata po jej zakończeniu zorganizowano w Czelinie polsko-niemieckie ekumeniczne nabożeństwo, wspólny obiad w czelińskiej szkole i popołudnie wspólnych opowieści.

Ludzie mają swoje opowieści

Mieszkańcy Zellina i Czelina, dawni i obecni, spotkali się w połowie maja po to, żeby opowiadać. Posłuchali namowy Ewa Czerwiakowskiej i Ruth Henning z Berlina oraz Elwiry Profé-Mackiewicz i jej męża, Fortunata Mackiewicza.

Mackiewiczowie poznali się w 1946 r. w Mieszkowicach; ona - Niemka z Mieszkowic, która wróciła z wywózki na Syberię, on - Polak z Wilna. Pokochali się, ale zgody władz na polsko-niemiecki ślub nie dostali. Nie było też po wojnie na takie śluby „przyzwolenia społecznego”. Ona musiała wyjechać za Odrę, on - wyjechał na Warmię.

Ale miłość przetrwała. Odnaleźli się ponad czterdzieści lat później, po upadku „żelaznej kurtyny”. Są razem, zbudowali w Mieszkowicach dom i bardzo dobrze wiedzą, jak blisko jest ludziom do ludzi, kiedy nie dzieli ich ideologia i polityka, kiedy znają swoje własne historie...

Zaczynają się opowieści. Ale najpierw Helga Zantow wręcza dyr. Atroszko pęk ciemnoczerwonych piwonii. – Moja mama wzięła je w 1945 r. ze swojego ogrodu w Zellin i posadziła w swoim nowym ogrodzie w Eberswalde. Kwitną do dziś. To są piwonie z Zellin, które przywiozłam do Czelina - mówi.

Stanisław Mirkiewicz ma 82 lata, pochodzi w Konina, w Czelinie mieszka od 1947 r., był sołtysem. Mówi, że gdy do Czelina przyjechał, wieś była w 80 proc. zniszczona, kościół wypalony. - Tam, gdzie mieszkałem przed wojną, też mieszkali Niemcy. Dobrze im się żyło z Polakami. Nie rozumiem, dlaczego Hitler napadł na Polskę – dziwi się Mirkiewicz. Opowiada, że po wojnie, kto mieszkał w Czelinie, przy granicy, nie mógł hodować gołębi, ani psów. Przez granicę nic się nie mogło przedostać, ani gołąb, ani szczekanie psa. - Teraz jest, jak jest. Każdy ma prawo odwiedzić swoje rodzinne gniazda – dodaje Mirkiewicz.

Edeltraud Kreft mówi, że w Czelinie miała piękne dzieciństwo, ale opowiada też o pierwszych polskich jeńcach, którzy pojawili się we wsi jesienią 1939 r. Pamięta Polaka piekarza i furmana, który miał na imię Henryk. – Mój dom w Czelinie jest zniszczony. Przyjeżdżam tu chętnie, ale swój dom mam Berlinie – mówi.

Zbigniew Kmiecik, sołtys, opowiada o losach swoich rodziców i teściów, pochodzących spod Wilna: o dziadku żony, który zginął podczas wojny, o ojcu, który przyszedł z armią do Gozdowic, o rodzinie, pokiereszowanej przez wojnę...

Mówi Erika Kupki. Ma 82 lata, tyle co sołtys Mirkiewicz. Swoje dwudzieste urodziny obchodziła jeszcze w Zellinie. Kiedy 1 lutego 1945 r. do wsi weszli Rosjanie, kobiety i dziewczyny uciekły do lasu. Jej ojca natychmiast zatrzymali i wywieźli na Syberię. Ona sama też o mało nie znalazła się na Syberii. Jej 18-letnia siostra zmarła z głodu w obozie w Poznaniu…

Opowieści są krótkie, ściszone… Ilse Karstädt mówi, że Zellin to dla niej był raj, ale ojczyznę dziś gdzie indziej.

Wcześniej - jak inni - patrzyła z zaciekawieniem na występ zespołów szkolnych z Zielina i Czelina. Biła brawo, gdy dzieci tańczyły i śpiewały. Czy myślała, że one też mają tu swój dziecięcy raj? Jedna piosenka była po niemiecku, ze słowami w refrenie: „Wir können gute Freunde sein…”. ...

Pamiątkowy obraz

Heinz Schermer przywiózł plan Zellina. Gromadzą się przy nim Polacy i Niemcy, debatują, pytają o domy, kto gdzie mieszkał, gdzie mieszka.

Heinz Schermer przywiózł też wizerunek czelińskiego kościoła, wypalony w sklejce. Podarował go proboszczowi.

Pod koniec spotkania wstaje Stanisław Dolniak, emeryt. Namalował kościół i mówi, że chce go przekazać najstarszej osobie, która urodziła się w Zellinie/Czelinie. Podchodzi do Eriki Krupki, wyraźnie zdumionej, speszonej i wręcza jej ten obraz, „żeby przypominał jej rodzinną wieś”. Ona patrzy na niego, na obraz, na ludzi, którzy uśmiechają się, robią zdjęcia... Powstrzymuje łzy.

Zupełnie inne opowieści

Mateusz Karolak, urodzony w Czelinie student Uniwersytetu Poznańskiego, mówi jeszcze o dziejach swej wsi, odkryciach archeologicznych z czasów gockich, znaleziskach późniejszych, śladach ludzi utrwalonych w historii. W tę historię wplatają się też losy Niemców i Polaków, którzy po raz pierwszy spotkali się razem w czelińskim kościele i szkole. - To trzeba spisać – mówi Karolak.

Uczestnicy spotkania opowiedzieli swoje historie - po to tu przyszli. Teraz wychodzą ze szkoły, zapraszają w odwiedziny. Podjeżdża autokar, którym z wycieczki wraca grupa uczniów. Biegną w cieniu starego dębu, koło kościoła, do swoich domów...

Co zrozumieliby z tych opowieści? W pobliskich Gozdowicach, gdzie 16 kwietnia 1945 r. rozpoczęło się forsowanie Odry, niedługo zacznie przez rzekę, przez granicę, kursować prom. Ma już nazwę: „Bez Granic - Ohne Grenzen”.

Ich opowieści są zupełnie inne.


Geschichte(n) aus Czelin

Frühere deutsche und heutige polnische Bewohner eines kleinen Ortes an der Oder tauschten ihre Erinnerungen aus

Dietrich Schröder aus der MOZ, 22.05.2007

Czelin/Zellin (MOZ) Viele Deutsche mussten 1945 ihre Heimat östlich der Oder verlassen. Polen, die ebenfalls aus dem Osten ihres Landes stammten, kamen dorthin. Nur selten werden die Erinnerungen "von damals" ausgetauscht. In Czelin war es - 62 Jahre nach dem Krieg - jetzt endlich soweit.

"Meinen 20. Geburtstag haben wir noch im Januar 1945 in Zellin gefeiert. Als am 1. Februar die Russen kamen, haben wir Mädchen uns vor Angst im Wald versteckt. Meinen Vater haben sie gleich einkassiert, der kam nach Sibirien.
Meine 18-jährige Schwester, die ich erst ein halbes Jahr später in einem Lager in Posen wiedertraf, ist dort verhungert. Auch wir sollten nach Sibirien, aber der Güterzug wurde aus Zufall in Polen aufgehalten. Meine Mutter fand ich dann im Herbst 1945 in Berlin wieder. Wir kamen dort bei Bekannten unter. Die gaben mir, weil ich sehr krank war, eine Sirup-Stulle zu essen, denn sie hatten ja selber nichts."

Im Speiseraum der Grundschule von Czelin herrscht angespannte Stille, als Erika Krupki ihre Geschichte erzählt. Die meisten der etwa 70 Anwesenden können den Bericht der Deutschen nachempfinden, denn sie haben in jenem schlimmen Krieg ähnlich Schreckliches erlebt. Stanislaw Mirkiewicz beispielsweise ist genau wie Erika Krupki 82 Jahre alt. "Ich kann mich noch an die Deutschen erinnern, die vor dem Zweiten Weltkrieg bei uns in Konin lebten", sagt der kleine Mann. Man habe damals friedlich zusammen gelebt, berichtet er, und es klingt, als wolle er sagen: Warum Hitlers Truppen dann später Polen überfielen, habe ich nicht verstanden.

Mirkiewicz kam 1947 aus dem gleichen Grund wie viele andere Polen in die neuen Westgebiete an der Oder: "Man hatte uns gesagt, dass es hier Arbeit gibt. Doch dann sah es hier ganz anders aus." 80 Prozent der Häuser von Zellin, das einmal eine stattliche Gemeinde mit 1200 Einwohnern, einer Landwirtschafts-Dömane, einer Brauerei und Handwerkern war, seien zerstört gewesen. "Das haben die Russen gemacht", murmeln die Deutschen, während Mirkiewicz weiter erzählt. "Wir sahen am anderen Ufer der Oder die Lichter in den Häusern brennen. Bei uns gab es zunächst keinen Strom. Und später mussten wir den Ort nachts abdunkeln, das hatten die Sicherheitsbehörden wegen der angeblichen Gefahr angeordnet", fährt der Pole fort. "Sogar die Tauben sollten wir töten, damit keine Botschaften zu den Deutschen gelangen", sagt er und verrät schelmisch: "Das haben wir aber nicht gemacht."

Viele frühere Zelliner waren seit den 60er Jahren schon zu Besuch in Czelin."Ich nehme immer Sachen oder Süßigkeiten für die Familie Calka mit. Die haben sechs Kinder, sind arbeitslos und wohnen neben dem Haus, in dem mein Vater früher eine kleine Lebensmittel-Handlung hatte", berichtet Heinz Lahrsow, der in Weinböhla bei Dresden lebt. Nach 1990 gab es auch regelmäßige Heimattreffen der Zelliner am deutschen Ufer der Oder. Doch so, wie an diesem Freitagnachmittag, an dem sich Deutsche und Polen gegenseitig ihre Geschichten erzählten, war es noch nie.
Dass es zu dieser eindrucksvollen Begegnung kam, ist dem Projekt"Spurensuche" zu verdanken, welches von der Brandenburger Ausländerbeauftragten und der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg aus EU-Mitteln finanziert wird. Zu den Exkursionen in die "Alte Heimat" gehören immer auch Begegnungen mit deren neuen Bewohnern. Am Pfingstmontag ist ein ähnliches Treffen in Nowe Warpno (Neuwarp) am Oderhaff geplant. Am 17. Juni wird in Groß Neuendorf (Märkisch-Oderland) über jüdische Spuren beiderseits der Oder diskutiert. Und im Herbst gibt es eine Exkursion an die ehemalige Ostgrenze Brandenburgs, die etwa 80 Kilometer östlich der heutigen Grenze verlief.

Weitere Infos im Internet unter: www.dpg-brandenburg.de/spurensuche.htm


Die Oder wird uns verbinden – Odra nas łączy

Am 18. Mai findet zum ersten Mal ein gemeinsames Treffen der ehemaligen Zelliner und heutigen Czeliner (nahe Mieszkowice/Bärwalde gelegen) in der dortigen Grundschule statt. Bisher haben sich die ehemaligen deutschen Einwohner einmal jährlich im Oderbruch getroffen und sind dann mit dem Bus hinüber nach Polen und wieder zurück gefahren. Der verantwortliche Betreuer des Heimatkreises hat von unseren Aktivitäten erfahren und um Unterstützung bei der eventuellen Organisierung eines gemeinsamen Treffens gebeten. Diese Aufgabe haben wir gern übernommen und konnten sie mit der Hilfe von Elvira Profé verwirklichen, die heute wieder in Mieszkowice/Bärwalde lebt, nachdem sie Fortunat Mackiewicz (ihre erste Liebe nach 1945) wiedergefunden und beide geheiratet haben. Erwartet werden insgesamt ca. 80 - 100 Personen. Das Programm dauert von 12 bis ca. 18 Uhr. Näheres finden Sie in der weiter unten angefügten Programmübersicht.

Am 28. Mai (Pfingstmontag) treffen sich die ehemaligen Neuwarper und die heutigen Nowe Warpno-er zum dritten Mal am Pfingstmontagnachmittag. Während des ersten Treffens haben vor allem die neu angesiedelten Polen über ihr Schicksal berichtet, das sie nach Nowe Warpno verschlagen hat und über ihren Verlust der Heimat im ehemaligen polnischen Osten. Beim zweiten Treffen waren es dann die ehemaligen deutschen Einwohner von Neuwarp, die über ihre Erlebnisse unmittelbar nach 1945, ihre erzwungene Ausreise und ihr heutiges Verhältnis zur alten bzw. neuen Heimat geprochen haben. Inzwischen ist dort eine Fotoausstellung mit privaten Fotos aus Nowe Warpno und Neuwarp entstanden, die durch heutige und ehemalige Einwohner ständig erweitert und immer wieder neu gezeigt wird, bis sie schließlich irgendwann als ständige Ausstellung in Nowe Warpno zu besichtigen sein wird. Während des ganzen Tages kann man die jetzt schon 4. erweiterte Fassung dieser dokumentarischen Fotoausstellung "Nowe Warpno/Neuwarp gestern" besichtigen (am Ort des ehemaligen Grenzbasars in der Nähe der Anlegestelle der Fähre, ul. Tadeusz Kosciuszki). Bei dem diesjährigen Treffen geht es deshalb zum ersten Mal um die Frage, ob und wenn ja welche gemeinsamen Projekte man in Angriff nehmen könnte. Um 12.30 Uhr gibt es ein gemeinsames Mittagessen in der Bar Argus und von 15 - 17 Uhr finden die Gespräche im Rathaussaal am Markt statt. Wenn alles klappt, wird am Pfingstmontag auch ein Buch über Nowe Warpno/Neuwarp (zweisprachig) präsentiert, das der Verlag Czas - Przestrzen - Tozsamosc herausgibt.

Falls eins dieser Treffen oder beide auf Ihr Interesse stoßen und sie teilnehmen möchten, schicken Sie uns bitte ein entsprechendes Mail, damit wir Einzelheiten vereinbaren können. Falls Sie beabsichtigen zu kommen, geben Sie uns bitte auf jeden Fall Bescheid, damit wir wissen, mit wieviel Personen zu rechnen ist.

Ewa Czerwiakowska / Ruth Henning / Andrzej Kotula / Dietrich Schröder

Programm

12.00 Ökumenischer Gottesdienst in der Czeliner Kirche mit Pfarrer Stawarz und Pastor Ritter, Hannover

13.30 Grundschule in Czelin
Begrüßung: Schuldirektorin Kazimiera Atroszko und Bürgermeister d. Gemeinde Mieszkowice Piotr Szymkiewicz; Gemeinsames Mittagessen

Gesang der Czeliner Schulkinder; Tanz der Zieliner Schulkinder; Ausstellung „Czelin/Zellin gestern und heute“ und multimediale Präsentation der archäologische Ausgrabungen, vorbereitet von Mateusz Karolak, Student in Posen

15.00 Gespräche der polnischen Neuansiedler und der ehemaligen deutschen Bewohner über ihre Schicksale und das heutige Verhältnis zur „Heimat“; Moderation: Ruth Henning und Ewa Czerwiakowski (Deutsch-Polnische Gesellschaft Brandenburg –Projekt „Spurensuche – alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion“)

17.00 Gemeinsame Kaffeetafel mit selbstgebackenem Kuchen der Czeliner Frauen

18.00 Ende des Treffens


Odra nas łączy – Die Oder wird uns verbinden

18 maja w szkole podstawowej w Czelinie / Zellin odbędzie się po raz pierwszy spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkańców tej miejscowości położonej w pobliżu Mieszkowic / Bärwalde. Do tej pory dawni niemieccy mieszkańcy spotykali się co roku nad Odrą po niemieckiej stronie, robili autobusową wycieczkę do Polski i wracali. Opiekun niemieckiego koła ziemi ojczystej, dowiedziawszy się o naszej działalności, zwrócił się do nas o pomoc w organizacji ewentualnego spotkania z dzisiejszymi mieszkańcami. Chętnie pośredniczyliśmy w przygotowaniach, które udało się zrealizować dzięki zaangażowaniu pani Elwiry Profé z Mieszkowic, dawnego Bärwalde (zamieszkała ona tam ponownie wraz z Fortunatem Mackiewiczem, którego odnalazła po latach rozłąki po 1945 roku i poślubiła). W spotkaniu w Czelinie weźmie udział ok. 80-100 osób. Program imprezy, która odbędzie się w godzinach 12-18.

28 maja (poniedziałek Zielonych Świątek) w Nowym Warpnie / Neuwarp spotykają się po raz trzeci dawni i dzisiejsi mieszkańcy miasteczka. Pierwsze spotkanie poświęcone było głównie wspomnieniom Polaków – opowiadali oni o swoich powojennych losach, które rzuciły ich do Nowego Warpna, a także o utracie dawnych stron rodzinnych na Kresach. Podczas drugiego spotkania głos zabrali dawni niemieccy mieszkańcy, którzy mówili o przymusowym opuszczeniu rodzinnego miasteczka po 1945 roku, a także o ich dzisiejszym stosunku do swej dawnej i nowej małej ojczyzny. W Nowym Warpnie powstała tymczasem wystawa zdjęć z prywatnych albumów, stale uzupełniana przez dawnych i dzisiejszych mieszkańców, ilustrująca życie w miasteczku. Ma z niej w przyszłości powstać lokalna stała ekspozycja. Czwartą poszerzoną edycję tej dokumentalnej wystawy można będzie oglądać przez cały dzień na dawnym bazarze w pobliżu przystani promów / przejścia granicznego, ul. Tadeusza Kościuszki. Tegoroczne spotkanie będzie dotyczyło konkretnej współpracy dawnych i dzisiejszych mieszkańców – czy i co uda się wspólnie zrealizować. Wspólny obiad zjemy w Barze Argus o godz. 12.30. Spotkanie odbędzie się w godz. 15-17 w sali ratuszu przy rynku. Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, zaprezentowana zostanie również dwujęzyczna książka o Nowym Warpnie, opublikowana przez wydawnictwo „Czas – Przestrzeń – Tożsamość”.

Jeśli chcielibyście Państwo wziąć udział w którymś ze spotkań, prosimy o wiadomość mailem – byśmy mogli uwzględnić ilość gości oraz przekazać Państwu dodatkowe informacje.

Ewa Czerwiakowska / Ruth Henning / Andrzej Kotula / Dietrich Schröder

Program

12.00 Nabożeństwo ekumeniczne w miejscowym kościele ks. Stawarz, pastor Ritter z Hanoweru

13.30 Szkoła Podstawowa w Czelinie
powitanie: dyrektor szkoły Kazimiera Atroszko, burmistrz Mieszkowic Piotr Szymkiewicz; wspólny obiad

Występ muzyczny dzieci ze szkoły w Czelinie; Występ zespołu tanecznego dzieci ze szkoły w Zielinie; Wystawa „Czelin wczoraj i dziś” oraz multimedialna prezentacja wykopalisk archeologicznych, przygotowana przez Mateusza Karolaka, studenta z Poznania

15.00 Byli i obecni mieszkańcy rozmawiają o swych powojennych losach oraz starej i nowej „małej ojczyźnie”; rozmowę prowadzą Ruth Henning i Ewa Czerwiakowski (Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie, Projekt „Po śladach – stara, nowa, obca mała ojczyzna na polsko-niemieckim pograniczu”)

17.00 Spotkanie przy kawie i wypiekach pań z Czelina

18.00 Zakończenie


Workshop: Juden im deutsch-polnischen Grenzgebiet – Spurensuche

17. Juni 2007 in Groß Neuendorf an der Oder

(Anfahrt mit dem eigenen PKW oder: Bahnlinie Berlin-Lichtenberg / Kostrzyn, Haltestelle Seelow-Gusow)

Programm

  1. Zur Geschichte der Juden in den Provinzen Brandenburg und Pommern (Vorträge je 20 Min)

    10.00 Zur Geschichte der Juden in Brandenburg (Wriezen), Brigitte Heidenhain, Potsdam
    10.20 Zur Geschichte der Juden in der Neumark (Landsberg/Gorzów, Küstrin/Kostrzyn, Arnswalde/Choszczno), Robert Piotrowski, Gorzów Wlk.
    10.40 Zur Geschichte der Juden in Pommern (nach 1945), Janusz Mieczkowski, Szczecin anschließend Fragen an die Referent_inn_en
    11.20 Kaffeepause
  2. Auf jüdischen Spuren (Vorträge je 20 Min)

    Zum Umgang mit den jüdischen Spuren (Synagogen, Friedhöfe ...) in Brandenburg und Westpolen ...

    11.40 ... im polnischen Westpommern, Mirosław Opęchowski, Szczecin
    12.00 ... im Lebuser Land (Ziemia Lubuska), Andrzej Kirmiel, Zielona Góra
    12.20 ... in Barnim und Lebus, Reinhard Schmook, Bad Freienwalde

    Projekte zur Aufspürung, Rettung und Dokumentation jüdischen Kulturerbes in einzelnen Orten ...

    12.40 ... in Frankfurt/Słubice, Eckard Reiss, Historischer Verein Frankfurt (Oder)
    13.00 ... in Skwierzyna/Schwerin an der Warthe, Bledzew/Blesen, Tomasz Watros
    13.20 ... Erinnerungen an jüdische Mitbürger in Heimatblättern der Vertriebenen, Wilfried Reinicke, Crossen/Krosno; Berlin
    anschließend Fragen an die Referenten
    14.00 – 15.00 Mittagspause
    15.00 – 16.00 Anschließend kleiner Spaziergang zum jüdischen Friedhof (und zur ehemaligen Synagoge) in Groß Neuendorf (Führung: Sven Sachenbacher)
  3. Jüdisches Leben in der Grenzregion – heute (Vorträge je 20 Min)

    16.00
    Jüdische Gemeinde Szczecin, Mikołaj Rozen
    16.20 Jüdische Gemeinde Frankfurt (Oder), N.N.
    16.40 Jiddisch und jiddische Literatur an der Viadrina, Ingedore Rüdlin
  4. Allgemeine Diskussion über die Vorträge und über mögliche gemeinsame Schul- und außerschulische Projekte
    17.00 – 19.00

    · Peter Staffa, Friedrichsgymnasium, FfO
    · Matthias Schreck, Dreiklanggesamtschule, Schwedt (angefragt)
    · Ellen Behring, Kai Jahns, Eberswalde
    · Andrzej Kirmiel, Fundacja Judaica Lubuskie, Zielona Góra
    · Tomasz Watros, Skwierzyna
    · Albert Stankowski, Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego (FODZ, Warschau)
    · ... und alle interessierten Anwesenden ...

    Fragestellungen:
    · Wie beginnt man mit der Spurensuche? Vorhandene Quellen und Literatur? Gegenseitige Unterstützung? Vermittlung der Ergebnisse? Z.B. Ausstellungen, Publikationen, Reiseführer, Wanderrouten, Veranstaltungen, Gedenktafeln, Unterrichtseinheiten ...
    · Welche möglichen Kooperationspartner gibt es: Lehrer und Schüler; Deutsche und Polen; Wissenschaftler und Laien; ehemalige deutsche und heute polnische Ortsbewohner ...
    · Welche Unterschiede gibt es im Umgang mit den jüdischen Hinterlassenschaften dies- und jenseits der Oder, und was sind die Ursachen? Umgang mit dem Kulturerbe deutscher Juden im heutigen Westpolen?
    · Auf welche Stiftungen (KARTA, Körber ... Schülerwettbewerbe), Internetseiten („Vernetztes Gedächtnis“, Braunschweig), Netzwerke (FODZ), Fördermittel (?) kann man sich stützen?

Ende des Workshops gegen 19.00


Spotkanie robocze na temat: Żydzi na polsko-niemieckim pograniczu – po śladach

16.6.07 lub 17.6.07 // (prawdopodobnie) Groß Neuendorf nad Odrą

(dojazd samochodem lub pociągiem na trasie Berlin-Lichtenberg / Kostrzyn, przystanek Seelow-Gusow)

Program

I. Z dziejów Żydów w prowincjach Brandenburgii i Pomorza (60 min., 10.00-11.00)

przerwa na kawę

II. Po żydowskich śladach (krótkie wystąpienia; łącznie 120 min., 11.15-13.15 )

Stosunek do żydowskich śladów (synagogi, cmentarze...) w Brandenburgii i na polskich ziemiach zachodnich

Dziedzictwo żydowskie w poszczególnych miejscowościach – ratowanie, ochrona, dokumentacja

przerwa na obiad 13.15-14.15

Po obiedzie spacer po cmentarzu żydowskim (oraz obejrzenie dawnej synagogi) w Groß Neuendorf (oprowadza Sven Sachenbacher).

III. Żydowska obecność na pograniczu – dzisiaj (krótkie wystąpienia, łącznie 30 min., 15.30-16.00 )

IV. Dyskusja na temat wspólnych szkolnych i pozaszkolnych projektów

(150 min., 16.00-18.30, z przerwą na kawę)

Pytania do dyskusji:

Zakończenie spotkania ok. 18.30


... es gibt auch gute Nachrichten !

DPG Brandenburg

Heute freuen wir uns, Ihnen zwei Artikel von Dariusz Baranski aus der Gazeta Wyborcza in Gorzow über die dortigen Feierlichkeiten zum Tag der Erinnerung und Versöhnung vorzustellen. Ähnlich wie die Einweihung der Friedensglocke handelt es sich bei der gemeinsamen Feierlichkeit der ehemaligen und heutigen Einwohner (Umbettung der Toten des ehemaligen evangelischen Friedhofs am Ort des heutigen Kopernikusparks auf den kommunalen Friedhof) um eine einmalige und beeindruckende Aktion in der deutsch-polnischen Grenzregion. Das ist nur möglich, weil die Stadtverwaltung in Gorzow und die Bundesarbeitsgemeinschaft Landsberg an der Warthe seit vielen Jahren auf Augenhöhe miteinander kommunizieren, und weil alle Partner viel Verständnis für den jeweils Anderen aufbringen. Im Rahmen unseres Projekts Spurensuche sind wir jedenfalls auf keine vergleichbare, institutionalisierte Form der Zusammenarbeit zwischen ehemaligen deutschen und heutigen polnischen Bewohnern gestoßen, die solche Früchte trägt. Es wäre schön, wenn dieses Beispiel Schule machen würde.

Wenn Sie Näheres erfahren möchten, wenden Sie sich bitte an Christa Greuling in Frankfurt am Main bzw. an Lidia Przybylowicz in Gorzow Wlkp. Beide Gesprächspartnerinnen können Ihnen Auskunft geben oder Sie an andere Personen weiter vermitteln. Rufen Sie an, wenn Sie einen Kontakt wünschen.

1. Dariusz Baranski - Gorzow ehrt verstorbene Landsberger (Gazeta Wyborcza, Zielona Gora Nr. 26, 31/01/2007)

2. Dariusz Baranski - Tag der Erinnerung und Versöhnung (Gazeta Wyborcza, Zielona Gora Nr. 25, 30/01/2007)


... sa i dobre wiadomosci !

Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie

Drogie Koleżanki, drodzy Koledzy,
w załączniku przesyłamy dwa artykuły Dariusza Barańskiego z gorzowskiej „Gazety Wyborczej“ na temat obchodów Dnia Pamięci i Pojednania. Ta wspólna uroczystość dawnych i dzisiejszych mieszkańców miasta (przeniesienie szczątków zmarłych z dawnego cmentarza ewangelickiego na terenie dzisiejszego Parku Kopernika na cmentarz komunalny) jest – podobnie jak uroczyste oddanie do użytku Dzwonu Pokoju – wyjątkową i niezmiernie ważną imprezą na polsko-niemieckim pograniczu. Uroczystość ta była możliwa tylko dzięki trwającej od wielu lat prawdziwie partnerskiej współpracy gorzowskiego Urządu Miasta z przedstawicielami Federalnej Grupy Roboczej Landsberg an der Warthe, a także dzięki wzajemnym zrozumieniu obu stron. W ramach projektu „Po śladach“ nie poznaliśmy żadnej porównywalnej zinstytucjonalizowanej formy współpracy dawnych niemieckich i dzisiejszych polskich mieszkańców, która byłaby tak owocna. Należałoby sobie życzyć, by inni podążali za tym przykładem.

Bliższych informacji zasięgnąć można u p. Christy Greuling z Frankfurtu nad Menem lub u p. Lidii Przybyłowicz z Gorzowa Wielkopolskiego, które mogą również pośredniczyć w innych kontaktach. W razie potrzeby prosimy zadzwonić do nas.

1.Darisusz Barański - Gorzów uczcił zmarłych landsberczyków (Gazeta Wyborcza Zielona Góra 31/01/2007)

2. Dariusz Barański - Dzień Pamięci i Pojednania (Gazeta Wyborcza Zielona Góra 30/01/2007)


Gorzow ehrt verstorbene Landsberger

Feierlichkeiten zum Tag der Erinnerung und Versöhnung. Im Ossarium auf dem kommunalen Friedhof fanden die verstorbenen ehemaligen Landsberger eine neue Ruhestätte, nachdem ihre Gebeine während der Bauarbeiten an einer neuen Straße durch den Kopernikuspark exhumiert worden waren.

Dariusz Baranski (Gazeta Wyborcza, Zielona Gora Nr. 26, 31/01/2007)

Bereits seit Jahren wird am 30. Januar in Gorzow nicht mehr der „Befreiung” der Stadt gedacht, sondern es geht vor allem um die Erinnerung an die Vergangenheit und um Versöhnung zwischen den ehemaligen und heutigen Stadtbewohnern. In diesem Jahr standen zwei herausragende Persönlichkeiten des alten Landsberg im Zentrum der Feierlichkeiten: der erfolgreiche Industrielle Johann Gottlieb Hermann Paucksch und die in Landsberg geborene Marie Juchacz, die sich für politische Rechte und die Verbesserung der sozialen Lage der Armen, Frauen und Arbeiter eingesetzt hatte. Die Feierlichkeiten begannen im Speicher-Museum mit der Eröffnung einer Ausstellung über Marie Juchacz. Sie war als erste Frau Mitglied des Reichstags sowie Mitbegründerin der Arbeiterwohlfahrt (AWO) – eine Sozialhilfeorganisation, die heute zu den wichtigsten in Deutschland gehört. „Diese Frau war von großer Bedeutung für die Emanzipation der Frauen, für soziale Gerechtigkeit, für Kinder- und Familienhilfe. In letzter Zeit interessiert man sich zunehmend mehr für sie”, sagte der derzeitige AWO-Vorsitzende Wilhelm Schmidt. „Diese Ausstellung wird zum ersten Mal in Polen gezeigt. Um so mehr freue ich mich, dass dies gerade in ihrer Heimatstadt geschieht.“ Das Sozialhilfeheim Nr. 1 in Gorzow wird nun den Namen von Marie Juchacz tragen. Das ist die erste Einrichtung der Stadt, die offiziell nach einer verdienten ehemaligen Landsbergerin benannt wird. Bei einem anderen Landsberger, Johann Gottlieb Hermann Paucksch, ist dies zwar offiziell nicht der Fall, wohl aber in der Alltagssprache. Denn nach ihm benennt man das Wahrzeichen der Stadt, den Brunnen am Altmarkt. Auch an ihn wurde gestern erinnert. In einem von Birken bewachsenen neuen Quartier des Kommunalfriedhofs hatte die Stadtverwaltung ein Ossarium errichtet, eine Ruhestätte für die auf dem alten evangelischen Friedhof (heute Kopernikuspark) bestatteten und exhumierten Verstorbenen. Zwei Gedenksteine erinnern an alle Verstorbenen, die auf dem alten evangelischen Friedhof begraben waren und eben an den Handelsrat Paucksch. Denn nur seine Grabstätte wurde während der Exhumierung vor dem Straßenbau auf dem Parkgelände identifiziert. Für die ehemaligen Landsberger war die Einweihung des Ossariums, in dem jetzt die zweitausendsiebenhundert vor 1945 bestatteten Stadteinwohner ruhen, ein ungemein wichtiges Ereignis. „Wir Lebenden haben versucht, zwischen den früheren und heutigen Einwohnern der Stadt eine enge Verbindung her zu stellen, was meines Erachtens gelungen ist. Durch die Umbettung schaffen wir jetzt eine Verbindung zwischen unseren Toten. Wir haben gemeinsame Wurzeln”, sagte Ursula Hasse-Dresing, Vorsitzende der Bundesarbeitsgemeinschaft Landsberg an der Warthe. Sie erinnerte daran, dass die ehemaligen Landsberger anfangs über die Pläne zum Straßenbau auf dem ehemaligen Friedhof bestürzt gewesen seien. „Bereits der Gedanke schmerzte uns, dass auf den Gebeinen unserer Ahnen Kinder spielen und Leute spazieren gehen. Und nun sollten dort auch noch Autos entlang fahren. Aber wir sind dankbar für das uns entgegengebrachte große Vertrauen, dafür dass wir über die Pläne informiert und auch nach unserer Meinung gefragt wurden. Letztendlich sind wir zu der Auffassung gekommen, dass wir nicht Pläne bekämpfen können, die den Einwohnern und der Entwicklung der Stadt dienen”, so Ursula Hasse-Dresing. Der evangelische Pfarrer Miroslaw Wola erinnerte an die Toten: „Hier liegen diejenigen, die Stadtgeschichte geschrieben haben; reiche Menschen wie Paucksch, ein Beispiel für protestantisches Arbeitsethos, und arme Menschen; Erwachsene und Kinder, Einwohner der Stadt, namenlose Opfer beider Kriege, verschiedener Konfessionen und Völker; auch die Nach­kriegs­ein­wohner von Gorzów, die hier bis 1947 und sogar noch später bestattet wurden”. Wolfhart Paucksch, Nachkomme des Ehrenbürgers von Gorzów, konnte endlich einen Kranz auf dem Grab seines Ururgroßvaters niederlegen. Über das Arbeitsethos seines Urahnen sagte er: „Sein Sohn Hermann fragte ihn, worin sein Erfolg begründet liege. Und er antwortete: in meinen zehn gesunden Fingern, im Kapital von drei Mark, in meiner Aufgeschlossenheit und großen Ausdauer.”


Tag der Erinnerung und Versöhnung

Zum Besuch der ehemaligen Landsberger

Dariusz Baranski (Gazeta Wyborcza, Zielona Gora Nr. 25, 30/01/2007)

Die feierliche Umbettung der verstorbenen ehemaligen Landsberger, die während der Exhumierungsarbeiten im Kopernikuspark geborgen wurden, ist das wichtigste Ereignis des diesjährigen Tags der Erinnerung und Versöhnung.

Der Tag, an dem die Rote Armee Landsberg eingenommen hat (30. Januar 1945), wird in Gorzow seit zwölf Jahren als Tag der Erinnerung und Versöhnung gefeiert. Jedes Jahr nehmen Mitglieder der Bundesarbeitsgemeinschaft Landsberg, die sich mit Vertretern der Stadtverwaltung treffen, an den Feierlichkeiten teil. Es gehört schon zur Tradition, an zwei Denkmälern Blumen nieder zu legen: am Gedenkstein im Kopernikuspark, also am Ort des ehemaligen evangelischen Friedhofs, und auf dem Militärfriedhof in der Walczak-Straße. Während des Straßenbaus im Kopernikuspark wurden die dort früher bestatteten Einwohner von Landsberg exhumiert. Heute um 12 Uhr 30 werden sie in ein gemeinsames Grab auf dem Kommunalfriedhof umgebettet. In Zukunft soll auch im Kopernikuspark ein Ossarium zur Erinnerung an den früheren evangelischen Friedhof entstehen.

Die Feierlichkeiten zum Tag der Erinnerung und Versöhnung begannen in Wirklichkeit bereits gestern. Das Sozialhilfeheim in der Podmiejska- / Ecke Boczna-Straße wurde feierlich nach Marie Juchacz benannt, einer deutschen Sozialreformerin. Zum ersten Mal wird damit eine öffentliche Einrichtung in Gorzow offiziell den Namen einer herausragenden Persönlichkeit aus dem deutschen Landsberg tragen.

Marie Juchacz, eine der berühmtesten Sozialreformerinnen in Deutschland, wurde am 15. März 1879 in Landsberg geboren. Sie war Mitbegründerin der Arbeiterwohlfahrt und in den Jahren 1919 - 1933 ihre Vorsitzende. 1917 übertrug ihr Friedrich Ebert das Frauensekretariat im SPD-Vorstand. Marie Juchacz gilt als eine der ersten, die sich in Deutschland für das Wahlrecht für Frauen einsetzte. Sie war eine der drei ersten Frauen, die zum Reichstag gewählt wurden, und überhaupt die erste Frau, die eine Rede vor dem deutschen Parlament hielt. Als Abgeordnete der Weimarer Nationalversammlung und später als Mitglied des Reichstags widmete sie sich vor allem den Rechten und der sozialen Situation der Frauen. 1933 emigrierte sie in die USA. 1949 kam sie nach Deutschland zurück. 1956 starb sie. Das von ihr errichtete Netz der Arbeiterwohlfahrt existiert bis heute und ist eine der wichtigsten Organisationen in Deutschland.

Im Stadtmuseum wird um 10 Uhr eine ihrer Tätigkeit gewidmete Ausstellung eröffnet. Dann folgt die Blumenniederlegung im Kopernikuspark und auf dem Militärfriedhof, an der sich die Vertreter der Stadtverwaltung und die ehemaligen Landsberger beteiligen. Genau am Mittag werden sie gemeinsam mit dem Stadtpräsidenten die Friedensglocke läuten lassen. Der 30. Januar ist einer der wenigen Tage im Jahr, an dem man die Friedensglocke läuten hören kann.

Die deutschen Gäste treffen sich mit den Vertretern der Stadtverwaltung und den Einwohnern von Gorzow noch einmal gegen 14 Uhr auf der Hauptpost, wo eine Sonderbriefmarke präsentiert wird. Der Stadtpräsident und die Vorsitzende der BAG werden sogar Ersttagspostkarten mit symbolischen Wünschen an heutige Einwohner von Gorzow und ehemalige Landsberger verschicken.

Zum Abschluss der Feierlichkeiten treffen sich ehemalige Landsberger und heutige Einwohner von Gorzow im Hotel „Mieszko”, wo um 14 Uhr 30 der Film „Die Friedensglocke” von Romuald Liszko gezeigt wird.

Aus dem Polnischen: Ewa Czerwiakowski / Ruth Henning


Gorzów uczcił zmarłych landsberczyków

Obchodziliśmy Dzień Pamięci iPojednania. W ossarium na cmentarzu komunalnym spoczęły szczątki dawnych mieszkańców Landsberga ekshumowane podczas budowy drogi przez park Kopernika

Darisusz Barański (Gazeta Wyborcza Zielona Góra 31/01/2007)

Już od lat 30 stycznia w Gorzowie nie świętuje się "wyzwolenia" miasta, lecz akcentuje pamięć o przeszłości i pojednanie między dawnymi i obecnymi mieszkańcami. W tym roku święto przebiegło pod znakiem dwóch wybitnych postaci dawnego Landsberga: przemysłowca i człowieka sukcesu Johanna Gottlieba Hermanna Pauckscha i urodzonej w Landsbergu działaczki społecznej i politycznej Marie Juchacz, która poświęciła się pracy na rzecz ubogich, kobiet i robotników. Obchody rozpoczęły się w Muzeum Spichlerz, gdzie otwarta została wystawa poświęcona Marii Juchacz. Była pierwszą kobietą w niemieckim Reichstagu, współzałożycielką organizacji pomocy społecznej AWO - dziś jednej z największych w Niemczech. - Ta postać miała ogromne znaczenie dla emancypacji kobiet, sprawiedliwości społecznej, pomocy dzieciom i rodzinie. Ostatnio budzi coraz większe zainteresowanie. Po raz pierwszy ta wystawa gości w Polsce. Tym bardziej się więc cieszę, że trafiła do jej miasta rodzinnego - powiedział Wilhelm Schmidt, przewodniczący AWO. Imię Marii Juchacz nadano DPS nr 1 w Gorzowie. To pierwsze miejsce w mieście, które oficjalnie ma za patrona zasłużonego landsberczyka. Nieoficjalnie, choć w powszechnym użyciu jest natomiast inny patron: Johann Gottlieb Hermann Paucksch, którego imieniem nazywamy symbol miasta - fontannę na Starym Rynku. I tę postać wczoraj przypomniano. W nowej części cmentarza komunalnego, na rozległej kwaterze porośniętej brzeziną władze miasta wybudowały ossarium - miejsce pochówku szczątków ekshumowanych na dawnym cmentarzu ewangelickim (dziś park Kopernika). Dwa głazy z tablicami przypominają wszystkich pochowanych na dawnym cmentarzu ewangelickim oraz radcę handlowego Pauckscha. Tylko jego grobowiec został bowiem odnaleziony i zidentyfikowany podczas ekshumacji przed budową drogi w parku. Dla landsberczyków poświęcenie ossarium, w którym spoczęły szczątki 2,7 tys. mieszkańców Landsberga pochowanych przed 1945 r. na dawnym cmentarzu, było bardzo ważnym wydarzeniem. - My żywi próbowaliśmy, moim zdaniem z powodzeniem, stworzyć więź między dawnymi a obecnymi mieszkańcami miasta. Teraz dzięki przeniesieniu tych szczątków na cmentarz komunalny tworzymy więź pomiędzy zmarłymi. Tworzymy wspólne korzenie - mówiła Urszula Hasse-Dresing, szefowa BAG. Przypomniała, że początkowo landsberczycy byli zbulwersowani planami budowy drogi przez dawny cmentarz. - Bolała nas myśl, że po szczątkach naszych przodków biegają dzieci, chodzą tam ludzie, a cóż dopiero, gdyby tamtędy miały jeździć samochody. Poczytujemy sobie jednak za dowód wielkiego zaufania, że nie tylko poinformowano nas o tych planach, ale także zapytano nas o zdanie. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nie możemy przeciwstawiać się planom, które służą mieszkańcom i rozwojowi miasta. - mówiła. Tych, którzy spoczęli w ossarium, wspomniał pastor ewangelicki Mirosław Wola. - Leżą tu ci, którzy tworzyli historię tego miasta. Bogaci jak Paucksch, przykład ewangelickiego etosu pracy, i ludzie biedni. Dorośli i dzieci. Mieszkańcy miasta, bezimienne ofiary obu wojen, różnych wyznań, narodów. Również powojenni mieszkańcy Gorzowa, których chowano tu do 1947 r., a nawet i później - mówił pastor. Na grobie swojego prapradziadka mógł wreszcie złożyć wieniec Wolfhart Paucksch, potomek honorowego obywatela Landsberga. Tak mówił o etosie pracy swojego pradziada: Jego syn Hermman pytał, czemu zawdzięcza swój sukces. A on odpowiedział: 10 zdrowym palcom, trzem markom kapitału, otwartej głowie i wielkiej wytrwałości.


Dzień Pamięci i Pojednania

Wizyta landsberczyków

Dariusz Barański (Gazeta Wyborcza Zielona Góra 30/01/2007)

Uroczyste złożenie szczątków dawnych mieszkańców Landsberga, wydobytych podczas prac ekshumacyjnych w parku Kopernika, będzie głównym wydarzeniem tegorocznego Dnia Pamięci i Pojednania

Dzień wkroczenia Armii Radzieckiej do Landsberga - a było to 30 stycznia 1945 r. - od 12 lat obchodzony jest w Gorzowie jako Dzień Pamięci i Pojednania. Co roku w uroczystościach uczestniczą członkowie Stowarzyszenia Byłych Mieszkańców Landsberga (BAG), którzy spotykają się z władzami miasta. Tradycją stało się już składanie kwiatów pod dwoma pomnikami: pamiątkowym kamieniu na miejscu dawnego cmentarza ewangelickiego w parku Kopernika, a następnie na cmentarzu wojskowym przy ul. Walczaka. W tym roku program tego dnia jest bogatszy. Podczas ekshumacji w parku Kopernika w związku z budową drogi wydobyto szczątki pochowanych tam niegdyś mieszkańców Landsberga. Dziś o godz. 12.30 zostaną one złożone do zbiorowej mogiły na cmentarzu komunalnym. W przyszłości również w parku Kopernika zostanie wybudowane ossarium, upamiętniające dawną ewangelicką nekropolię.

Obchody Dnia Pamięci i Pojednania tak naprawdę rozpoczęły się już wczoraj. Dom Pomocy Społecznej przy ul. Podmiejskiej - Bocznej otrzymał bowiem imię Marii Juchacz - niemieckiej działaczki społecznej. To pierwszy taki przypadek w Gorzowie, kiedy instytucja otrzymuje za oficjalnego patrona wybitną osobistość pochodzącą z Landsberga.

Marie Juchacz, jedna z najsłynniejszych w Niemczech działaczek społecznych, urodziła się w Gorzowie 15 marca 1879 r. Była założycielką organizacji pomocy robotnikom Arbeiterwohlfahrt (AWO) i w latach 1919-1933 jej przewodniczącą. W 1917 r. Friedrich Ebert powierzył jej kierowanie sekretariatem ds. kobiet w SPD. Uchodzi za jedną z pierwszych, która rozpoczęła walkę o prawa wyborcze dla kobiet w Niemczech. Była jedną z trzech pierwszych kobiet wybranych w wyborach i w ogóle pierwszą kobietą, jaka w niemieckim parlamencie zabrała głos. Jako posłanka Zgromadzenia Narodowego w Republice Weimarskiej, a potem w Reichstagu zajmowała się szczególnie sprawami kobiet. W 1933 r. wyemigrowała do USA. Wróciła do Niemiec w 1949 r. Zmarła w 1956 r. Założona przez nią sieć AWO istnieje do dziś i jest jedną z ważniejszych organizacji w Niemczech.

Jej osobie i działalności poświęcona jest wystawa w Spichlerzu z cyklu "Sylwetki Gorzowian", która zostanie otwarta o godz. 10. Następnie władze miasta i landsberczycy będą składać kwiaty w parku Kopernika i na cmentarzu wojskowym, a w samo południe na pl. Grunwaldzkim wspólnie z prezydentem miasta uderzą w Dzwon Pokoju. 30 stycznia jest właśnie jednym z tych kilku dni w roku, kiedy można usłyszeć dźwięk dzwonu.

Około godz. 14 goście z Niemiec spotkają się znów z władzami miasta i mieszkańcami Gorzowa na Poczcie Głównej, gdzie zaprezentowany zostanie jubileuszowy znaczek pocztowy. Prezydent i szefowa BAG wyślą nawet jubileuszowe karki pocztowe z symbolicznymi życzeniami dla gorzowian i byłych mieszkańców Landsberga.

Dzień Pamięci i Pojednania zakończy się spotkaniem landsberczyków i gorzowian w hotelu Mieszko, gdzie o godz. 14.30 nastąpi projekcja filmu "Dzwon Pokoju" w reżyserii Romualda Liszki.


Planung für das Projekt "Spurensuche - alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion" für das Jahr 2007

Deutsch-Polnische Gesellschaft Brandenburg

I. Begegnungstreffen

1. Erstes Treffen ehemaliger und heutiger Einwohner von Czelin / Zellin am 18. Mai. Geplant ist ein ökumenischer Gottesdienst, Auftritt von örtlichen Schülergruppen (Tanz und Gesang), die Erstellung einer Fotoausstellung „Czelin – Zellin / Gestern und Heute“ und ein Rundgespräch zwischen ehemaligen und heutigen Einwohnern. Kooperationspartner sind Raimund Koch (zuständiger Ortsbetreuer des Heimatkreises Zellin/Klossow) und das deutsch-polnische Ehepaar Elwira und Fortunat Profé-Mackiewicz aus Mieszkowice / Bärwalde. Vorgespräche gab es darüber hinaus mit ehemaligen Einwohnern aus dem Oderbruch (Groß Neuendorf und Umgebung) und mehreren Personen aus Czelin (Pfarrer, Bürgermeister, 2 Schuldirektoren, 2 Vertreterinnen des örtlichen Hausfrauenvereins, aus Czelin stammender Posener Student, der die Ausstellung vorbereitet).

Geplant ist eine eintägige Studienreise zur Teilnahme am Zelliner Treffen für interessierte Personen, deutsche und polnische JournalistInnen (u.a. in der Hoffnung, dass im Mai die Fähre Güstebieser Lohse – Gozdowice bereits eingerichtet ist und funktioniert).

2. Drittes Pfingsttreffen der alten und neuen Einwohner von Nowe Warpno / Neuwarp am 28. Mai 2007. Auf dem ersten Treffen 2005 berichteten polnische Einwohner von ihren Erlebnissen bei ihrer Evakuierung („Repatriierung“) aus den ehemaligen polnischen Ostgebieten und der Neuansiedlung in Nowe Warpno. Bei dem zweiten Treffen 2006 berichteten deutsche Zeitzeugen über ihre Vertreibung aus Neuwarp und ihr Leben in Neuwarp. Inzwischen ist eine Fotoausstellung mit privaten Fotos heutiger und ehemaliger Einwohner entstanden, die in einem ständigen Arbeitsprozess erweitert wird. Das diesjährige Treffen soll erstmals der Diskussion möglicher gemeinsamer Projekte gewidmet werden (z.B. der Einrichtung eines gemeinsamen Heimatmuseums in Nowe Warpno unter Einbeziehung der erwähnten Ausstellung; der eventuellen Errichtung von Gedenksteinen oder –tafeln an wichtigen Orten / z.B. den alten Friedhöfen, vorbereitender Aufräumarbeiten z.B. durch örtliche Schülergruppen u.a.)

Zur Vorbereitung des Treffens werden zwei Veranstaltungen in Altwarp und Neuwarp organisiert, auf denen das neu erschienene zweisprachige Buch über Nowe Warpno / Neuwarp vorgestellt wird (Andrzej Łazowski, Verlag „Czas, Przestrzeń, Tożsamość“)

Geplant ist auch eine eintägige Studienreise zur Teilnahme am dritten Neuwarper Pfingsttreffen im Rahmen des Projekts Spurensuche für interessierte Personen, deutsche u. polnische JournalistInnen.

3. Workshop zum Thema „Jüdische Spuren in der deutsch-polnischen Grenzregion“. Mitte Juni treffen sich in Angermünde deutsche und polnische Spurensucher, die sich gegenseitig über ihre bisherigen Arbeiten und Projekte und zukünftigen Planungen sowie mit ihnen kooperierende Initiativen und Institutionen unterrichten und über eine perspektivisch mögliche Zusammenarbeit diskutieren.

4. Zweisprachige Ausstellung „Und dann mussten wir raus ...“ plus Filmvorführung und anschließende Diskussion in Mieszkowice / Bärwalde (2. Hälfte Juni 2007). Zwei weitere Film- und Diskussions­ver­an­stal­tun­gen in Angermünde und Chojna / Königsberg (Termine müssen noch abgesprochen werden)

II. Studienreise

Dreitägige Studienreise für 30 – 40 interessierte Personen, deutsche und polnische JournalistInnen in den südlichen Teil der Neumark mit dem inhaltlichen Schwerpunkt „Besuch im alten deutsch-polnischen Grenzgebiet der Zwischenkriegszeit“ Ende August / Anfang September.

Hier eine grobe Skizze der Reisestationen (endgültige Route wird noch im einzelnen abgeklärt): Kostrzyn/Küstrin, Dębno/Neudamm, Witnica/Vietz, Gorzów/Landsberg, Santok/Zantoch, Skwierzyna/Schwerin, Rokitno/Rokitten, Międzychód/Birnbaum, Międzyrzecz/Meseritz, Świebodzin/Schwiebus, Babimost/Bomst, Zbąszynek/Neu Bentschen – Zbąszyń/Bentschen – Dąbrówka/Groß Dammer und zurück über Łagów/Lagow-Słubice oder Gorzów/Kostrzyn. Übernachtungen in Gorzów und/oder Łagów und/oder Paradyż/Paradies.

III. Ausgabe der Zeitschrift TRANSODRA zur Dokumentation des Projekts Spurensuche.


„Po śladach – stara, nowa, obca mała ojczyzna na polsko-niemieckim pograniczu“

Plan na rok 2007

Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie

I. Program spotkań

1. 18 maja tego roku odbędzie się pierwsze spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkańców Czelina (Zellin). Planowane jest nabożeństwo ekumeniczne, występ dziecięcej grupy (taniec i śpiew), prezentacja wystawy fotograficznej „Czelin – Zellin. Wczoraj i dzisiaj“, a także wspólna rozmowa dawnych i dzisiejszych mieszkańców. W przygotowaniach biorą udział: Raimund Koch (opiekun koła ojczyźnianego Zellin/Klossow) oraz państwo Elwira Profé-Mackiewicz i Fortunat Mackiewicz, polsko-niemieckie małżeństwo z Mieszkowic (Bärwalde). Przeprowadzone zostały już wstępne rozmowy na miejscu w Czelinie, m.in. z proboszczem, sołtysem, dyrektorami miejscowych szkół, przedstawicielami organizacji kobiecej, a także z pochodzącym z Czelina studentem z Poznania, który zajmie się przygotowaniem wystawy.

Planujemy jednodniową wycieczkę na spotkanie w Czelinie, w której wezmą osoby zainteresowane, a także dziennikarze z Polski i Niemiec; mamy nadzieję, że w maju czynne już będzie połączenie promowe Güstebieser Lohse – Gozdowice.

2. Trzecie spotkanie zielonoświątkowe dawnych i dzisiejszych mieszkańców Nowego Warpna (Neuwarp) 28 maja 2007 roku.

Na pierwszym spotkaniu w roku 2005 polscy nowowarpianie opowiadali o swych przeżyciach związanych z wysiedleniem z dawnych polskich Kresów Wschodnich i przybyciem do Nowego Warpna. Podczas drugiego spotkania w roku 2006 niemieccy świadkowie historii wspominali swoje życie w Nowym Warpnie i późniejsze wypędzenia. Od tego czasu powstaje stale poszerzana wystawa z prywatnych zdjęć dzisiejszych i dawnych mieszkańców. Tegoroczne spotkanie winno stać się okazją do rozmowy na temat ewentualnych wspólnych działań (np. stworzenie wspólnego muzeum ziemi ojczystej z wykorzystaniem wspomnianej wystawy; ufundowanie kamieni lub tablic upamiętniających ważne miejsca, np. dawne cmentarze, połączone z pracami porządkowymi, które mogliby przeprowadzić uczniowie miejscowych szkół etc.).

W ramach przygotowań do spotkania odbędą się dwie imprezy – w Altwarp i Nowym Warpnie, podczas których zaprezentowana zostanie nowa dwujęzyczna publikacja na temat Nowego Warpna – Neuwarp autorstwa Andrzeja Łazowskiego, a wydana przez stowarzyszenie „Czas, Przestrzeń, Tożsamość“.

Planujemy jednodniową wycieczkę na trzecie spotkanie polskich i niemieckich nowowarpian, w której mogą wziąć udział osoby zainteresowane i dziennikarze z Polski i Niemiec.

3. Workshop „Ślady żydowskie na polsko-niemieckim pograniczu“. W czerwcu w Angermünde organizujemy spotkanie ludzi z Polski i Niemiec, którzy aktywnie zajmują się poszukiwaniem żydowskich śladów. To robocze spotkanie służyć będzie wymianie doświadczeń, informacji na temat konkretnej pracy, projektów i planów na przyszłość, a także ewentualnej współpracy.

4. Prezentacja dwujęzycznej wystawy „I wtedy nas wywieźli – Und dann mussten wir raus“ oraz pokaz filmowy w Mieszkowicach (Bärwalde), druga połowa czerwcu 2007. Dwa kolejne pokazy filmowe połączone z dyskusją – Angermünde i Chojna (Königsberg Nm); terminy nie zostały jeszcze ustalone.

II. Wycieczka studyjna

Trzydniowa wycieczka studyjna z udziałem ok. 30-40 osób zainteresowanych i dziennikarzy z Polski i Niemiec w południowe rejony Nowej Marchii; tematyczny punkt ciężkości: „Dawne pogranicze polsko-niemieckie okresu międzywojennego“, koniec sierpnia, początek września 2007.

Chwilowo planujemy odwiedzenie następujących miejsc (dokładna trasy wycieczki nie została jeszcze ustalona): Kostrzyn/Küstrin, Dębno/Neudamm, Witnica/Vietz, Gorzów/Landsberg, Santok/Zantoch, Skwierzyna/Schwerin, Rokitno/Rokitten, Międzychód/Birnbaum, Międzyrzecz/Meseritz, Świebodzin/Schwiebus, Babimost/Bomst, Zbąszynek/Neu Bentschen – Zbąszyń/Bentschen – Dąbrówka/Groß Dammer; powrót przez Łagów/Lagow – Słubice lub Gorzów – Kostrzyn. Noclegi w Gorzowie i (lub) w Łagowie, ew. w Paradyżu/Paradies.

III. Publikacja kolejnego numeru pisma TRANSODRA z dokumentacją projektu Po śladach

"Eine Liebe überbrückt 50 Jahre"

Elwira Profé aus dem früheren Bärwalde heiratete den Polen Fortunat Mackiewicz, den sie 1947 kennengelernt hat

Dietrich Schröder aus der MOZ vom 18.10.2006

Mieszkowice /Bärwalde (MOZ) Mieszkowice ist ein verträumtes Städtchen östlich der Oder. Es liegt etwa auf der gleichen Höhe wie das deutsche Wriezen. Zu den Attraktionen des Ortes, der bis 1945 Bärwalde hieß, gehören der Marktplatz, die Backsteinkirche, das Kopfsteinpflaster und die Stadtmauer. Und Elwira Profé und Fortunat Mackiewicz, ein Ehepaar mit einer besonderen Geschichte.

Diese beginnt im Februar 1945. Als die sowjetische Armee die Oder erreichte, um zum letzten Schlag in Richtung Berlin auszuholen, war Elwira Profé 19 Jahre alt. Sie war die Tochter des Inhabers der größten Fabrik im Ort, der „Maßstabfabrik Oskar Schubert". Deren Zollstöcke und Wasserwaagen wurden in ganz Deutschland verkauft.

Wie viele Bärwalder kam die junge Deutsche in ein Arbeitslager. Zunächst in das nur wenig östlicher gelegene Soldin (heute Mysliborz), wo die Russen einen Flugplatz bauten. Doch schon bald wurde sie für einen Zwangsarbeitertransport ausgewählt, der ins nördliche Russland ging. Bereits beim Transport in Viehwaggons kamen Dutzende Menschen ums Leben. „In Sibirien empfingen uns Hunger, Kälte und knochenharte Arbeit", erinnert sie sich. „Scharlach und Sumpffieber forderten weitere Opfer." Abgemagert und krank landete Elwira im Lazarett. „Als ich zu nichts mehr zu gebrauchen war, sagte irgendwann eine Krankenschwester zu mir: Profé, hast Glick, bist auf Liste nach Deutschland."

Nach einer erneuten Irrfahrt landete sie im Frühjahr 1946 in Frankfurt (Oder) und erfuhr, dass ihre Heimat nun zu Polen gehörte. Zufällig hörte sie von einer anderen Bärwalderin, dass ihre Eltern noch in dem Ort lebten. „Mein Vater hatte die Turbinenanlagen der Fabrik instand gesetzt, die zugleich den Ort mit Strom versorgten", berichtet sie.

Polnische Fischer brachten sie über die gesperrte Oder. „Das ist die Tochter von der Elektrownia, hatten wir denen zugerufen." Schon bald nach dem glücklichen Wiedersehen mit ihren Eltern, die man längst aus ihrem Haus geworfen hatte, sollte es eine andere schicksalhafte Begegnung geben. Bärwalde war inzwischen von Familien bewohnt, die zumeist aus den östlichen Landesteilen Polens stammten, welche sich die Sowjetunion angeeignet hatte. 1946 erhielt Walter Profé den Auftrag, die Produktion der Maßstabfabrik wieder in Gang zu setzen. Zu denen, die dabei halfen, gehörte die Familie Mackiewicz, die aus der Gegend von Wilna (Vilnius) gekommen war. Der Sohn, ein hübscher 25-jähriger Mann, war Elwira nicht nur wegen seines ungewöhnlichen Vornamens Fortunat aufgefallen, der Glück bedeutet. Auch der Pole hatte ein Auge auf die junge Deutsche geworfen.

Es ist berührend, wie die über 80-Jährigen noch heute ihr erstes Rendezvous beschreiben: „Wir kamen uns menschlich näher", berichtet Elwira mit zartem Lächeln. Und Fortunat fügt fast verlegen hinzu: „Dann habe ich sie auf die Stirn geküsst. Elwira aber küsste nicht wie eine Geliebte, sondern wie ein Freund."

Wie aus heiterem Himmel mussten die letzten Deutschen Mieszkowice im Herbst 1947 verlassen. „Man gab uns eine halbe Stunde, um einige Sachen zu packen", erinnert sich Elwira. Aus einer inneren Ahnung heraus habe sie ihrem Geliebten noch eingeschärft: „Schreibe auf keinen Fall, Fortek." Sein Passfoto aber trug sie ihr ganzes Leben bei sich.

Die Profés gingen zunächst ins Oderbruch, wo drei Geschwister des Vaters lebten. Elwira beendete in Berlin eine pädagogische Ausbildung. „1948 baute ich dann die Land- und hauswirtschaftliche Berufsschule mit auf, die an verschiedenen Schulen in Bad Freienwalde, Wriezen und anderen Orten angegliedert war." Ihr Vater machte einen kleinen Betrieb auf, wurde jedoch nach Gründung der DDR enteignet. Die Familie floh darauf in den Westen. Man landete im westfälischen Ort Löhne, wo Walter Profé noch einmal eine Fabrik für Meßwerkzeuge gründete, bevor er 1962 starb.

Elwira las viel über Polen, „das Land, ich dem ich die Hälfte meines Herzens zurückgelassen hatte." Fortunat muss es ähnlich gegangen sein, denn irgendwann schrieb er doch einen Brief – die Adresse hatte er von einem Profé-Zollstock, den er gefunden hatte. Eine Antwort erhielt er jedoch nicht. Die beiden heirateten aber auch keine anderen Partner. 1968 baute Elwira Profé in Westberlin eine Modellwohnstätte für geistig Behinderte auf. Dort war sie 20 Jahre Leiterin.

Nach der Grenzöffnung machte sie sich im Herbst 1991 zum ersten Mal auf den Weg in die alte Heimat. Sie war aufgeregt, doch es gab auch Grund zur Freude, als ihr ein Pförtner die Fabrik zeigte, in der noch immer Zollstöcke gefertigt wurden. Doch ihre Jugendliebe lief ihr nicht über den Weg.

Erst vier Jahre später erhielt sie erneut einen Brief von Fortunat. Man vereinbarte, sich am Bahnhof von Mieszkowice zu treffen, an dem es immer noch so wie früher aussieht. Aufgewühlt hätte sie sich vorzustellen versucht, wie ihr Wiedersehen wohl ablaufen würde, berichtet Elwira. „Als ich Fortek dann sah, wurde ich mit jedem Schritt ruhiger", beschreibt sie. Auch dem Polen erschien es in dem Moment, in dem sich die beiden in den Armen lagen, „als hätte es die 50 Jahre dazwischen nicht gegeben."

1996 bauten die beiden ein Haus. Elwira zog nicht nur nach Mieszkowice, sie gründete eine Frauen-Gymnastik-Gruppe und half bei der Schaffung einer Schule für Behinderte mit. Auch beförderte sie zahlreiche Kontakte über die Grenze, unter anderem zum Gymnasium in Bad Freienwalde.

Im vergangenen Jahr entschlossen sich die beiden zu heiraten. „Da mich hier in Polen ziemlich viele Leute kennen, schien es mir besser, endlich ordentliche Verhältnisse zu schaffen", sagt die Deutsche mit ihrem trockenen Humor. Fortunat, der fest davon überzeugt ist, dass er nicht nur vom Namen her ein Glückskind ist, bringt es auf den Punkt: „Wir beide fühlen so, als hätten wir das ganze Leben miteinander verbracht."

 „Zuerst Mensch, dann Pole"

Der 76jährige Heimatforscher Zbigniew Czarnuch wehrt sich gegen unkritischen Patriotismus in seinem Land

Dietrich Schröder aus der MOZ, 22.12.2006

Seit dem Regierungswechsel vor einem Jahr hat der Patriotismus in Polen Hochkonjunktur. Kritiker im In- und Ausland warnen jedoch vor dem überzogenen Gebrauch nationaler Gefühle. Zu ihnen gehört der Heimatforscher Zbigniew Czarnuch.

Witnica (Vietz) (MOZ) Witnica ist eine Kleinstadt auf halber Strecke zwischen Küstrin und Gorzów, dem früheren Landsberg. Kaum jemand kennt sich in dem Ort, der bis 1945 Vietz hieß und an der ehemaligen Reichsstraße 1 und der Ostbahn lag, so gut aus wie der Heimatforscher Zbigniew Czarnuch.

Im Herbst 1945 war er mit seiner Familie in Witnica gelandet. Sein Vater war Bürgermeister des Ortes geworden, dessen deutsche Bewohner damals zum Großteil bereits vertrieben worden waren. Vater und Sohn glaubten an die Ideologie, laut der Polen hier seine uralten Westgebiete „wiedergewonnen" hatte. „Damals bin ich das erste Mal in eine Geschichtsfalle getappt", urteilt der 76-Jährige heute. Sein Vater hatte ihm, dem Anführer der Witnicer Pfadfinderorganisation, den Auftrag gegeben, die Spuren deutscher Geschichte auszumerzen. Mit Farbe und Hammer überpinselte man alte Aufschriften an Häusern oder schlug sie ab. Der junge Zbigniew hatte nicht das Gefühl, Unrecht zu tun. Schließlich hatte seine Familie, die aus der Gegend von Tschenstochau stammte, zuvor sechs Jahre lang vor den deutschen Besatzern Angst haben müssen. Man war Augenzeuge vieler Verbrechen geworden, zum Beispiel des Transports der Juden in die Konzentrationslager.

Ein halbes Jahrhundert später forscht der gleiche Zbigniew Czarnuch intensiv nach den Überresten deutscher Geschichte in Witnica. Auf die Frage nach dem Warum deutet der grauhaarige kleine Mann mit seinen lebendigen Augen zunächst auf die Möbel in seiner Wohnung: „Dieser Tisch hier ist ein deutscher Tisch, auf diesem Stuhl haben Deutsche gesessen, und auch dieses Regal hat einmal einer deutschen Familie gehört." Irgendwann habe er wegen dieser Erkenntnis ein „psychologisches Unbehagen" empfunden, beschreibt er seine Gefühle.

Angeregt wurde sein Nachdenken schon in den 70er Jahren, als frühere Bewohner erstmals an ihren einstigen Wohnungen anklopften – nicht als rachsüchtige Deutsche, wie es in der Propaganda beschrieben wurde, sondern zaghaft und mit der Hoffnung, schmerzhafte Erinnerungen aufarbeiten zu können. Eine Frau bat darum, in den Garten ihres früheren Hauses gehen zu dürfen. Dort hatte sie ihre Mutter notdürftig begraben müssen, die von einem russischen Soldaten erschlagen worden war, dem sie ihre Gänse nicht hatte geben wollen.

Eine andere Frau brachte ihm den Koffer, mit dem sie 1945 über die Oder geflohen war. Dieser Koffer steht heute neben zwei weiteren Gepäckstücken in dem Heimatmuseum, das von Czarnuch betreut wird. Das zweite ist ein reich bemalter Flüchtlingskoffer, mit dem Polen aus dem früheren Osten des Landes zu Beginn des Zweiten Weltkriegs erst nach Sibirien und später nach Witnica gezogen waren, weil ihre Heimat an die Ukraine gefallen war. Der dritte Gegenstand ist ein deutsch-polnischer Märchenkoffer, der mit Kinderbildern und -geschichten gefüllt ist. „Den haben Kindergartenkinder aus Witnica und Müncheberg gestaltet, nachdem ihnen ihre Erzieherinnen von den anderen Koffern erzählt haben", berichtet Czarnuch. Er selbst hat viel dazu beigetragen, dass die Partnerschaft zwischen den Kommunen zustande gekommen ist, die in etwa gleicher Entfernung zur Grenze liegen – Witnica auf polnischer Seite, Müncheberg in Märkisch-Oderland.

Auch ein Glas eingeweckter Pfifferlinge findet man in dem Heimatmuseum. Diese Pilze, die Deutsche im Krieg als Nahrungsreserve vergraben hatten, wurden viele Jahre später unversehrt von Polen entdeckt. In diesem Sommer war das Glas in der vom „Bund der Vertriebenen" organisierten Ausstellung im Berliner Kronprinzenpalais zu sehen, die in Polen auf viel Kritik gestoßen war. Während alle staatlichen polnischen Einrichtungen von der Warschauer Regierung angewiesen worden waren, ihre Exponate zurückzuziehen, beließ Czarnuch die Pilze in Berlin.

Als ihn polnische Journalisten befragten, warum er dies tue, antwortete er: „Weil ich nicht zum zweiten Mal in eine Geschichtsfalle gehen will." Und dass er „zuerst ein Mensch und erst danach ein Pole" sei. Der 76-Jährige, der auch in der Volksrepublik Polen immer wieder aneckte, obwohl er Lehrer und Mitglied der kommunistischen Partei war, macht keinen Hehl daraus, dass ihm die einseitige Sicht auf die Geschichte zuwider ist. „Warum können einige meiner Landsleute nicht akzeptieren, dass viele Deutsche hier ihre Heimat verloren haben?", fragt er. Auch an die Beurteilung historischer Persönlichkeiten wie Friedrich II. oder Bismarck, die Polen erobert oder unterdrückt haben, geht er differenziert heran. So sei unter dem Preußenkönig die Neumark bewirtschaftet worden, in der heute viele Polen leben. Und Bismarck sei der Erfinder der Sozialversicherung gewesen.

Zahlreiche Zeugnisse der lokalen Geschichte hat Czarnuch mit Gleichgesinnten auch in einem „Park der Wegweiser und der Meilensteine der Zivilisation" zusammengetragen. Unter anderem ist die Maschine eines gewissen Otto Dittner zu sehen, mit der 1897 der erste Strom in Vietz erzeugt wurde. Es werden Gaslaternen gezeigt, die von 1906 bis 1986 in Betrieb waren. Einer der eindrucksvollsten Gegenstände ist ein zerschossener Baum, der mit polnischen, deutschen und russischen Ortsschildern an diejenigen Menschen erinnert, die 1945 Vietz verlassen mussten, wie auch an jene, die im Kampf um Witnica starben, beziehungsweise die weit aus dem Osten hierherkamen.

Immer wieder lehnt sich Czarnuch gegen vereinfachende oder verfälschende Darstellungen auf. So regt es ihn auf, dass das Hakenkreuz, welches anlässlich der Verleihung der Stadtrechte in der Nazizeit ins Wappen aufgenommen worden war, in einer neuen Publikation über diese Geschichtsperiode entfernt wurde. Natürlich sind ihm nicht nur polnische, sondern auch deutsche Verfälschungen der Geschichte ein Dorn im Auge. „Deutsche und Polen werden sich nur dann verstehen können, wenn sie akzeptieren, dass es Unterschiede gibt und sie einen echten Dialog führen", ist er überzeugt. Dass einseitige Darstellungen gefährlich sind, hat er in seinem langen Leben gelernt.


Erste Sabbat-Feier nach 75 Jahren

Ein polnischer Lehrer erforscht im früher deutschen Grünberg die jüdische Vergangenheit der Stadt

Dietrich Schröder aus der MOZ vom 06.02.2007

In Polen, wo bis zum Holocaust Millionen Juden lebten, sind Antisemitismus und Unkenntnis über das Judentum stark verbreitet. Ein Beispiel aus Zielona Góra zeigt, wie mühsam die Spurensuche ist.

Zielona Góra / Grünberg (MOZ) „Hier ist es." An der Ausfallstraße nach Breslau zeigt Andrzej Kirmiel auf ein graues Gebäude hinter einem zerfallenen Zaun. „Das war die jüdische Leichenhalle", erläutert der 49-Jährige. Bis vor kurzem sei darin noch eine Autowerkstatt gewesen. Auf dem Gelände ringsherum wuchern dünne Bäume.

Im Inneren der Halle sind zwei Dutzend Grabsteine aufgereiht. Sie tragen deutsche und hebräische Inschriften. Die Steine habe er mit Schülern seines Gymnasiums gesichert, berichtet der Geschichtslehrer. Sie lagen auf dem verlassenen Friedhof wild verstreut. „Es waren nur noch Sandsteine da, die sind weniger wertvoll", fügt er hinzu.

In einem Archiv fand Kirmiel den Beweis für eine Episode, die ihm ein alter Steinmetz erzählt hatte. „Grabsteine aus rotem Granit und Carrara-Marmor sind zu sichern", steht in einer Polizei-Anweisung aus dem Oktober 1967. Damals wurden in den Westgebieten Polens, die bis 1945 zu Deutschland gehört hatten, die alten deutschen Friedhöfe eingeebnet. „Man machte keinen Unterschied zwischen christlichen und jüdischen Friedhöfen", erläutert Kirmiel. Die wertvollen Grabplatten wurden an Funktionäre verteilt, die das Material für private Bauzwecke verwandten.

Damit setzte sich eine Bereicherung an früherem jüdischem Eigentum fort, die es schon während und vor allem nach dem Zweiten Weltkrieg gegeben hatte. Etwa eine Million Polen leben heute in Häusern, die früher Juden gehörten, schätzt Kirmiel. Viele versuchten, das Thema zu verdrängen, weil sie Entschädigungsforderungen fürchten. Oder man tut das Problem mit dem Hinweis ab, dass die Vertreibung und Ermordung der Juden das Werk der deutschen Besatzer gewesen sei. Tatsächlich gab es während des Kriegs in keinem europäischen Land so viele Menschen, die Juden retteten, wie in Polen.

Doch als Andrzej Kirmiel in den 80er Jahren in Krakau Geschichte studierte, wurde der Holocaust nie erwähnt. „Und das, obwohl Auschwitz nur 50 Kilometer von Krakau entfernt ist." Erst nach 1989 wurde die Frage, wie sich Polen während der Kriegszeit verhalten haben, zögerlich diskutiert. Das Buch „Nachbarn" von Jan Tomasz Gross, in dem die Beteiligung der polnischen Bewohner eines Dorfes am Judenmord beschrieben wurde, löste heftigste Gegenreaktionen aus. Denn es brachte die weit verbreitete Auffassung, dass Polen nur die Opfer der Besatzer gewesen seien, ins Wanken.

In den früher zu Deutschland gehörenden Gebieten spielte das Thema jedoch weiter kaum eine Rolle. „Dabei gibt es allein auf dem Territorium der Wojewodschaft Lebuser Land um die 30 alte jüdische Friedhöfe und zehn Synagogen", berichtet Kirmiel. Eines der am besten erhaltensten Gotteshäuser sei das in Meseritz (Miedzyrzecz), in dem sich ein Supermarkt befindet.

Im ehemaligen Grünberg, das ein Zentrum der Textilproduktion war, hatten sich zu Beginn des 19. Jahrhunderts immer mehr Juden angesiedelt. 1814 wurde der Begräbnisplatz an der Breslauer Straße als erstes Grundstück der Stadt an die jüdische Gemeinde verkauft. „Einige Jahrzehnte später hatten schon so viele jüdische Kaufleute und Fabrikanten ihre Häuser am Markt errichtet, dass diese Gegend auch als Klein-Jerusalem bezeichnet wurde", fand Kirmiel heraus.

Nach der Machtergreifung der Nazis 1933 folgten die gleichen aggressiven Maßnahmen wie in ganz Deutschland. Die Juden mussten einen Stern tragen und wurden enteignet. In der Pogromnacht vom 9. November 1938 wurde auch die Grünberger Synagoge angezündet. „Sie stand an der Stelle, wo heute die Philharmonie ihren neuen Saal hat, in dem auch häufig deutsche Künstler auftreten", erläutert Kirmiel. Doch eine Erinnerungstafel sucht man vergeblich.

In der Grünberger Wollfabrik, die während des Krieges Uniformen herstellte, mussten hunderte jüdische Frauen aus Polen als Zwangsarbeiterinnen schuften. In einem Todesmarsch im Frühjahr 1945 kamen viele um.

Trotz der großen Tragödie während und nach dem Krieg – gleich 1946 kam es in Polen zu einzelnen Pogromen und 1968 wurden in einer antizionistischen Kampagne Zehntausende Menschen zur Ausreise nach Israel gezwungen – leben auch heute noch einige Juden in der Region. Eine von ihnen ist Alicja Skowronska. Ihre Biographie macht die ganze Tragik der polnischen Juden deutlich. „Als Polen 1939 von den Deutschen und Russen besetzt wurde, lebten meine Eltern auf der russischen Seite der Trennlinie. Im Februar 1940 wurden sie nach Sibirien abtransportiert." 1942 wurde Alicja in einem Dorf im Ural geboren. Hätten die Eltern nur wenige Kilometer weiter westlich in Polen gelebt, wären sie von den Deutschen vermutlich in einem Konzentrationslager ermordet worden.

Nach dem Krieg kam die Familie in jene Gebieten östlich von Oder und Neiße, aus denen die deutsche Bevölkerung vertrieben worden war. Alicja heiratete einen Katholiken und wechselte ihren Glauben. „In meinem Inneren habe ich die jüdischen Empfindungen aber immer bewahrt", sagt sie.

„In Polen leben heute etwa vier- bis fünftausend Menschen jüdischen Glaubens", berichtet Andrzej Kirmiel. In Großstädten wie Warschau, Breslau oder Stettin gibt es wieder funktionierende Gemeinden. Für die Wojewodschaft Lebuser Land gründete der Lehrer 2006 mit Gleichge-
sinnten die Stiftung „Lubuska Fundacja Judaica". Sie will jüdische Spuren sichtbar machen. Doch damit nicht genug. Am 2. März soll in Zielona
Góra die erste Sabbat-Feier seit 75 Jahren stattfinden, als die Vertreibung der Grünberger Juden begann. Bart Schumann, ein Rabbiner aus Kalifornien, wird dabei aus der Thora lesen.


Was ist Heimat?

Spurensuche in der deutsch-polnischen Grenzregion – alte, neue, fremde Heimat
18./19. November 2006, Frankfurt (Oder) / Słubice (Collegium Polonicum)

Programm

Samstag, 18. November

Deutsche und Polen 17 Jahre nach der Wende: Beschleunigung im Rückwärtsgang

10.30 Uhr Eröffnung und Begrüßung
Almuth Berger , Ausländerbeauftragte (em.), „Zivile Brücken – Mosty społeczne“

11.00 Uhr Zur Geschichtspolitik der „vierten“ Republik Polen.
Sieg des Vaterlandes über die Heimat?
Anna Wolff-Powęska , langjährige Direktorin (em.) des West-Instituts in Posen

11.45 Uhr Dietrich Schröder (MOZ, Frankfurt/O.), Jacek Lepiarz (PAP, Berlin) und Christian Semler
(taz, Berlin) diskutieren mit Anna Wolff-Powęska über ihre Thesen und den Einfluss der Medien auf die Entwicklung der deutsch-polnischen Beziehungen.
Moderation: Bożena Chołuj , Collegium Polonicum

13.00 Uhr Mittagessen

Was ist Heimat? Betrachtungen aus unterschiedlichen Blickwinkeln.

Moderation: Ewa Czerwiakowska / Ruth Henning.

So sehr Heimat auf Orte bezogen ist, Geburts- und Kindheitsorte, Orte des Glücks, Orte, an denen man lebt, wohnt, arbeitet, Familie und Freunde hat – letztlich hat sie weder einen Ort noch ist sie einer. Heimat ist Nichtort, Heimat ist Utopie. Am intensivsten wird sie erlebt, wenn man weg ist und sie einem fehlt; das eigentliche Heimatgefühl ist Heimweh. Aber auch wenn man nicht weg ist, nährt sich das Heimatgefühl aus Fehlendem, aus dem, was nicht mehr oder auch noch nicht ist. (Bernhard Schlink, „Heimat als Utopie“)

14.00 Uhr Was ist Heimat?
Ina-Maria Greverus, Gründungsdirektorin (em.) des Instituts für Kulturanthropologie und Europäische Ethnologie der Johann Wolfgang Goethe-Universität Frankfurt am Main

14.45 Uhr Wie sagt man „Heimat“ auf polnisch?
Zum Umgang mit dem vorgefundenen Kulturerbe in den West- und Nordgebieten Polens vor und nach der Wende von 1989
Bogdan Twardochleb , Kurier Szczeciński, Stettin

15.30 Uhr Kaffeepause

16.00 Uhr „Heimat ist dort, wo ich meine Kindheit verbracht habe.“
Christa Greuling , Bundesarbeitsgemeinschaft Landsberg

16.20 Uhr „...nur wer diese verloren, weiß das Verlorene zu schätzen“ (Adam Mickiewicz) – Heimat im Plural?
Piotr Franków , heute in Gorzów Wielkopolski, früher in Lemberg zuhause

16.40 Uhr Erfahrung und Realgeschichte. Beispiele aus den Erinnerungen Vertriebener
Alexander von Plato , Fernuniversität Hagen
Institut für Geschichte und Biographie

17.30 Uhr „Fremde Heimat Eberswalde – Zuwanderungen in Vergangenheit und Gegenwart“
Spurensuche als Mittel der Integration?
Marieta Böttger , Ausländerbeauftragte im Landkreis Barnim

18.00 Uhr Allgemeine Diskussion

19.00 Uhr Abendessen, anschließend geselliger Abend

Sonntag, 19. November

Erfahrungsaustausch Netzwerk Spurensuche

Moderation: Bogdan Twardochleb

09.30 Uhr Ehemalige und heutige Stadtbewohner: Gemeinsame Zugehörigkeit zum gleichen Ort?
750 Jahre Landsberg an der Warthe – Gorzów Wielkopolski
Tadeusz Jędrzejczak , Stadtpräsident in Gorzów Wielkopolski (angefragt)

09.50 Uhr Wer und warum begibt sich auf Spurensuche?
Andrzej Kotula , Verein Erinnerung und Tradition, Nowe Warpno (Neuwarp)
Karl-Heinz Schneider , Heimatkreis Weststernberg e.V. (Bernau)

10.30 Uhr Ein Leben als Pole in der (ehemaligen) Neumark
Zbigniew Czarnuch , Witnica (Vietz)
Robert Ryss , Chojna (Königsberg)

11.15 Uhr Kaffeepause

11.30 Uhr Jüdische Spuren in der deutsch-polnischen Grenzregion. Wer sucht sie?
Leontine Meijer , Amsterdam
Andrzej Kirmiel , Skwierzyna (Schwerin a.d. Warthe)

12.10 Uhr „Allensteiner Gesellschaft Deutscher Minderheit“ und „Kulturgemeinschaft Borussia“ – zwei unterschiedliche Konzepte vom Umgang mit Heimat.
Elisabeth Ritter , Berlin

12.30 Uhr HeimatReise – Ihre persönliche Reisebegleitung, ein Projekt des Vereins Transkultura
Jacqueline Nießer / Stephan Felsberg , Frankfurt (Oder)

13.00 Uhr Allgemeine Diskussion

Fragestellungen: Haben die Aktivitäten der „Spurensucher“ die lokalen Gemeinschaften verändert oder sind diese isoliert geblieben? Mithilfe welcher Methoden kann man eine lokale Gemeinschaft mobilisieren? Wie kann man die „Enklaven des Friedens“ (Ursula Hasse-Dresing, BAG Landsberg) in der auf gegenseitigem Vertrauen basierenden deutsch-polnischen Zusammenarbeit an der gesellschaftlichen Basis gegen Nationalismus und Propagierung von Feindbildern verteidigen? Ist der Aufbau eines Netzwerks ein realistisches Ziel? Welche Formen der Kommunikation untereinander sind erwünscht, machbar und funktional?

14.00 Uhr Mittagessen

15.00 Uhr Ende der Konferenz


Czym jest mała ojczyzna?

Po śladach na polsko-niemieckim pograniczu – stara, nowa, obca mała ojczyzna
18/19 listopada 2006, Frankfurt n. Odrą / Słubice (Collegium Polonicum)

Program

sobota, 18 listopada

Polacy i Niemcy 17 lat po przełomie – przyspieszenie na wstecznym biegu

10.30 Otwarcie i powitanie
Almuth Berger , była pełnomocnik ds. cudzoziemców, „Zivile Brücken – Mosty społeczne“

11.00 O polityce historycznej „czwartej” Rzeczypospolitej
Zwycięstwo dużej ojczyzny nad małą ojczyzną?
Anna Wolff-Powęska , była wieloletnia dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu
Dietrich Schröder ( MOZ, Frankfurt/O .), Jacek Lepiarz (PAP, Berlin) Christian Semler (taz, Berlin) dyskutują o tezach Anny Wolff-Powęskiej oraz wpływie mediów na rozwój stosunków polsko-niemieckich. Prowadzenie: Bożena Chołuj (Collegium Polonicum, Słubice)

13.00 Obiad

Czym jest mała ojczyzna? Spojrzenie z różnych perspektyw.

Prowadzenie: Ewa Czerwiakowska / Ruth Henning

„Mała ojczyzna, która tak bardzo wiąże się z miejscem – miejscem urodzenia, dzieciństwa, miejscem, w którym było się szczęśliwym, w którym pracuje się, mieszka, żyje, ma się rodzinę i przyjaciół – tak naprawdę ta mała ojczyzna nie ma swego miejsca, ani też nim nie jest. Mała ojczyzna to nie-miejsce, to utopia. Najbardziej intensywnie przeżywa się ją wówczas, gdy jej zabraknie; jedyne prawdziwe uczucie z nią związane to tęsknota. Ale nawet wówczas, gdy nie jest się od niej z dala, jej poczucie opiera się na jakimś braku, jakiejś tęsknocie do czegoś, czego już – albo jeszcze – nie ma”. Bernhard Schlink

14.00 Czym jest mała ojczyzna?
Ina-Maria Greverus, była dyrektor Instytutu Antropologii Kulturowej i Europejskiej Etnologii przy Uniwersytecie im. J.W. Goethego we Frankfurcie nad Menem

14.45 Co znaczy heimat po polsku?
Stosunek do zastanego dziedzictwa kulturowego na polskich ziemiach zachodnich i północnych przed przełomem i po 1989 roku.
Bogdan Twardochleb , Kurier Szczeciński, Szczecin
Przerwa na kawę

16.00 Mała ojczyzna – kraj lat dziecinnych
Christa Greuling , Federalna Grupa Robocza Landsberg

16.20 „... ile cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto cię stracił”.
Czy mała ojczyzna ma liczbę mnogą?
Piotr Franków , Gorzów, dawniej Lwów

16.40 Doświadczenie i historia realna. Przykłady wspomnień wypędzonych.
Alexander von Plato , Fernuniversität Hagen
Instytut Historii i Biografii

17.30 Obca mała ojczyzna w Eberswalde – migracje w przeszłości i dzisiaj.
Poszukiwanie śladów jako sposób na integrację?
Marieta Böttger , pełnomocnik ds. cudzoziemców powiatu Barnim

18.00 Dyskusja ogólna

19.00 Kolacja, wspólny wieczór

niedziela, 19 listopada

Wymiana doświadczeń – sieć inicjatyw„Po śladach“.
Prowadzenie: Bogdan Twardochleb

09.30 Dawni i dzisiejsi mieszkańcy – poczucie przynależności do tego samego miejsca?
750-lecie Gorzowa Wielkopolskiego – Landsberg an der Warthe
Tadeusz Jędrzejczak , prezydent Gorzowa Wielkopolskiego

09.50 Kto i dlaczego udaje się na poszukiwanie śladów?
Andrzej Kotula , Stowarzyszenie Pamięć i Tradycja, Nowe Warpno (Neuwarp)
Karl-Heinz Schneider , Heimatkreis Weststernberg e.V. (Bernau)

10.30 Jak żyje się Polakowi w dawnej Nowej Marchii?
Zbigniew Czarnuch, Witnica (Vietz)
Robert Ryss, Chojna (Königsberg Nm)

11.15 przerwa na kawę

11.40 Żydowskie ślady na polsko-niemieckim pograniczu
Leontine Meijer, Amsterdam
Andrzej Kirmiel, Skwierzyna (Schwerin a.d. Warthe)

12.10 „Olsztyńskie Stowarzyszenie Mniejszości Niemieckiej“ i „Wspólnota Kulturowa Borussia“ – dwie odmienne koncepcje małej ojczyzny.
Elisabeth Ritter , Berlin

12.30 HeimatReise – indywidualny towarzysz podróży w strony ojczyste – projekt Stowarzyszenia Transkultura
Jacqueline Nießer / Stephan Felsberg , Frankfurt n. Odrą

13.00 Dyskusja ogólna

Pytania problemowe: Czy działalność regionalnych inicjatorów poszukiwania śladów zmieniła lokalne społeczności czy też pozostają oni w izolacji? Jakimi metodami można zaktywizować lokalną społeczność? Jak w ramach opartej na wzajemnym zaufaniu współpracy polsko-niemieckiej można bronić „enklaw pokoju” (Ursula Hasse-Dresing, BAG Landsberg) przed nacjonalizmem i propagowaniem obrazu wroga? Czy stworzenie sieci inicjatyw to cel realistyczny? Jakie funkcjonalne formy komunikacji można i należy rozwijać?

14.00 Obiad

15.00 Zakończenie konferencji


Ruth Henning: Spurensuche – Po śladach ­– in der deutsch-polnischen Grenzregion oder: Alte, neue, fremde Heimat im Oderraum?

Vortrag auf der Konferenz Oder-Odra an der Europauniversität Viadrina vom 27.-30.4.2006

Vorbemerkung

Die kontroverse, aggressiv geführte Debatte über das vom Bund der Vertriebenen in Berlin geplante Zentrum gegen Vertreibungen hat gezeigt, dass dieses Thema auch nach sechzig Jahren Gräben aufreißt. In der Grenzregion ist es allgegenwärtig, auf beiden Seiten der Oder leben Menschen, die ihre Heimat verlassen und ein neues Leben in der Fremde beginnen mussten. In der DDR und in Polen war Flucht und Vertreibung nach 1945 ein Tabuthema. Das wurde auf deutscher Seite besonders deutlich, als es Mitte der 90er Jahre in den neuen Bundes­ländern die Möglichkeit gab, als „Ausgleich“ für den verlorenen Besitz eine einmalige Summe von 4.000,- DM zu beantragen (von manchen Betroffenen wurde das damals auch als „Schweigegeld“ bezeichnet). Es stellte sich heraus, dass ein erheblicher Teil der in der Grenzregion lebenden deutschen Bevölkerung (in vielen grenznahen Orten bis zu 30%) aus Familien stammt, die aus den Gebieten jenseits der Oder geflohen oder von dort vertrieben worden waren. Auf der polnischen Seite hatten sich Menschen aus Zentralpolen, demobilisierte Soldaten und sog. Repatriierte von jenseits des Bug angesiedelt bzw. waren dort angesiedelt worden. Eine Region also, in der die Bevölkerung ausgetauscht worden war. Eine untypische Grenzregion: ohne Sprachgemisch, ohne Anflüge doppelter oder wechselnder Loyalität, ohne einen Hauch multikulturellen Lebens, eine Gegend, in der jeder Schritt über den Fluss ein Schritt in die Fremde war (ist?).

Bei deutsch-polnischen Veranstaltungen zum Thema, z.B. in Guben/Gubin im Dezember 1994, zeigte sich, dass es möglich ist, über schwierige, den Einzelnen schmerzhaft berührende Themen gemeinsam zu sprechen. Allerdings unter der Voraussetzung, dass das Schicksal, auch das Leid des jeweils Anderen anerkannt und die historische Abfolge (Krieg, Terror und Vernichtung, Flucht und Vertreibung) beachtet wird. Es zeigte sich aber auch, dass die gegenseitige Unkenntnis grenzenlos, dagegen die Fähigkeit sich zu verstehen (auch wörtlich gemeint) begrenzt ist. Denn hier leben nicht gerade die von Stefan Chwin beschriebenen Grenzgänger mit einer „durchaus unscharfen, passunähnlichen Identität“, die sich auch in der jeweiligen Nachbarsprache zuhause fühlen.

Heimatorte – Erinnern und Vergessen

Inzwischen sind Besuche in den Heimatorten zu einer allgemeinen Erscheinung geworden. Gerade an diesen Orten des Geschehens und der Erinnerung kreuzen sich die Lebenswege der ehemaligen und heutigen Bewohner. Hier besteht die Möglichkeit, das eigene Schicksal zu überdenken und die Schicksale der Anderen kennenzulernen. Das geschieht bereits in vielen ehemals deutschen, heute polnischen Orten in der (ehemaligen) Neumark, in Pommern oder Schlesien. Gemeinsame Ausstellungen, Schülerprojekte, ökumenische Gottesdienste und Heimatmuseen sind keine Seltenheit. In der Öffentlichkeit sind diese Initiativen wenig bekannt, dabei können gerade sie Nationalismus und Hysterie erfolgreich entgegenwirken, wenn man sich gegenseitig zuhört, die individuellen Schicksale ernst nimmt und die jeweils Einzelnen nicht umstandslos durch die Brille ihrer nationalen Zugehörigkeit definiert.

Auch die Einwohner der polnischen Westgebiete haben damit begonnen in die alte Heimat im ehemaligen polnischen Osten zu fahren, z.B. aus Chojna, aus Czaplinek, aus Pyrzany. Über den Besuch der Polen aus Pyrzany in Kozaki berichtet ein polnischer Dokumentarfilm mit dem Titel „Alle von dort“ (Same stamtąd). In Pyrzany hat sich nach 1945 ein ganzes Dorf aus dem ehemaligen polnischen Osten (heute Ukraine) mit seinem Pfarrer neu angesiedelt. Der Gemeindevorsteher ließ an seiner Hauswand ein großes Gemälde anbringen, das eben den verlorenen Heimatort zeigt. Nach dem Besuch in Kozaki wurde das Bild an der Hauswand neu gemalt. Bei der Reise ging es um Erinnerungen, die alles andere als angenehm sind. Trotzdem wurde es ein freundschaftlicher Besuch. Und nachdem es die ganze Zeit um Erinnerungen ging, endet der Film mit der überraschenden, versöhnlichen Bemerkung einer älteren polnischen Dorfbewohnerin: „Ja, es war schrecklich. Aber man muß auch irgendwann mal vergessen können.“

60-Jahrfeiern in Westpolen 2005

Ich teile die These vieler meiner Kolleginnen und Kollegen nicht, in der Grenzregion sei alles ruhig und im Prinzip in Ordnung, während die Hauptstadtpolitiker und -journalisten der Hysterie verfallen. Meiner Meinung nach kommt darin ein Mangel an Phantasie zum Ausdruck. Den „Kampf zweier Linien“, wenn ich das einmal so nennen darf, gibt es regional und überregional, in Deutschland und in Polen. Noch heute sprechen einige polnische Bürgermeister von den „wiedergewonnenen Gebieten“, während sich andere mit den vorgefundenen kulturellen Hinterlassenschaften beschäftigen und Gedenktafeln oder Lapidaria an den Plätzen ehemals beseitigter Friedhöfe errichten. Beides findet man auch im gleichen Ort nebeneinander. Das vorgefundene Fremde hat für manche die Bedrohlichkeit verloren (in dem masurischen Ort Nakomiady wurde sogar ein Bismarckdenkmal wieder aufgestellt), für andere nicht.

Speziell während der 60-Jahr-Feiern polnischer Orte im Jahr 2005 gehörte es nicht gerade zur Selbstverständlichkeit, die Geschichte der Orte vor 1945 in die Festlichkeiten einzubeziehen. Hier ging es vor allem um die erfolgreiche (Re)Polonisierung der nichtpolnischen Stadt. Und es zeigte sich, dass die alte Losung „Wir waren da, wir sind da, wir werden da sein“ noch nicht überall vergessen oder verschwunden ist („Jesteśmy, byliśmy, będziemy“, zu besichtigen z.B. als Inschrift eines Denkmals auf dem ehemaligen Crossener Marktplatz oder in Łobez / Labes). Eine Losung, die vielleicht am klarsten das Bündnis zwischen dem realsozialistischen Regime und der polnischen nationalen Rechten/„Patrioten“ nach 1945 (Verband zum Schutz der Westgebiete / Związek Ochrony Kresów Zachodnich, Polnischer Westbund / Polski Związek Zachodni) zum Ausdruck bringt.

Im Stadtmuseum in Stargard Szczeciński, das eine deutsch-polnische Gruppe während einer Studienreise im Jahre 2005 besuchte, gab es eine (die erste) und ausgesprochen interessante Ausstellung über die polnische Besiedlung der Stadt nach 1945. Die heutigen Bewohner der Stadt hatten zahlreiche private Erinnerungsstücke zur Verfügung gestellt. Am interessantesten für uns war jedoch eine polnische Eisenbahnnetzkarte (bis 1947), auf der die polnische Westgrenze bei Eberswalde eingezeichnet war und alle westlich der Oder gelegenen Orte bereits polnische Ortsnamen trugen. Deutsche Spuren sah man nur in denjenigen polnischen Dokumenten, die aus Papiermangel auf der unbedruckten Rückseite deutscher Dokumente ausgestellt worden waren. Es wurde gefragt, warum es denn keinerlei Exponate aus der deutschen Vergangenheit der Stadt gebe. Ob vielleicht noch keine Kontakte zu den alten Stargardern geknüpft worden seien? Oder ob die neuen Bewohner sich geweigert hätten, solche Dinge, die sie ja sicher auf dem Dachboden gefunden hätten, zur Verfügung zu stellen? Nein, das war nicht der Grund. Bereits früher hatte es durchaus Ausstellungen zum Thema Heimat „Gestern und Heute“ gegeben und es existieren auch Kontakte zu den ehemaligen deutschen Bewohnern. Trotzdem waren die Ausstellungsmacher (oder ihre Vorgesetzten?) zur Auffassung gekommen, dass man in einer Ausstellung über die polnische Besiedlung der Stadt lieber keine deutschen Exponate zeigen und das Thema Vertreibung nicht ansprechen wollte. Dazu sei es doch noch zu früh und die Gelegenheit unpassend. Es schien so als hätten Stargard und Stargard Szczeciński nichts miteinander zu tun. Ein Stettiner Journalist, den man getrost als überzeugten und verwurzelten polnischen Pommern bezeichnen könnte, auch wenn sein Vater aus Ostpolen stammt, fasste das Gesehene nachdenklich zusammen: Wie sicher fühlen sich die Polen denn heute in dem seit sechzig Jahren polnischen Westpommern? Verstehen sie das Spezifische dieser Region? Inwieweit identifizieren sie sich mit ihr? Allem Anschein nach fällt es doch noch immer vielen schwer, eine solche Frage zu beantworten.

Unterschiedliche Kontakte

Wie man auch an der Mediendebatte über das geplante Zentrum gegen Vertreibungen feststellen konnte, gibt es offensichtlich keinen einmal erreichten Stand des Wissens und der Information, hinter den man nicht zurückfallen könnte. Was einige Wissenschaftler längst erarbeitet haben, wird von anderen nicht geteilt und ist auch nicht identisch mit dem Bewusstsein größerer Teile der Gesellschaft. In der Grenzregion ist man zwar mit dieser Frage vertrauter als z.B. in Warschau, weil sie Bestandteil des Alltagslebens in den ehemaligen deutschen Gebieten ist und es in der Regel vielfältige Kontakte zu den ehemaligen Bewohnern gibt. Aber diese Kontakte sind sehr unterschiedlich. Sie reichen von nostalgischen Fahrten in die Heimat ohne jeden Kontakt zu den heutigen Bewohnern, über Besuche, bei denen formelle Bekenntnisse auf offiziellen Treffen ausgetauscht werden, die niemanden berühren, bis hin zu tatsächlich intensiven Treffen und Gesprächen in einem offenherzigen Klima. Letzteres entsteht nur dann, wenn es einzelne Personen oder Initiativen gibt, die – neugierig auf die Anderen – mit Verständnis und kontinuierlichem Engagement ans Werk gehen und darüber hinaus noch fähig sind, eine Vermittlerrolle, auch sprachlich, zu spielen.

In Neuwarp/Nowe Warpno z.B. besuchen die Heimatfreunde Neuwarps schon seit Jahren regelmäßig zu Pfingsten ihren Heimatort am Stettiner Haff. Sie kommen aus Altwarp mit der Fähre, gehen einmal durch den Ort, essen vielleicht noch in der Bar Argus (wo dank einer Einzelinitiative an der Wand viele Postkarten mit alten Stadtansichten hängen) und kehren mit der Fähre nach Altwarp zurück. Treffen oder Gespräche mit den heutigen Einwohnern gab es nicht – bis zum letzten Jahr. Ein zugezogener Stettiner und das Projekt Spurensuche hatten gemeinsam mit einigen weiteren polnischen Bürgern Nowe Warpnos ein Treffen in der örtlichen Kirche vorbereitet. Zwar wollten die angereisten Deutschen sich noch nicht an der Diskussion beteiligen, kamen aber zur Veranstaltung. Inzwischen hat sich in Nowe Warpno ein Verein „Erinnerung und Tradition“ gegründet, der sich auch als Partner der Heimatfreunde Neuwarps versteht. Seine Mitglieder arbeiten an einer Ausstellung mit alten Fotos aus Nowe Warpno. Nun gehen sie durch die Häuser und fordern die Bewohner auf, alte Fotos zu suchen und auszuleihen. Sie diskutieren darüber, wer und was auf dem Foto zu sehen ist, von wann es stammen könnte. Das geschieht nach sechzig Jahren. Spät? Irgendwie schon, aber wie gut, dass es eine zivilgesellschaftliche Initiative gibt, die das diesjährige gemeinsame Pfingsttreffen vorbereitet.

Prozesse

Wir nehmen teil an einem Prozess, den wir selbst mitschaffen und beeinflussen, und der keineswegs automatisch zu mehr Verständnis führt. Auch die Bewohner der Grenzregion lesen Zeitung und gucken fern, und sie sind nicht immun gegen nationalistische Propaganda. Kontakte mit den ehemaligen Bewohnern sind auch nicht immer einfach, zu oft zeigen sich Überheblichkeit und Verachtung gegenüber Polen bzw. Slawen. Das hatte schon Theodor Fontane, im Unterschied zu Gustav Freytag, kein Freund deutschen Größenwahns und kein Polenfeind, in seinem Roman „Vor dem Sturm“ thematisiert. Dort lässt Fontane offensichtlich mit großem Vergnügen und recht ironisch den preußischen Justizrat Turgany aus Frankfurt (Oder) mit dem Pastor Seidentopf aus Hohen-Vietz über die germanische oder slawische Herkunft ihrer archäologischen Funde streiten. Der preußische Justizrat polemisiert: Er [ein Bronzewagen] ist von jenseits der Oder. Wegearbeiter fanden ihn zwischen Reppen und Drossen. ... Drossen ist wendisch und heißt: Stadt am Wege. Die Oder war immer Grenzfluß. Und er belehrt Seidentopf: ... es zählt bei mir zu den Unbegreiflichkeiten, dass ein Mann von Deinem wissenschaftlichen Ernst, der sich in hundert anderen Stücken durch Vorurteilslosigkeit auszeichnet, die Kultur der slavischen Vorlande bestreiten kann. ... Von unserer alten Priegnitz an, in der wir geboren wurden, bis zu diesem Lande Lebus, in dem wir beide jetzt wohnen, tragen sowohl die Landesteile selbst, wie ihre Städte und Dörfer, zum ewigen Zeichen dessen, dass sie aus wendischen Händen hervorgingen, gut slavische Namen, in erster Reihe dieses Hohen-Vietz.

Von Fontane kann man auch lernen, dass es sich lohnt, einer Auseinandersetzung nicht aus dem Weg zu gehen. Es macht keinen Sinn um des lieben Friedens willen, die eigene Meinung und die eigenen Erfahrungen zu verschweigen. So redet man immer weiter aneinander vorbei, höflich und freundlich, kommt sich aber nicht näher, versteht sich nicht besser, lernt nichts hinzu. So hat es der Chefredakteur und Herausgeber einer Lokalzeitung in Königsberg/Chojna jahrelang erlebt. Er meint, die Kooperation mit den ehemaligen Bewohnern habe zwar viele Früchte gebracht, nach und nach werde die Marienkirche im Stadtzentrum, das es eigentlich auch nicht mehr gibt, wieder aufgebaut. Aber die jährlichen gemeinsamen Treffen mit den ehemaligen Königsbergern hätten bei den Einwohnern von Chojna nichts bewegt, weil man nicht offen miteinander sprach und umging. Von einem „polnischen Neumärker“ aus Witnica/Vietz, stammt der Rat, offen miteinander zu sprechen und bei Kontroversen ein Protokoll der Unstimmigkeiten zur weiteren Bearbeitung anzufertigen.

Offene Worte

Manchmal enden solche Versuche, die Ebene der gutgemeinten Worte zu verlassen und „sich alles zu sagen“, „die Wahrheit zu sagen“, „offene Worte zu sprechen“ aber auch erst einmal in einer kleinen Katastrophe. So eben im Fall Chojna/Königsberg. Er, der aus Lublin nach Chojna Gekommene, wollte mit einem ehemaligen Königsberger, der sich jahrelang für den Wiederaufbau der Marienkirche und die „deutsch-polnische Versöhnung“ eingesetzt hatte, endlich einmal offene Worte wechseln und bekam folgendes zu hören: Sie, Herr Ryss, wissen als gebildeter Pole, dass es keinen gleichwertigen polnischen Begriff für das deutsche Wort HEIMAT gibt. Die slawische Sprache kennt wohl nur das ‚kleine Vaterland' dafür. Deswegen sind Polen als besonders stolze Patrioten katholischen Glaubens bekannt, die zwar jahrhundertelang immer möglichst viel Land erobern und als Jäger und Sammler beherrschen wollten, nicht aber im Schweiße ihres Angesichts den kargen neumärkischen Boden fruchtbar machen wollten .

Ähnlich verlief ein Mediations­versuch Frankfurter Studenten zwischen heutigen und ehemaligen Besitzern eines Gutshofs in der Neumark/Ziemia Lubuska. Leider teilen beide Heimatvertriebene bis heute die Auffassung, es habe 1939 keinen deutschen Überfall auf Polen gegeben, sondern eine Provokation Deutschlands durch polnische Militaristen bzw. durch eine „vollendete polnisch-französisch-britisch-chauvinistische Einkreisungspolitik“ Deutschlands. Angesichts solcher auch öffentlich vorgetragener Ansichten könnte man sich fragen, ob es nicht doch besser wäre zur Tabuisierung zurückzukehren? Aber nein. Diese beiden Personen repräsentieren nicht die deutschen Heimatvertriebenen, im zweiten Fall nicht einmal die eigene Familie. Sie haben sich ihre eigenen Fakten geschaffen, sind für Argumente nicht zugänglich. Daraus kann man nur lernen, dass es Gleichgesinnte und Gegner überall gibt, im eigenen wie im Nachbarland. Es kommt darauf an, die Gleichgesinnten zu finden und mit ihnen zusammenzuarbeiten. Nationalisten und Rassisten gibt es überall (auch wenn manche Polen meinen, das sei ein ausschließlich deutsches Phänomen), mit ihnen kann man sich auseinandersetzen, eine Mediation ist da eher unangebracht. Auch ein Protokoll der Unstimmigkeiten würde hier wahrscheinlich wenig nützen.

Nachholbedarf

Hier in der Grenzregion gibt es tatsächlich noch einen großen Nachholbedarf bei der Überwindung des Schweigens der letzten Jahrzehnte. In den polnischen Westgebieten wird wie in Brandenburg, Mecklenburg Vorpommern oder Sachsen erst in den letzten Jahren darüber gesprochen, woher die Familie kommt, welche Heimat sie warum und unter welchen Bedingungen verlassen musste. In Westpolen kam nach 1945 eine neu zusammengewürfelte Bevölkerung aus den verschiedensten Gegenden Polens und mit den unterschiedlichsten Erfahrungen zusammen. Aber die Besonderheiten sollten nicht thematisiert werden, es ging um die Polonisierung der Westgebiete, da versprach eine gewaltsame Unifizierung der Bevölkerung mehr Erfolg. Besondere Symbole oder Symbole von Minderheiten, wie z.B. der in der Aktion Weichsel zwangsumgesiedelten und zerstreut und (theoretisch) mindestens 50 km von der Grenze entfernt angesiedelten Ukrainer, und erst recht der ehemaligen deutschen Bevölkerung waren unerwünscht. Zwar erzählt man sich im polnischen Westpommern untereinander, dass sich die aus Ostpolen Stammenden und die „Nationalen aus Großpolen mit ihrer historischen Polonisierungsmission“ nicht leiden konnten, aber in der Öffentlichkeit spielte das keine Rolle. Alles Nichtpolnische, alles Besondere musste verschwinden. Der schon zitierte Ex-Lubliner aus Chojna schreibt: Die Geschicke der nichtpolnischen Friedhöfe in Chojna und Umgebung berühren Tabuthemen, an denen es in unserem Land nicht fehlt, trotz Beseitigung der amtlichen Zensur. Man hat mir geraten, nach dem Schicksal des jüdischen Friedhofs lieber nicht herumzufragen, ähnlich wie auch nach der Art und Weise, auf die die Grabsteine in den umliegenden Bauernhöfen verwertet wurden. ... Ich war zuerst überzeugt, dass der Lubliner jüdische Friedhof den zweiten Weltkrieg überstanden hatte, weil er im Generalgouvernement und nicht im Reich lag. ... Ich erinnere mich an den Schock, als sich herausstellte, dass der jüdische Friedhof in Chojna in aller Ruhe den Krieg überstanden hatte und erst viel später, erst durch uns Polen zerstört und dem Erdboden gleichgemacht worden war.

Ein in der Regel eher verschwiegenes Thema ist auch das Schicksal der nach dem Krieg in Polen verbliebenen alleinstehenden deutschen Frauen, die sich später meistens mit polnischen Männern verheirateten. Jetzt gibt es darüber einen Film. Ursprünglich hatte er den Titel „Ich war eine Deutsche“, aber diejenige, die im Gespräch eben diese Bemerkung gemacht hatte, protestierte, weil sie ja schließlich immer noch Deutsche sei. In „Das Land meiner Mutter“ (diesen Titel führt der Film jetzt) eines Dokumentarfilmers deutsch-polnischer Herkunft erzählen einige dieser Frauen ihr Schicksal nach 1945. Sie waren in der Heimat geblieben, die keine Heimat mehr ist, weil sie in ihr allein zurückgeblieben sind. Jede hat sich auf ihre Weise arrangiert, mehr oder weniger glücklich.

Auf ein gleichberechtigtes, verständnis- und rücksichtsvolles, offenes Klima der Zusammenarbeit sind wir in Landsberg an der Warthe/Gorzów Wielkopolski gestoßen. Dort besprechen die Bundesarbeitsgemeinschaft Landsberg und die Stadtverwaltung Gorzów alle Schritte gemeinsam, teilen sich die Arbeit und die Finanzen, kritisieren sich auch gegenseitig, wenn sie es für nötig halten. Christa Greuling, als ehemalige Landsbergerin sehr aktiv (vielleicht kennen Sie sie aus dem Film „Erinnerungen an die Stadt L.“ dreier polnischer DokumentaristInnen), berichtete, dass am zweiten September in Gorzów eine Friedensglocke mit folgender Inschrift eingeweiht werden soll: 1257 – 2007 Landsberg an der Warthe – Gorzów Wielkopolski. Am liebsten hätte sie es gesehen, wenn bei dieser Gelegenheit auch noch der Grunwaldzkiplatz, der früher Musterplatz, dann Platz der SA hieß, einen ganz neuen Namen erhalten hätte. Verhandelt wird noch darüber, welche Flaggen gezeigt und welche Hymnen ertönen dürfen.

Zeitzeugen

Es ist die Stunde der Zeitzeugen, obwohl diejenigen, die heute berichten können, damals kleine Kinder waren und jetzt Rentner sind. Das unterstützt bei den deutschen Zeitzeugen oft die sowieso vorhandene Tendenz, die Geschichte mit der Vertreibung der Deutschen aus ihrer Heimat beginnen zu lassen. Etwas was zu Recht kein Pole verstehen oder akzeptieren kann, ebenso wenig wie die meisten Deutschen. Es gibt in der Grenzregion – und wir versuchen das zu unterstützen – einige gemeinsame Projekte zwischen Senioren, SchülerInnen und deren LehrerInnen. In Storkow und der Partnerstadt Opalenica entstand eine zweisprachige Broschüre mit 40 Zeitzeugenberichten (20 deutschen und 20 polnischen) durch die Zusammenarbeit des Storkower Seniorenbeirats und der Seniorenorganisation Opalenica mit der Europaschule Storkow, in der auch polnische Schüler lernen, und dem Lyzeum Opalenica. Polnische Schüler und Lehrer befragten Senioren in und um Opalenica und brachten 20 Geschichten zutage. Deutsche und polnische SchülerInnen der Europaschule Storkow übersetzten die Texte. Horst König, tatkräftiger Chef des Seniorenbeirats Storkow, schreibt in der Broschüre: Über lange Zeit hinweg saßen die Geschichten in den Köpfen der deutschen und polnischen Bürger und warteten ... auf diesen Abruf. Nun erfährt also auch die Generation der Enkel, wie es damals vor 60 Jahren wirklich war .

Tatsächlich zeigte es sich bei diesen Projekten, dass die Jugendlichen oft erst durch diese Arbeit herausfanden, woher ihre eigenen Eltern bzw. Großeltern kommen und was sie erlebt haben. So erging es den deutschen und polnischen Gymnasiasten einer Deutschlehrerin in Gartz, von der sie losgeschickt worden waren, ihre Eltern und Großeltern zu befragen und anschließend darüber zu schreiben. Die Form hatte sie ihnen freigestellt – Gedicht, Reportage, Essay, Tagebucheintragung. Die behandelten Geschichten erzählten vom Schicksal polnischer Zwangsarbeiter, nach Sibirien Deportierter, aus dem Osten Ausgesiedelter und vom Schicksal deutscher Flüchtlinge und Vertriebener. So erging es auch denjenigen, die in Stolzenhagen an der Oder an einer Videowerkstatt teilnahmen und mit Unterstützung von Experten kurze Dokumentarfilme drehten. Einer der Filme dokumentierte den ersten Besuch einer Uckermärkerin in ihrem Stolzenhagen gegenüber liegenden Heimatort Bielinek / Bellinchen. Im Film sieht man eine alte Postkarte, die zeigt wie Bellinchen vor dem Krieg, von der anderen Oderseite aus betrachtet, ausgesehen hatte: ein schmuckes Kleinstädtchen, direkt an der Oder. Blickt man heute von derselben Stelle auf diesen Ort, sieht man gar nichts. Es ist einer dieser Orte mit erschreckender Leere anstelle des alten Stadtzentrums. Aber das eigene Haus stand noch. Die neuen Eigentümer hatten es unlängst erworben und renoviert. Sie waren jung, gastfreundlich und aufgeschlossen. Die Renovierungsarbeiten gefielen der ehemaligen Bewohnerin sehr gut. Der gewünschte aber auch gefürchtete Besuch war gut ausgegangen. Ihre Heimat ist heute woanders. Später wurden alle beteiligten Zeitzeugen, die SchülerInnen und der örtliche Kreisverband der Vertriebenen eingeladen, um die entstandenen Filme anzusehen und zu diskutieren.

Bei Veranstaltungen mit Zeitzeugen kann es natürlich nicht darum gehen, ihnen andächtig zuzuhören und den Bericht unhinterfragt stehen zu lassen. Man erinnert sich in der Regel nur an bestimmte Dinge, verdrängt andere, oder deutet sie vielleicht auch um. Die Zeitzeugen sind sehr wichtig, man muß aber lernen, nachzufragen. Es gibt auch schlechte Routine oder Vortragende, die ihre eigenen Berichte für unhinterfragbar halten und sich für ihre Zuhörer oder Gesprächspartner eigentlich nicht interessieren. Dann ist eine gute Moderation gefragt. Natürlich kann es einfach Irrtümer geben. Ein polnischer Soziologe aus Grünberg/Zielona Góra kritisierte kürzlich das „Gerede von den ersten Pionieren in Krosno/Crossen“, die sich bereits im April 1945 in leerstehenden Häusern einquartiert hätten, und tatsächlich weder Pioniere noch Patrioten, sondern einfach Profiteure gewesen seien. Nicht wenige deutsche Zeitzeugen behalten ihre wirkliche Meinung oft für sich, weil sie glauben, sie sei den Polen nicht zumutbar. Das führt dazu, dass diese Meinungen unveränderbar sind, weil sie nur dort geäußert werden, wo Zustimmung sicher ist. Neue Erkenntnisse kann man auf diese Weise nicht gewinnen und es entsteht Misstrauen auf beiden Seiten.

Netzwerk

Initiativen und Einzelpersonen arbeiten im Projekt Spurensuche – Po śladach an der Schaffung eines regionalen Netzwerks in der Grenzregion. Es gibt, wie erwähnt, Zeitzeugengespräche, Film- und Vortragsabende, Studienreisen und einen deutsch-polnischen Onlinepressedienst „Transodra Spezial“ mit Unterstützung seitens des deutsch-polnischen Journalistenclubs „Unter Stereo-Typen“. Eine zweisprachige Ausstellung über deutsche und polnische Vertreibungsschicksale wandert durch die Region, neue Ausstellungen entstehen. Die Arbeit wird in der Zeitschrift „Transodra“ dokumentiert. Netzwerk Spurensuche und Onlinepressedienst sind Bestandteil des mit EU-Mitteln geförderten Projektes „Zivile Brücken – Mosty społeczne“ der Ausländerbeauftragten des Landes Brandenburg. Die Kommunikation untereinander ist hilfreich und nützlich, sie erweitert das Verständnis der Grenzregion. Das angestrebte Netzwerk verstehen wir als Gegenpol eines eventuellen Zentrums in Berlin (das ja vielleicht gar nicht entsteht), als eine Vernetzung von Initiativen und Personen an der gesellschaftlichen Basis. Ob dieses Netzwerk auch eine feste Organisationsform erhält, wird die Zukunft zeigen. Work in progress, wie man so sagt. Versprechen können wir nichts.

Nachwort

Nach Fertigstellung dieses Textes bekam ich die letzten beiden Ausgaben der Gazeta Chojeńska zugeschickt, meine liebste polnische Lokalzeitung. In der vorletzten Ausgabe finde ich einen Leserbrief von W. Wojciechowicz aus Banie/Bahn an die Redaktion. Wojciechowicz fragt nach der Schlacht bei Cedynia/Zehden im Jahre 972, die in seinem Heimatort im Zusammenhang mit dem Gedenktag „61 Jahre Polen in Banie“ wieder aufgetaucht sei. Er fragt, wem gehörte eigentlich 972 das Gebiet? Wer lebte dort? Was heißt in diesem Zusammenhang Rückkehr ins Mutterland ?

Der hier bereits erwähnte Robert Ryss, Herausgeber und Chefredakteur erläutert in seiner Antwort die Geschichte dieser Gegend etwa vom 4. Jahrhundert bis heute (übrigens nicht das erste Mal) und beendet den Artikel so: Auf Halbwahrheiten und Fälschungen kann man nichts Wertvolles aufbauen. ... Heute sind diese Gebiete polnisch. Um das zu beweisen ist es nicht nötig die Geschichte zu manipulieren. Zeigen wir unseren Patriotismus, indem wir unsere Städte, Dörfer, Straßen und Siedlungen verschönern, bereichern, sie kulturell und zivilisatorisch weiter entwickeln. Heutzutage gibt es nichts, an dem man unsere Liebe zum Vaterland besser messen könnte.

(Gazeta Chojeńska 14 (613), 4.-10.4.2006)


Po śladach – Spurensuche – na polsko-niemieckim pograniczu lub Stara, nowa, obca mała ojczyzna w regionie Nadodrza?

Zamiast wstępu

Kontrowersyjna debata wokół planowanego przez Związek Wypędzonych „Centrum przeciw Wypędzeniom” uwidoczniła, że temat ten również po 60 latach wywoływać może głębokie podziały. Szczególnie wyraźnie obecny jest on na pograniczu, gdzie tak po polskiej, jak i po niemieckiej stronie żyją ludzie, którzy musieli opuścić swe rodzinne strony i rozpoczynać nowe życie na obcej ziemi.

Zarówno w NRD, jak i w Polsce ucieczki i wypędzenia były po 1945 roku tematem tabu. W Niemczech stało się to szczególnie wyraźne, kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych w nowych landach można było starać się o „wyrównanie” w wysokości 4.000 marek tytułem utraconego majątku (niektórzy z poszkodowanych nazywali je „okupem za milczenie”). Okazało się wówczas, że spora część niemieckiej ludności pogranicza (w wielu przygranicznych miejscowościach do 30%) wywodzi się z rodzin, które bądź uciekły, bądź zostały wypędzone. Po polskiej stronie dobrowolnymi lub przymusowymi osadnikami byli ludzie z Polski centralnej, zwolnieni do cywila żołnierze i tak zwani repatrianci z kresów. Jest to więc region, w którym nastąpiła wymiana ludności, nietypowe pogranicze – bez mieszanki języków, bez przejawów podwójnej lub zmieniającej się lojalności, bez śladów wielokulturowości, ziemia, na której każde przejście przez rzekę było (jest?) przejściem na obczyznę.

Polsko-niemieckie imprezy obracające się wokół tego tematu, jak choćby w 1994 roku w Gubinie/Guben, udowodniły, że o sprawach bolesnych można prowadzić wspólną rozmowę. Warunkiem jest tu jednak respektowanie losów, a także i krzywd drugiej strony oraz pamiętanie o historycznym następstwie wydarzeń (wojna, terror i zagłada, ucieczki i wypędzenia). Ale okazało się również, że bezgraniczne są obszary niewiedzy po obu stronach, natomiast ograniczone pozostają możliwości porozumienia (również dosłownie rzecz biorąc). Tutejsi mieszkańcy dalecy są bowiem od opisanych przez Stefana Chwina ludzi żyjących ponad granicami i odrzucających „twardą autoidentyfikacją paszportową”, którzy również na obszarze języka sąsiada czuliby się jak u siebie w domu.

Miejsca ojczyste – pamięć i zapomnienie

Odwiedziny w miejscach ojczystych są dzisiaj zjawiskiem powszechnym. Właśnie w tych miejscach wydarzeń i pamięci krzyżują się koleje życia dawnych i dzisiejszych mieszkańców. Miejsca te stwarzają możliwość refleksji nad losem własnym, a także okazję poznania losów cudzych. W wielu niegdyś niemieckich, a dzisiaj polskich miejscowościach dawnej Nowej Marchii, Pomorza czy Śląska coś takiego już się dzieje. Wspólne wystawy, ekumeniczne nabożeństwa, izby muzealne ziemi ojczystej nie należą tu do rzadkości. Jednakże inicjatywy te są mało znane opinii publicznej, chociaż to właśnie one mogłyby skutecznie przeciwstawić się nacjonalizmowi i histerycznym reakcjom – kiedy z uwagą słucha się drugiej strony, poważnie traktuje indywidualne losy, nie postrzegając jednostek wyłącznie w perspektywie przynależności narodowej.

Również mieszkańcy polskich ziem zachodnich, jak choćby z Chojny, Czaplinka czy Pyrzan, zaczęli odwiedzać swe strony ojczyste na dawnych polskich kresach. O wycieczce Polaków z Pyrzan do wsi Kozaki opowiada polski film dokumentalny „Same stamtąd”. Po 1945 roku w Pyrzanach osiedliła się cała kresowa wioska wraz z proboszczem. Sołtys zlecił namalowanie panoramy tych okolic na jednej ze ścian swego domu. Wspomnienia towarzyszące podróży nie zawsze były miłe. A jednak wizyta przebiegła w przyjaznej atmosferze. I chociaż cały film obraca się wokół pamięci, kończy się on niespodzianą, pojednawczą uwagą starszej kobiety z Polski: „To wszystko było straszne. Ale kiedyś trzeba też zapomnieć”.

Obchody 60-lecia w zachodniej Polsce 2005

Nie podpisuję się pod tezą głoszoną przez wiele koleżanek i kolegów, jakoby na pograniczu było spokojnie i w zasadzie wszystko w porządku, a tylko stołeczni politycy i dziennikarze mieliby wpadać w histerię. Uważam to za wyraz braku wyobraźni. „Walka dwóch linii”, by tak rzec, ma charakter regionalny i ponadregionalny, toczy się i w Niemczech, i w Polsce. Niektórzy polscy urzędnicy do dzisiaj mówią o „ziemiach odzyskanych”, gdy tymczasem inni zajmują się odkrywaniem zastanego dziedzictwa kulturowego, a na miejscu dawnych, poniszczonych cmentarzy umieszczają tablice pamiątkowe lub stawiają lapidaria. Oba zjawiska można zresztą napotkać w jednej i tej samej miejscowości. Dla niektórych ludzi elementy obcości nie są już zagrożeniem (w mazurskiej miejscowości Nakomiady odnowiono nawet pomnik Bismarcka), dla innych pozostały nim do dzisiaj.

Zwłaszcza podczas obchodów 60-lecia polskich miejscowości w 2005 roku ich historia sprzed roku 1945 była z reguły nie na miejscu. Chodziło bowiem przede wszystkim o skuteczną re(polonizację) niepolskich miejscowości. I okazało się, że dawne hasło „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” wcale nie wszędzie zostało zapomniane lub znikło; można je podziwiać na pomniku stojącym na dawnym rynku w Krośnie Odrzańskim albo w Łobzie. A jest to hasło, w którym bodaj najwyraźniej widać przymierze reżymu realnego socjalizmu z polskimi „patriotami” (Związek Ochrony Kresów Zachodnich, Polski Związek Zachodni) po 1945 roku.

W czasie wycieczki studyjnej w 2005 roku polsko-niemiecka grupa odwiedziła muzeum w Stargardzie Szczecińskim, gdzie prezentowana była (pierwsza) naprawdę interesująca wystawa o polskich osadnikach w mieście po 1945 roku. Mieszkańcy miasta udostępnili wiele prywatnych pamiątek. Nas najbardziej zainteresowała jednak mapa z polską siecią kolejową (do 1947 roku), na której polska granica przebiega w okolicach Eberswalde, a wszystkie miejscowości na zachód od Odry opatrzone są już polskimi nazwami. Niemieckie ślady widoczne były jedynie na polskich dokumentach, które – z braku papieru – wystawione zostały na odwrocie dokumentów niemieckich. Padło nawet pytanie, dlaczego nie pojawiły się żadne eksponaty dotyczące niemieckiej przeszłości miasta. Czy może nie nawiązano jeszcze kontaktów dawnych stargardzian? Czy też nowi mieszkańcy nie chcieli udostępnić znalezionych – zapewne na strychach – przedmiotów? Nie, powód był inny. Wystawy na temat ziemi ojczystej „wczoraj i dzisiaj” organizowano już wcześniej, a kontakty z dawnymi niemieckimi mieszkańcami istnieją. Jednakże organizatorzy wystawy (czy też ich przełożeni?) doszli do przekonania, że na wystawie o polskich osadnikach lepiej nie pokazywać niemieckich eksponatów ani też nie poruszać tematu wypędzeń. Na to jeszcze za wcześnie, a i okazja nie ta. Można więc było odnieść wrażenie, że niemiecki Stargard i polski Stargard Szczeciński nie mają z sobą nic wspólnego. Pewien dziennikarz ze Szczecina, którego bez wątpienia określić można jako przekonanego i zakorzenionego polskiego Pomorzanina, aczkolwiek jego ojciec pochodzi ze wschodu, podsumował wystawę taką oto refleksją: Na ile pewnie czują się Polacy na polskim od 60 lat Pomorzu Zachodnim, na ile rozumieją specyfikę regionu i są z nim utożsamieni? Wydaje się, że na tak postawione pytanie wciąż trudno odpowiedzieć.

Rozmaitość kontaktów

Jak pokazała debata w mediach na temat projektowanego Centrum przeciw Wypędzeniom, najwidoczniej nie istnieje taki stan osiągniętej wiedzy, który chroniłby przed nawrotem dawnych sposobów myślenia. Dawno opracowane wyniki badań jednych naukowców nie znajdują uznania u innych, a także nie odpowiadają stanowi świadomości dużej części społeczeństwa. Na pograniczu problemy te są wprawdzie bardziej znane niż np. w Warszawie, ponieważ stanowią element codzienności na poniemieckich ziemiach i z reguły funkcjonują tutaj rozmaite kontakty z dawnymi niemieckimi mieszkańcami. Jednakże kontakty te są bardzo różne. Obejmują one zarówno nostalgiczne podróże w strony ojczyste bez jakichkolwiek spotkań z dzisiejszymi ich mieszkańcami lub oficjalne wizyty kończące się formalnymi deklaracjami, ale również naprawdę intensywne spotkania i rozmowy w otwartej atmosferze. Te ostatnie mogą zaistnieć tylko wtedy, gdy pojedynczy ludzie bądź inicjatywy przystępują do dzieła ze zrozumieniem i długofalowym zaangażowaniem, a także z gotowością pełnienia roli negocjatora, również na płaszczyźnie językowej.

Koło Przyjaciół Neuwarp na przykład już od lat w Zielone Świątki odwiedza swe rodzime miasto Nowe Warpno nad Zalewem Szczecińskim. Przybywają promem z Altwarp, robią spacer po mieście, zachodzą być może na obiad do baru Argus (w którym – dzięki inicjatywie jednego człowieka – na ścianach podziwiać można wiele starych pocztówek z dawnymi widokami miasta), a potem wracają promem do Altwarp. Do ubiegłego roku nie było spotkań ani rozmów z dzisiejszymi mieszkańcami. W ramach projektu „Po śladach”, wspólnie z człowiekiem, który sprowadził się tu ze Szczecina, i kilkoma innymi polskimi mieszkańcami Nowego Warpna zorganizowane zostało spotkanie w miejscowym kościele. Goście z Niemiec nie chcieli wprawdzie wziąć udziału w dyskusji, jednak w kościele się pojawili. Tymczasem w Nowym Warpnie ukonstytuowało się Stowarzyszenie „Pamięć i Tradycja”, które pragnie być partnerem Koła Przyjaciół Neuwarp. Członkowie stowarzyszenia przygotowują wystawę starych fotografii miasta. Chodzą więc po domach namawiając mieszkańców do odszukania i wypożyczenia starych zdjęć. Wspólnie ustalają, kogo i co pokazują fotografie, kiedy mogły zostać zrobione. Dzieje się to po sześćdziesięciu latach. Późno? W pewnym sensie tak, ale jak to dobrze, że istnieje oddolna inicjatywa, która przygotowuje tegoroczne spotkanie zielonoświątkowe.

Procesy

Bierzemy udział w pewnym procesie, współtworzymy go i kształtujemy, chociaż nie gwarantuje on w żadnym razie większego zrozumienia. Bo mieszkańcy pogranicza też czytają gazety i oglądają telewizję i nie są uodpornieni na nacjonalistyczną propagandę. Kontakty z dawnymi mieszkańcami nie zawsze są też łatwe, zbyt często dochodzi tu do głosu poczucie wyższości i pogarda wobec Polaków czy też Słowian. Temat ten podjął już w swej powieści „Przed burzą“ Theodor Fontane, który w odróżnieniu od Gustava Freitaga nie był ani zwolennikiem niemieckiej manii wielkości, ani polakożercą, ani też antysemitą. Fontane konstruuje tu – nie bez widocznej przyjemności – spór między radcą sądowym Turganym z Frankfurtu nad Odrą a pastorem Seidentopfem z Hohen-Vietz, dotyczący germańskiego bądź słowiańskiego pochodzenia znalezisk archeologicznych. Pruski radca polemizuje: Pochodzi on [wózek z brązu] z drugiej strony Odry. Robotnicy znaleźli go podczas robót drogowych między Reppen/Rzepinem a Drossen/Ośnem. (...) Drossen jest pochodzenia wenedyjskiego i oznacza ‘miasto przy drodze'. Odra zawsze była rzeką graniczną. A dalej poucza on Seidentopfa : ...jednego nie mogę pojąć - że ktoś z twoją powagą w sprawach nauki, kto przy setkach innych znalezisk wykazuje się taką bezstronnością, może poddawać w wątpliwość kulturę słowiańskich ziem. (...) Począwszy od naszego starego Priegnitz, gdzie się urodziliśmy, aż do tejże Ziemi Lubuskiej, na której obaj dzisiaj mieszkamy, zarówno różne obszary, jak i miasta i wioski na wieczny znak tego, że z rąk wendyjskich powstały, noszą prawdziwe słowiańskie nazwy, zwłaszcza zaś ów Hohen-Vietz.

Fontane uczy też, że warto nie uchylać się od obrachunków. Nie ma sensu przemilczać własnych zapatrywań czy doświadczeń w imię przysłowiowego świętego spokoju. Wówczas bowiem każdy uprzejmie i przyjaźnie mówi tylko dla siebie i nie ma tu miejsca na jakiekolwiek zbliżenie, lepsze zrozumienie czy nauczenie się czegokolwiek. Takie doświadczenie przez całe lata było udziałem redaktora naczelnego i wydawcy lokalnej gazety w Chojnie, dawnym Königsbergu. Uważa on, że wprawdzie współpraca z dawnymi mieszkańcami miasta przyniosła wiele owoców, bo stopniowo postępuje odbudowa kościoła mariackiego w nie istniejącym już na dobrą sprawę centrum miasta. Ale coroczne spotkania z dawnymi königsbergczykami nie przyniosły chojniakom żadnych impulsów, a to dlatego, że nie doszło do otwartych rozmów ani spotkań. Pewien „polski Nowomarchianin” z Witnicy/Vietz radzi zawsze otwarcie rozmawiać, a w razie potrzeby sporządzać protokół rozbieżności , nad którym można dalej pracować.

Mówić otwarcie

Czasami jednak próby opuszczenia płaszczyzny dobrych intencji, zmierzające do tego, by „powiedzieć sobie wszystko”, „powiedzieć prawdę” czy „mówić otwarcie”, kończą się chwilową katastrofą. Tak właśnie było w Chojnie. Ów przybyły z Lublina do Chojny redaktor miejscowej gazety pragnął „rozmawiać otwarcie” z dawnym mieszkańcem Königsbergu, który od lat jest zaangażowany w odbudowę kościoła mariackiego oraz polsko-niemieckie pojednanie. A reakcja była taka oto: Pan, Polak z wykształceniem, dobrze wie, że w języku polskim nie ma pojęcia odpowiadajcego niemieckiemu HEIMAT. W języku słowiańskim istnieje tylko pojęcie ‘małej ojczyzny'. Dlatego też Polacy znani są jako szczególnie dumni patrioci wyznania katolickiego, którzy przez całe wieki pragnęli zdobyć jak najwięcej ziemi, zajmując się łowiectwem i zbieractwem, ale nie starali się w pocie czoła uczynić tej ubogiej nowomarchijskiej ziemi ziemią żyzną.

Podobnie zakończyła się podjęta przez studentów z Frankfurtu próba mediacji między dziejszymi i niegdysiejszymi właścicielami pewnego majątku na Ziemi Lubuskiej. Niestety, obaj niemieccy wypędzeni uważają do dzisiaj, że nie można mówić o napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku, lecz o prowokacji polskich militarystów lub też wywołanej przez „dokonaną polsko-francusko-brytyjską szowinistyczną politykę okrążenia” Niemiec. W obliczu takich poglądów wygłaszanych publicznie można zadać sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby powrócić do obszarów tabu. Ale nie. Obie te osoby nie są reprezentantami niemieckich wypędzonych, a nawet własnej rodziny, jak w drugim przypadku. Na własny użytek stworzyli fakty, a argumenty do nich nie docierają. Lekcja z tego taka, że wszędzie znaleźć można i sprzymierzeńców, i przeciwników, we własnym kraju, jak i u sąsiadów. Chodzi więc o to, by szukać podobnie myślących sprzymierzeńców, z którymi można współpracować. Ludzie o nacjonalistycznych czy rasistowskich zapatrywaniach istnieją wszędzie (nawet jeśli co niektórzy Polacy uważają, że to wyłącznie niemiecka specjalność), i można się z nimi rozprawiać. Mediacja natomiast zdaje się tu mało stosowna. Nawet protokół rozbieżności niewiele by tu pomógł.

Do nadrobienia

Tu, na pograniczu pozostaje wiele do nadrobienia, jeśli chce się przezwyciężyć przemilczenia ostatnich dziesięcioleci. Na polskich ziemiach zachodnich, ale i w Brandenburgii, Meklemburgii Przedpomorzu czy Saksonii dopiero w ostatnich latach zaczyna się mówić o tym, skąd pochodzi dana rodzina, z jakich stron ojczystych przybyła i kiedy, a także w jakich warunkach musiała je opuścić. Na zachodzie Polski po 1945 roku powstało społeczeństwo złożone z przybyszy z rozmaitych okolic kraju, mających za sobą odmienne doświadczenia. Jednak nie chodziło o uwypuklanie odmienności, chodziło o polonizację ziem zachodnich, wobec tego przymusowa unifikacja społeczeństwa zdawała się być bardziej skuteczna. Zwalczano symbole, zwłaszcza symbole mniejszości narodowych, jak np. Ukraińców, przesiedlonych z użyciem przemocy w ramach akcji “Wisła”, których – przynajmniej teoretycznie – chciano osiedlić w rozproszeniu i w odległości co najmniej 50 km od granicy. Tym bardziej niestosowne były symbole niemieckości. Wprawdzie na polskim Pomorzu Zachodnim mówi się o tym, że przybysze ze Wschodu i “narodowcy z Wielkopolski z ich misją polonizacji” nie mogli na siebie patrzeć, jednak na płaszczyźnie publicznej nie miało to żadnego znaczenia. Wszystko, co niepolskie, musiało zniknąć. Cytowany już wcześnie były lublinianin z Chojny pisze: Losy niepolskich cmentarzy w Chojnie i okolicy dotykają tematów tabu, których w naszym kraju nie brakuje, mimo zlikwidowania urzędowej cenzury. Radzono mi na przykład, by o losy kirkutu lepiej za bardzo nie rozpytywać, podobnie jak i o sposób wykorzystania nagrobnych płyt w pobliskich gospodarstwach. (...) W pierwszym odruchu byłem przekonany, że w Lublinie kirkut przetrwał II wojnę dlatego, że tam była Generalna Gubernia, a nie Rzesza. (...) Pamiętam to zaskoczenie, wręcz szok, gdy okazało się, że chojeński kirkut spokojnie przetrwał wojnę i został zdewastowany, a ostatecznie zrównany z ziemią, dużo później – już przez nas, Polaków.

Do tematów przemilczanych należą również losy samotnych Niemek, które po wojnie zostały w Polsce i później najczęściej powychodziły za mąż za Polaków. Dopiero niedawno powstał film im poświęcony. Początkowo nosił on tytuł „Kiedyś byłam Niemką”. Jednak kobieta, która w rozmowie tak właśnie powiedziała, zaprotestowała, bo przecież ciągle jeszcze jest ona Niemką. W dokumentalnym filmie „Kraj mojej matki” (bo taki tytuł ma on teraz), którego twórcą jest filmowiec pochodzenia polsko-niemieckiego, kilka tych kobiet opowiada o swoim życiu po 1945 roku. Ich mała ojczyzna przestała być dla nich małą ojczyzną, ponieważ tylko one w niej pozostały. Każda z nich jednak na swój sposób, z mniejszym lub większym szczęściem, ułożyła sobie życie.

Pełna zrozumienia, partnerstwa i wyczucia atmosfera charakteryzuje współpracę, z jaką zetknęliśmy się w Gorzowie Wielkopolskim (dawniej Landsberg an der Warthe). Federalna grupa robocza landsbergczyków i urząd miasta omawiają wspólnie wiele działań, dzielą się zadaniami i wkładem finansowym, a jeśli trzeba, znajdują również słowa krytyki. Christa Greuling, która działa aktywnie jako dawna mieszkanka Landsbergu (może pamiętacie ją Państwo z dokumentalnego filmu „Wspomnienia z miasta L.”, zrealizowanego przez troje polskich filmowców), informowała nas ostatnio, że 2 września w Gorzowie odbędzie się uroczyste przekazanie „dzwonu pokoju”, na którym widnieć będzie inskrypcja: „1250-2007 Landsberg an der Warthe – Gorzów Wielkopolski”. Mówiła też, że cieszyłaby się, gdyby przy tej okazji plac, który dzisiaj nazywa się Grunwaldzki, wcześniej Musterplatz, a potem Platz der SA, otrzymał zupełnie nową nazwę. Prowadzone są jeszcze pertraktacje, jakie flagi mają zawisnąć i jaki hymn się rozlegnie.

Świadkowie historii

Nastał czas świadków historii, chociaż ludzie, którzy mogą sięgać do własnej pamięci, byli wówczas małymi dziećmi, a dzisiaj są już emerytami. Stąd wśród niemieckich świadków czasu powraca często znana skądinąd tendencja, by początek historii utożsamiać z wypędzeniem Niemców z ich małej ojczyzny. Zrozumieć ani zaakceptować takiego punktu widzenia nie mogą ani Polacy, ani też większość Niemców. Na pograniczu pojawiają się wspólne projekty seniorów, uczniów i nauczycieli, które próbujemy wspierać. Partnerskie miasta Storkow i Opalenica wydały dwujęzyczną publikację zawierającą 40 relacji świadków historii (20 niemieckich i 20 polskich); jest to owoc współpracy rady seniorów ze Storkow, stowarzyszenia seniorów z Opalenicy oraz europejskiej szkoły ze Storkow (do której uczęszczają również uczniowie z Polski), a także liceum z Opalenicy. Polscy uczniowie wraz z nauczycielami prowadzili rozmowy w Opalenicy i okolicach i przygotowali 20 wspomnień. Polscy i niemieccy uczniowie szkoły europejskiej zajęli się tłumaczeniem tekstów. Horst König, energiczny szef rady seniorów ze Storkow, pisze w broszurze: Długie lata historie te tkwiły w głowach Polaków i Niemców i czekały (...) na tę okazję. Teraz również pokolenie wnuków może dowiedzieć się, jak to naprawdę było 60 lat temu.

Przy okazji tych projektów okazało się, że młodzież często dopiero w trakcie zbierania materiałów dowiaduje się, skąd pochodzą rodzice czy dziadkowie i jakie mają za sobą przeżycia. Tak właśnie było w gimnazjum w Gartz, którego polscy i niemieccy uczniowie, zainspirowani przez nauczycielkę niemieckiego zaczęli przeprowadzać wywiady z pokoleniem rodziców i dziadków, a następnie tworzyć z tego materiału literackie teksty. Mieli zupełną swobodę w wyborze formy, mógł powstać wiersz, reportaż, esej, fragment dziennika. W opowieściach pojawiły się losy polskich robotników przymusowych, ludzi zesłanych na Syberię, wysiedlonych z kresów, a także losy niemieckich uciekinierów i wypędzonych. Podobnie przebiegały warsztaty filmowe w Stolzenhagen nad Odrą, podczas których młodzi ludzie pod okiem ekspertów kręcili na wideo filmy dokumentalne. Jeden z tych filmów opowiada o wizycie mieszkanki Stolzenhagen w jej rodzimej miejscowości Bielinek (dawniej Bellinchen), leżącej po drugiej stronie Odry. Film pokazuje starą pocztówkę z widokiem przedwojennego Bellinchen z drugiego brzegu rzeki – było to urokliwe miasteczko tuż nad Odrą. Jeśli spojrzeć dzisiaj z tego samego miejsca, nie widać właściwie nic. Jest to jedna z tych miejscowości, gdzie przeraźliwa pustka zastępuje dawne centrum miasteczka. Ale stary dom jeszcze stoi. Niedawno nabyli go i odremontowali nowi właściciele. Młodzi, gościnni, otwarci. Dawnej mieszkance spodobały się efekty remontu. Odwiedziny, których pragnęła, ale i obawiała się, przebiegły pomyślnie. Dzisiaj jej mała ojczyzna jest już gdzie indziej. Na zakończenie projektu wszyscy świadkowie historii, uczestnicy warsztatów oraz miejscowe stowarzyszenie wypędzonych zaproszeni zostali na projekcję filmów połączoną z dyskusją.

Organizując spotkania ze świadkami historii, nie można oczywiście ograniczać się do nabożnego wysłuchiwania ich opowieści bez zadawania dodatkowych pytań. Ludzie pamiętają z reguły tylko pewne rzeczy, inne wypierają albo nadają im inne znaczenie. Rola świadków epoki jest ogromnie ważne, trzeba jednak posiąść umiejętność zadawania pytań. Można mieć do czynienia z rutyną lub ludźmi, którzy nie dopuszczają pytań, ignorując słuchaczy czy rozmówców. Wtedy konieczna jest dobra moderacja. Oczywiście zdarzyć się mogą pomyłki. Pewien polski socjolog z Zielonej Góry skrytykował niedawno „gadaninę o pionierach z Krosna”, którzy już w kwietniu 1945 roku wprowadzali się do opuszczonych domów i tak naprawdę nie byli ani pionierami, ani patriotami, lecz zwyczajnymi szabrownikami. Niejeden z niemieckich świadków historii zachowuje swoje zdanie dla siebie, uważając, że nie wypada czegoś mówić Polakom. Sprawia to, że zapatrywania nie mogą się zmienić, bo wygłaszane są tylko w towarzystwie, które z pewnością przytaknie. W ten sposób nie można dowiedzieć się nic nowego, a budzi to tylko nieufność po obu stronach.

Sieć inicjatyw

W ramach projektu „Po śladach – Spurensuche“ dążymy do stworzenia regionalnej sieci inicjatyw na pograniczu. Odbywają się – jak już wspomniano – spotkania ze świadkami historii, pokazy filmowe, wykłady, wycieczki studyjne, przy wsparciu polsko-niemieckiego Klubu Dziennikarzy „Pod Streo-Typami“ działa polsko-niemiecki serwis prasowy online „Transodra Ekstra“. W regionie prezentujemy dwujęzyczną wystawę na temat wypędzeń Polaków i Niemców, powstają nowe wystawy. Działalność tę udokumentuje kolejny numer pisma „Transodra“. Projekt „Po śladach“ i serwis prasowy online są częścią większego projektu „Zivile Brücken – Mosty społeczne“, realizowanego pod egidą pełnomocnika ds. cudzoziemców landu Brandenburgia, a finansowanego ze środków unijnych. Potrzebne i przydatne są różne formy komunikacji, które przyczyniają się do większego zrozumienia regionu. Sieć inicjatyw, a więc oddolna, społeczna struktura inicjatyw i osób, jest dla nas przeciwieństwem ewentualnego Centrum przeciw Wypędzeniom (które zresztą być może wcale nie powstanie). Przyszłość pokaże, czy owa struktura rozwinie trwałe formy organizacyjne. Work in progress, rzec można. Niczego obiecywać nie możemy.

Na zakończenie

Kiedy tekst ten był już gotowy, dotarły do mnie dwa ostatnie numery “Gazety Chojeńskiej“, która jest moim ulubionym polskim tygodnikiem lokalnym. I oto w przedostatnim wydaniu znajduję list do redakcji od czytelnika, p. W. Wojciechowicza z miejscowości Banie. Zadaje on pytanie o bitwę pod Cedynią w roku 972, a także o sformułowanie 61 lat Polski w Baniach . Pyta też, czyje ziemie były tu wówczas , w 972 roku, kto je zamieszkiwał i jak w tym kontekście rozumieć trzeba powrót do macierzy .

Przywoływany już wcześnie Robert Ryss, wydawca i redaktor naczelny gazety, przedstawia w odpowiedzi zarys historii tych ziem od ok. IV wieku do dzisiaj (co czyni zresztą nie po raz pierwszy), a na zakończenie pisze: ... nic wartościowego nie da się zbudować na półprawdach lub fałszach. (...) Obecnie te ziemie są polskie i żeby to udowodnić, niepotrzebne jest manipulowanie historią. Pokażmy swój patriotyzm, czyniąc nasze miasta, wioski, ulice i osiedla piękniejszymi, bogatszymi, bardziej rozwiniętymi kulturowo i cywilizacyjnie. Dzisiaj nie ma lepszej miary miłości do Ojczyzny.

Ruth U. Henning


Robert Ryss: Jak to z bitwą pod Cedynią było

Otrzymaliśmy list od czytelnika w związku z naszymi tekstami o wykrzywianiu i naciąganiu historii poprzez obchody "wyzwolenia" czy "powrotu do macierzy" ziem Pomorza Zachodniego. Oto istotne fragmenty listu:

Nie bardzo rozumiem sformułowania, dotyczące interpretacji pojęcia: "powrót do macierzy", "wyzwolenie spod okupacji niemieckiej" i w tym kontekście stwierdzenia "61 lat Polski w Baniach". Chciałbym też pozyskać informacje, jak w tym świetle mam rozumieć bitwę pod Cedynią 972 roku? Z tego, co wpajano mi do głowy przed 1989 rokiem, zapamiętałem, że w bitwie pod Cedynią wojowie Mieszka I i Czcibora wystąpili zbrojnie przeciwko wojskom niemieckim. Ale w czyim interesie? Czy w Cedyni w tamtych czasach mieszkali wyłącznie Niemcy? Jeśli tak, to dlaczego bronił ich Mieszko przed rodakami? A po bitwie rycerze polscy wycofali się pospiesznie w głąb kraju na z góry upatrzone pozycje. Więc czyje ziemie były tu wówczas? I jak to się ma do słowa: "macierz", "Polska" i "państwowość"? Idąc dalej tym tokiem rozumowania, zastanawiam się, jak mam rozumieć moment wyzwolenia - np. Cedyni - spod okupacji niemieckiej i przejścia pod okupację Wielkiego Wschodniego Brata?

W. Wojciechowicz

Głównym punktem odniesienia dla pytań stawianych przez autora listu jest bitwa pod Cedynią. Wrosła ona niewątpliwie głęboko w polską świadomość jako oczywisty fakt historyczny. W rzeczywistości była to jednak mieszanka historii, mitologii i propagandy.
Pod koniec X wieku, a więc w czasach owej bitwy, okolice Cedyni nie stanowiły ani rdzennych ziem polskich, ani germańskich. Wcześniej, ok. IV w. n.e. w efekcie wędrówki ludów osiedlili się tu (od Wisły aż po Ren) wschodniogermańscy Burgundowie. Kto żył przed nimi? Nie wiadomo. W każdym razie teza o "prasłowiańskim Biskupinie" już dawno spoczywa między bajkami. Burgundów w V wieku zaczęli wypierać na zachód Hunowie (lud turecki z Azji Środkowej), ułatwiając ekspansję Słowian, którzy w VI-VII w. dotarli ze wschodu aż do Łaby. Kim byli ci Słowianie? Na naszych terenach to głównie Wieleci (wchodzący wraz z Obodrzycami w skład Słowian połabskich), a zwłaszcza Pomorzanie (m.in. Wolinianie, Pyrzyczanie, Słowińcy). A więc - jak widać - nie Polacy, którzy stanowią odrębną grupę wśród lechickiej grupy Słowian zachodnich. Matecznikiem Polaków była Wielkopolska, z której dokonywali łupieżczych wypraw na zachód. Po 963 r. Mieszko I podbił na ok. 40 lat nasze dzisiejsze ziemie, ale był to efekt krwawych walk nie z Niemcami, lecz ze słowiańskimi Wolinianami oraz Wieletami, którzy w tym czasie dwukrotnie pobili wojów naszego księcia. W wyniku tych porażek Mieszko szukał porozumienia z niemieckim cesarzem Ottonem I Wielkim i uznał trybutarną zależność od niego całej zachodniej części swego państwa. Po ochrzczeniu się w 966 r. nasz pierwszy historyczny władca zawarł z Ottonem sojusz. Wzmocniony tym, zajął w latach 967-72 Pomorze Zachodnie, pokonując Wolinian i Redarów (to także Słowianie).

Ekspansją Mieszka poczuli się zagrożeni margrabiowie utworzonej w 937 r. Marchii Wschodniej: Hodon i Zygfryd. Wyruszyli więc z wyprawą, zakończoną 24 czerwca 972 r. ich porażką pod Cedynią w bitwie z Mieszkiem i jego bratem Czciborem. Ale żadna ze stron nie broniła wówczas swych rdzennych ziem. Był to obszar ostrej rywalizacji - bardziej polsko-pomorskiej i niemiecko-pomorskiej niż polsko-niemieckiej. Zresztą Piastowie wkrótce w przymierzu z niemieckim cesarzem Ottonem III brali udział w wyprawach przeciw słowiańskim Wieletom. W 1005 r. sami Pomorzanie (a nie Niemcy) oderwali Pomorze Zachodnie od Polski. Ponad 100 lat później Bolesław Krzywousty ponownie krwawo podbił pomorskich braci-Słowian na ok. 70 lat, po czym przegrał rywalizację o te ziemie z Duńczykami, którzy później utracili dziejową pałeczkę na rzecz Niemców. Po 1220 r. zależność polityczna Pomorza Zachodniego od Polski uległa całkowitemu zerwaniu, a jedną z głównych przyczyn był długotrwały antagonizm polsko-pomorski. Nasze państwo przeniosło kierunek swej ekspansji na kresy wschodnie, stając się w czasach jagiellońskich jedną z europejskich potęg.

Wracamy do Pragi i Bratysławy?

Okolice Szczecina, Chojny, Cedyni za pierwszych Piastów w sumie przez ok. 100 lat (z przerwami) należały do Polski. Ale czy to wystarczy, by mówić o "prastarych ziemiach polskich"? W tamtym czasie za Chrobrego do Polski należały też Czechy, Morawy, Słowacja. Czy z tego powodu mamy te kraje też traktować jako tereny "prapolskie"? Kijów należał dłużej do Polski niż Szczecin i bardziej był z nią związany politycznie i kulturowo, nie mówiąc o Lwowie czy Wilnie. Czy dzisiaj mamy mówić Ukraińcom, że ich stolica to stare polskie miasto? Czy mamy czekać na "powrót do polskiej macierzy" Kijowa, Pragi i Bratysławy?

Głównym stereotypem historycznym, jakiemu ulegliśmy w PRL-u pod wpływem ówczesnej propagandy, jest mit o odwiecznej i nieustannej wrogości Polski i Niemiec, a bitwa pod Cedynią miała być koronnym dowodem na to. Stereotyp ten funkcjonuje do dziś. Tymczasem tak naprawdę cedyńska bitwa była wtedy bardziej wyjątkiem od reguły niż regułą. Pierwsi polscy władcy częściej i bardziej krwawo walczyli z bratnimi Słowianami (m.in. o Pomorze Zachodnie), nierzadko w przymierzu z Niemcami.

Odwieczna walka dwóch żywiołów to też mit

Nie było w średniowieczu jednolitego i stałego frontu germańskiego skierowanego przeciw Słowianom, choćby dlatego, że zarówno Niemcy, jak i Słowianie byli wewnętrznie bardzo podzieleni i zwaśnieni. Kolejni cesarze chcieli zjednoczyć pod swym berłem rozdrobnione księstwa niemieckie, ale ich władcy nie mieli ochoty poddawać się tej centralnej władzy. Jak twierdzą historycy (polscy!), margrabiowie brandenburscy i miśnieńscy nie tylko nie byli wówczas w konflikcie z Polską, ale nawet z nią współdziałali, np. poprzez paraliżowanie wrogich Polsce posunięć cesarzy. Wspólne interesy łączyły Piastów z panami saskimi, stanowiącymi trzon silnej opozycji wobec centralnej władzy cesarskiej. Sojusze te przejawiały się m.in. w polsko-niemieckich małżeństwach Piastów, np. po śmierci Dobrawy Mieszko I poślubił córkę margrabiego Dytryka - Odę, zaś Chrobry córkę margrabiego Miśni - Rygdagę, a potem Emnildę. Jego syn Mieszko II wziął za żonę Rychezę - córkę palatyna lotaryńskiego, zresztą siostrzenicę Ottona III (z tych mieszanych małżeństw rodzili się kolejni piastowscy władcy, a więc dzisiaj tzw. "prawdziwi Polacy", którzy odwołują się do "czystych rasowo" tradycji piastowskich, nie bardzo wiedzą, o czym mówią).

Był w tych działaniach i mariażach naszych pierwszych królów i książąt głęboki i mądry zamysł polityczny i strategiczny. Historyk Kazimierz Myśliński twierdzi nawet w swej książce ("Polska wobec Słowian połabskich do końca wieku XII" - Lublin 1993), że "tylko dzięki swoim związkom z margrabiami udało się książętom obronić suwerenność państwa polskiego".

Jak być patriotą?

Czy przyjęcie do wiadomości tych wszystkich informacji osłabia nasz patriotyzm i świadomość narodową, czy też wzmacnia? Według mnie oczywiście wzmacnia i czyni dojrzalszymi. Bo nic wartościowego nie da się zbudować na półprawdach lub fałszach. Pisaliśmy o tym w "Gazecie Chojeńskiej" już wielokrotnie (pierwszy raz w 1994 r.). Ale - jak widać - trzeba pisać nadal.

Obecnie te ziemie są polskie i żeby to udowodnić, niepotrzebne jest manipulowanie historią. Pokażmy swój patriotyzm, czyniąc nasze miasta, wioski, ulice i osiedla piękniejszymi, bogatszymi, bardziej rozwiniętymi kulturowo i cywilizacyjnie. Dzisiaj nie ma lepszej miary miłości do Ojczyzny.


Ankündigungen für das Projekt Spurensuche für die nächsten Monate

Im Rahmen des Projektes „Spurensuche“ planen wir für die nächsten Monate folgendes:
  1. Fortsetzung der Filmvorführungen zum Thema Spurensuche (bisher in Angermünde, Chojna, Nowe Warpno). Da die bisherigen Veranstaltungen auf ziemlich großes Interesse stießen (die Zahl der Besucher betrug von 20 bis fast 100 und nach der Filmvorführung fand meistens eine lebhafte Diskussion statt), planen wir vorerst zehn weitere: in Angermünde, Chojna, Mieszkowice, Eberswalde. Nowe Warpno (über die genaueren Termine und Filme werden wir Sie benachrichtigen). Wir laden die Filmemacher ein, übernehmen die Kosten der Technik (VHS oder DVD) und moderieren die anschließende Diskussion. Wir würden uns freuen, wenn Sie weitere Orte vorschlagen würden. Vielleicht kennen Sie weitere Filme, die bei solchen Veranstaltungen gezeigt werden könnten? Unsere aktuelle Liste der Filme fügen wir bei.
  2. Anlässlich des jährlichen Grenzfestes in Rieth – Nowe Warpno am 1. Mai wollen wir:
    •  den Film von Michael Majerski, Meiner Mutter Land präsentieren und die Besucher zur anschließenden Diskussion einladen; und
    •  eine Ausstellung von Andrzej Lazowski mit alten und neuen Stadtansichten aus dem Grenzgebiet zeigen.
  3. In diesem Jahr realisieren wir das bereits früher geplante Pfingsttreffen der damaligen und heutigen Einwohner in Neuwarp/Nowe Warpno am 4./5. Juni in Kooperation mit den „Heimatfreunden Neuwarps“ und dem neu gegründeten Verein „Tradycja i Pamiec“ [Tradition und Erinnerung] in Nowe Warpno. Nach der Vorführung des Filmes Ein Blick über den Fluss laden wir die Teilnehmer des Treffens zu einer Diskussion „Was ist Heimat? Unser Neuwarp – Nasze Nowe Warpno“ ein. Aus diesem Anlass wird in der Kirche in Nowe Warpno eine Wanderausstellung von Andrzej Lazowski mit dem Titel „Spurensuche“ (Thema ist der Umgang mit alten deutschen Friedhöfen in Westpolen) eröffnet sowie das von ihm neu herausgegebene zweisprachige Buch über Nowe Warpno/Neuwarp vorgestellt.
  4. Erste Studienreise (im Rahmen des genannten Pfingsttreffens): Interessierte JournalistInnen werden eingeladen, am Neuwarper Pfingsttreffen (4./5. Juni) teilzunehmen. Am 5. Juni morgens ist ein Ausflug nach Stettin zum dortigen ehemaligen deutschen Zentralfriedhof vorgesehen.
  5. Zweite Studienreise in die Umgebung von Chojna/Königsberg/Nm Ende September 2006. Schwerpunkt der Reise: Treffen mit heutigen und ehemaligen Einwohnern , d.h. mit dort gebliebenen Deutschen (Umgebung von Mieszkowice/Bärwalde), zurückgekehrten Deutschen und denjenigen, die zu Besuch kommen, sowie mit Polen aus dem Osten, dem Verein der Sibiriaken, Ukrainern etc. Detaillierte Reiseroute und detailliertes Programm folgen.
  6. Am 4. Juli 2006 zeigen wir die Ausstellung „Und dann mussten wir raus – I wtedy nas wywiezli“ im Rathaus Angermünde. Zu der Ausstellungseröffnung möchten wir deutsche und polnische Vertriebene einladen, um mit ihnen über die Folgen der Vertreibung zu sprechen. Die Ausstellung bleibt in Angermünde etwa einen Monat lang.
  7. Für den 18. und 19. November 2006 planen wir in Frankfurt (Oder) / Slubice (Collegium Polonicum) eine deutsch-polnische Konferenz zum Thema „Was ist Heimat?“. Zunächst soll es um die aktuellen Veränderungen in der gegenseitigen Wahrnehmung der Polen und Deutschen gehen. Es folgen Vorträge, die die Frage nach der Heimat aus unterschiedlichen Perspektiven beantworten. Abschließend gibt es einen Erfahrungsaustausch der Initiativen, die sich im Grenzgebiet selbst auf Spurensuche begeben haben.
  8. Die neue Ausgabe von TRANSODRA . Die vorläufige Arbeitsgliederung: Umgang mit Geschichte und kulturellem Erbe im Grenzgebiet; Bevölkerung diesseits und jenseits der Oder; Schüler und Zeitzeugen auf Spurensuche.
  9. Haben Sie sich schon Zeit genommen, unseren deutsch-polnischen Online­presse­dienst Transodra Spezial anzuschauen? Es lohnt sich! Sie finden diesen Pressedienst unter http://cms.dpg-brandenburg.de/pd oder suchen einfach über Google „ Transodra Spezial “. Um ihn dann lesen zu können, brauchen Sie ein Passwort, bitte melden Sie sich deswegen bei uns. Ihre Meinung zu diesem Pressedienst interessiert uns sehr. Noch mehr würden wir uns über Ihre Mitarbeit freuen. Sie könnten sporadisch oder besser regelmäßig bestimmte Zeitungen oder Zeitschriften für uns auswerten und die ausgewählten Artikel dann per Mail an unsere Redaktionsadresse transodra_spezial@dpg-brandenburg.de schicken.
  10. Wir arbeiten an der Aktualisierung unserer Homepage, auf der das Projekt Spurensuche einen eigenen Platz bekommen soll. Dort können wir in Zukunft auch gern Ihre Texte, Veranstaltungsankündigungen etc. veröffentlichen.

Bitte nehmen Sie mit uns Kontakt auf, entwickeln Sie weitere Vorschläge, Ideen oder Gedanken zu dieser Planung. Im Anhang finden Sie die aktualisierte Filmliste und einen vorläufigen Programmentwurf (mit der Vorbereitung haben wir noch nicht begonnen, die namentlich aufgeführten Personen wurden noch nicht angefragt) für die geplante Konferenz im September. Wir freuen uns über jede Anregung und jedes Kooperationsangebot.

Mit freundlichen Grüßen

Ruth Henning und Ewa Czerwiakowski


W ramach projektu „Po sladach” planujemy w najblizszych miesiacach nastepujace imprezy:

  1. Kontynuacja pokazów filmów na temat poszukiwania sladów (do tej pory w Angermünde, Chojnie i Nowym Warpnie). Dotychczas spotkania te spotykaly sie z duzym zainteresowaniem (przychodzilo na nie od 20 do prawie stu osób, a po projekcji odbywala sie ozywiona dyskusja), dlatego tez planujemy kolejne dziesiec wieczorów w Anegermünde, Chojnie, Mieszkowicach, Eberswalde i Nowym Warpnie (dokladne terminy oraz tytuly filmów podane zostana pózniej). Zapraszamy twórców filmów i przejmujemy koszty strony technicznej pokazu (VHS lub DVD), a takze prowadzimy dyskusje po filmie. Moze moglibyscie Panstwo zaproponowac inne miejscowosci? A moze znacie inne filmy, które nadawalyby sie na taki pokaz? Dolaczamy aktualna liste filmów.
  2. Z okazji corocznego festynu na granicy Rieth – Nowe Warpno 1 maja pragniemy zaprezentowac:
    •  film Michala Majerskiego Kraj mojej matki , po którym odbedzie sie wspólna rozmowa, oraz
    •  wystawe Andrzeja Lazowskiego ze starymi i nowymi widokami miast na pograniczu.
  3. W tegoroczne Zielone Swiatki, 4/5 czerwca odbedzie sie planowane wczesniej spotkanie dawnych i dzisiejszych mieszkanców Nowego Warpna – Neuwarp, zorganizowane przy wspólpracy z towarzystwem „Przyjaciól Neuwarp” oraz nowo powstalym Stowarzyszeniem „Tradycja i Pamiec” w Nowym Warpnie. Po projekcji filmu Spojrzenie przez rzeke zapraszamy uczestników spotkania do wspólnej dyskusji na temat: „Czym jest mala ojczyzna? Unser Neuwarp – Nasze Nowe Warpno”. Z tej okazji w miejscowym kosciele otwarta zostanie objazdowa wystawa Andrzeja Lazowskiego „Po sladach” (której tematem sa dawne niemieckie cmentarze na polskich ziemiach zachodnich) oraz zaprezentowana nowa dwujezyczna publikacja tegoz autora o Nowym Warpnie – Neuwarp.
  4. Pierwsza wycieczka studyjna (w ramach wspomnianego spotkania w Zielone Swiatki): zainteresowanych dziennikarzy zapraszamy do udzialu w spotkaniu w Nowym Warpnie 4/5 czerwca. Na 5 czerwca przed poludniem planujemy wycieczke do Szczecina, gdzie zwiedzac bedziemy dawny niemiecki cmentarz glówny.
  5. Druga wycieczka studyjna w okolice Chojny, dawniej Königsberg/Nm, pod koniec września.. Punktem ciezkosci beda spotkania z dzisiejszymi i dawnymi mieszkancami, tzn. Niemcami, którzy zostali na tych ziemiach, tymi, którzy powrócili lub przyjezdzaja w odwiedziny, a takze z Polakami ze Wschodu, Zwiazkiem Sybiraków, Ukraincami etc. Szczególowa trase wycieczki oraz program przeslemy pózniej.
  6. 4 lipca 2006 w ratuszu w Angermünde prezentujemy wystawe „Und dann mussten wir raus – I wtedy nas wywiezli“. Na otwarcie pragniemy zaprosic niemieckich i polskich wypedzonych, by wspólnie porozmawiac o skutkach wypedzen. W Angermünde wystawe mozna bedzie ogladac przez ok. miesiac.
  7. W dniach 18-19.11.2006 we Frankfurcie n. Odra i Slubicach (Collegium Polonicum) odbedzie sie polsko-niemiecka konferencja pod haslem „Czym jest mala ojczyzna?” Poruszony zostanie temat najnowszych zmian we wzajemnej recepcji Polaków i Niemców, nastepnie w kilku wystapieniach przedstawione zostana rozmaite aspekty pojecia „mala ojczyzna”. Na zakonczenie przedstawiciele róznych inicjatyw na pograniczu mówic beda o swoich doswiadczeniach zwiazanych z poszukiwaniem sladów przeszlosci.
  8. Nowe wydanie TRANSODRY – tymczasowy roboczy spis tresci obejmuje: Stosunek do historii i dziedzictwa kulturowego na pograniczu; ludnosc na ziemiach po obu stronach Odry; uczniowie i swiadkowie historii poszukuja sladów; inicjatywy i projekty pogranicza.
  9. Czy mieliscie Panstwo okazje zapoznac sie juz z polsko-niemieckiem serwisem prasowym TRANSODRA EKSTRA? Naprawde warto! Znajdziecie go Panstwo pod adresem : http://cms.dpg-brandenburg.de/pd lub szukajac przez Google „Transodra Spezial”. Trzeba sie do nas wrócic, zeby dostac tak zwane „Benutzernamen” i „Kennwort”. Prosimy o uwagi i spostrzezenia! Oraz serdecznie zapraszamy do wspólpracy – tzn. do okazjonalnego lub regularnego nadsylania na nasz adres mailowy ( transodra_spezial@dpg-brandenburg.de ) artykulów z prasy codziennej lub innej, które uznacie Panstwo za interesujace.
  10. Przygotowujemy aktualizacje naszej strony internetowej , na której projekt „Po sladach” bedzie zajmowal oddzielne miejsce. Tam tez zamieszczac mozemy w przyszlosci teksty nadsylane przez Panstwa, a takze informacje nt. imprez.

Prosimy o kontakt ze strony Panstwa, o propozycje, pomysly, refleksje na temat naszej dzialalnosci. W zalaczniku przesylamy liste filmów oraz roboczy plan konferencji (konkretne przygotowania nie zostaly jeszcze podjete, nie zwracalysmy sie jeszcze do wymienionych osób). Wdzieczne bedziemy za wszelkie uwagi i propozycje wspólpracy.

Serdecznie pozdrawiamy

Ruth Henning i Ewa Czerwiakowski


Spurensuche – alte, neue, fremde Heimat in der deutsch-polnischen Grenzregion.

Ein Netzwerk der Orte des Geschehens und der Erinnerung an Flucht, Zwangsmigration und Vertreibung

Die kontroverse Debatte über das Zentrum gegen Vertreibungen sowohl in Deutschland als auch in Polen hat bewiesen, dass dieses Thema immer noch tiefe Gräben aufreißt. Es ist allgegenwärtig vor allem in der deutsch-polnischen Grenzregion, wo sowohl auf deutscher als auch auf polnischer Seite Menschen leben, die ihre Heimat verlassen und ein neues Leben in der Fremde beginnen mussten.

Flucht und Vertreibung waren in der DDR und in Polen nach 1945 ein Tabuthema. Die DPG Brandenburg hat sich deshalb bereits seit 1994 mit diesen Fragen beschäftigt und Lesungen, Konferenzen, Schreibwettbewerbe und Ausstellungen veranstaltet. All diese Aktivitäten haben gezeigt, dass man über schwierige, den Einzelnen schmerzhaft berührende Themen gemeinsam sprechen kann. Wichtig ist dabei, dass das persönliche Leid der jeweils Anderen anerkannt und die historische Abfolge (Krieg, Terror und Vernichtung, Flucht und Vertreibung) beachtet wird. Wenn ein Einzelschicksal mit Lebenswegen Anderer konfrontiert wird, kann ein Forum der Verständigung entstehen. Und nur so kann der Weg in eine gemeinsame, friedliche Gegenwart und Zukunft gebahnt werden.

Sowohl auf deutscher als auch auf polnischer Seite haben wir viele Initiativen und einzelne Personen kennen gelernt, die an das Thema Flucht und Vertreibung in ähnlicher Weise herangehen wie wir. Gerade an den Orten des Geschehens und der Erinnerung an Flucht und Vertreibung kreuzen sich die Lebenswege der ehemaligen und heutigen Bewohner, gerade dort gibt es die Möglichkeit, sich des eigenen Schicksals zu erinnern und die Schicksale der Anderen kennen zu lernen und vielleicht auch zu verstehen. Das geschieht bereits. Man braucht nur Czaplinek/Tempelburg, Witnica/Vietz, Choszczno/Arnswalde, Gryfino/Greifenhagen, Chojna/Königsberg, oder Stettin/Szczecin und andere Orte zu besuchen, um festzustellen, dass es lebhafte Kontakte zwischen Pfarrern, Museumsdirektoren, Bibliotheksleitern, Lehrern, ehemaligen Schuldirektoren usw. und den Heimatkreisen der ehemaligen Bewohner gibt, aus denen verschiedenste Aktivitäten resultieren: gemeinsame Ausstellungen, Schülerprojekte, ökumenische Gottesdienste, Errichtung von Gedenksteinen, Pflege zerstörter deutscher Friedhöfe, Einrichtung von Museen oder Parkanlagen mit historischen Objekten und Denkmälern.

Angesichts der Mediendebatte über das Zentrum gegen Vertreibungen fiel auf, dass diese vielfältigen Aktivitäten und Initiativen an der Basis in der Öffentlichkeit fast gänzlich unbekannt sind. Sie wissen auch kaum voneinander. Es kommt darauf an, Hilfe zu leisten, damit sich diese zahlreichen Initiativen gegenseitig kennen lernen, sich untereinander vernetzen und damit einer breiteren Öffentlichkeit bekannt werden, als sie eine kleine isolierte Initiative je erreichen könnte. Die bereits existierende Zusammenarbeit und die praktizierte Verständigung zwischen den heutigen und ehemaligen Bewohnern können dem Nationalismus und der Hysterie in der Debatte entgegenwirken. Unser gemeinsames Ziel ist es, ein funktionierendes, regionales Netzwerk zu schaffen, das sich auf die Orte des Geschehens und des Erinnerns konzentriert. Wir stützen uns dabei auf einen Initiativkreis von Deutschen und Polen, die sich schon seit Jahren mit diesem Thema befassen. Es zeigt sich, dass diese Spurensuche den Blick auch auf die Gegenwart und Zukunft lenkt. Wie gehen Polen und Deutsche heute mit Flüchtlingen und Neuankömmlingen um, die sich in ihren Orten und Regionen ansiedeln? Auch diese Menschen möchten, dass ihr Leid anerkannt und sie selbst in der zunächst fremden Heimat akzeptiert, angenommen und geachtet werden. Ein solches authentisches Netzwerk von unten kann viel zur Überwindung von Ablehnung, Hass und Fremdenfeindlichkeit beitragen.

Im Rahmen eines umfangreicheren Projekts der Ausländerbeauftragten des Landes Brandenburg „Zivile Brücken – Mosty spoleczne“ planen wir deutsch-polnische Konferenzen, Seminare, Vorträge, Filmabende und Ausstellungen an verschiedenen Orten. Die ersten Treffen sollen vor allem dem gegenseitigen Kennenlernen und Erfahrungsaustausch dienen. Darüber hinaus sollen sie eine Gelegenheit bieten, Ideen zu entwickeln, über Probleme und Schwierigkeiten zu diskutieren, gemeinsame Projekte in die Wege zu leiten etc. Nach der ersten Recherche soll eine Mailingliste für Interessierte eingerichtet werden, die es ermöglicht, in ständigem Kontakt zu bleiben, Informationen weiter zu leiten und sich über bestimmte Themen auszutauschen. Es wird auch Studienreisen an die Erinnerungsorte (vor allem – aber nicht ausschließlich – für Journalisten) geben. Es ist vorgesehen die ganze Arbeit in zwei oder drei TRANSODRA-Ausgaben zu dokumentieren (Umgang mit dem gemeinsamen Kulturerbe; Stereotype und Vorurteile; Gedächtnis der Orte und Erinnerungen der Menschen u.a.). Zum Abschluss des Projektes planen wir eventuell ein Handbuch herauszugeben, das alle Initiativen des Netzwerks Spurensuche in der deutsch-polnischen Grenzregion vorstellt.

Der Deutsch-Polnische Journalistenclub „Unter Stereo-Typen / Pod Stereo-Typami“ wird diese Aktivitäten unterstützen und begleiten. Darüber hinaus beteiligt er sich mit einem eigenen Projekt, der Schaffung eines deutsch-polnischen Pressedienstes Online – TRANSODRA SPEZIAL am Gesamtprojekt.

DPG Brandenburg

Deutsch-Polnischer Journalistenclub „Unter Stereo-Typen“

Potsdam, 3.12.2004

ruth.henning@dpg-brandenburg.de

ewa.czerwiakowski@debitel.net


Po sladach. - Stara, nowa, obca mala ojczyzna na polsko-niemieckim pograniczu

Siec inicjatyw w miejscach wydarzen i pamieci o ucieczce, przymusowych migracjach i wypedzeniu

Kontrowersyjna debata wokól Centrum przeciw Wypedzeniom prowadzona zarówno w Niemczech, jak i w Polsce, uwidocznila, ze temat ten ciagle jeszcze wywolywac moze glebokie podzialy. Szczególnie wyraznie jest on obecny na polsko-niemieckim pograniczu, poniewaz tak po polskiej, jak i po niemieckiej stronie zyja ludzie, którzy musieli opuscic swe rodzinne strony i rozpoczynac nowe zycie na obcej ziemi.

Zarówno w NRD, jak i w Polsce ucieczki i wypedzenia byly po 1945 roku tematem tabu. Dlatego tez Brandenburskie Towarzystwo Niemiecko-Polskie juz od 1994 roku zajmuje sie ta problematyka organizujac wieczory literackie, konferencje, konkursy na wspomnienia, wystawy. Dzialalnosc ta pokazala, ze mozliwa jest wspólna rozmowa na tematy trudne, bolesne dla pojedynczych ludzi. Wazne jest jednak, by uszanowac osobiste poczucie krzywdy, a takze pamietac o historycznej chronologii wydarzen (wojna, terror, eksterminacja, ucieczki i wypedzenia). Dzieki konfrontacji pojedynczego losu z kolejami zycia innych pokrzywdzonych powstac moze plaszczyzna porozumienia. I tylko w ten sposób mozna wkroczyc na droge prowadzaca do wspólnej przyjaznej terazniejszosci i przyszlosci.

Po obu stronach granicy zetknelismy sie z wieloma inicjatywami, poznalismy ludzi, którzy w podobny sposób podchodza do tematu wypedzen. Wlasnie w miejscowosciach pogranicza, miejscach wydarzen i pamieci, krzyzuja sie losy dawnych i dzisiejszych mieszkanców, wlasnie te miejsca stwarzaja mozliwosc przywolania wlasnych krzywd, spojrzenia na przezycia drugiej strony i próby ich zrozumienia. I cos takiego juz sie dzieje. Wystarczy zajrzec do Czaplinka, Witnicy, Choszczna, Gryfina, Chojny, Szczecina czy innych miejscowosci, by przekonac sie, ze zywe kontakty lacza ksiedza, dyrektora muzeum, kierowniczke biblioteki, nauczyciela, dawnego dyrektora szkoly itp. ze stowarzyszeniami dawnych mieszkanców, i ze w slad za tym ida konkretne dzialania –wspólne wystawy, uczniowskie projekty, ekumeniczne nabozenstwa, odslanianie kamieni i tablic pamiatkowych, opieka nad zniszczonymi niemieckimi cmentarzami, muzea, parki z historycznymi obiektami i pomnikami.

Przy okazji medialnej debaty wokól Centrum przeciw Wypedzeniom stalo sie jasne, ze owe oddolne inicjatywy i ich dzialalnosc jest niemal nieznana szerszej opinii publicznej. Czesto ludzie ci nie znaja sie tez miedzy soba. Chodzi wiec o stworzenie okazji, by te liczne grupy mogly sie poznac, stworzyc siec kontaktów i zaistniec publicznie, czego nie sa w stanie osiagnac pojedyncze, odizolowane inicjatywy. Istniejaca juz w tej chwili wspólprace i praktyke porozumienia miedzy dzisiejszymi i dawnymi mieszkancami tych miejscowosci mozna skutecznie przeciwstawic nacjonalizmowi i histerii debaty. Naszym wspólnym celem jest stworzenie dobrze funkcjonujacej regionalnej sieci inicjatyw skoncentrowanych na miejscach wydarzen i pamieci. Odwolujemy sie tu do kregu inicjatorów – ludzi z Polski i Niemiec, którzy od lat juz zajmuja sie tymi tematami. Jasne staje sie, ze takie poszukiwanie sladów nakierowane jest równiez na terazniejszosc i przyszlosc. Jaki jest dzisiaj stosunek Polaków i Niemców do uciekinierów i obcych przybyszy, którzy osiedlaja sie w ich miejscowosci lub regionie? Równiez ci ludzie domagaja sie uznania ich krzywd, równiez oni oczekuja akceptacji i poszanowania na obcej dla nich ziemi. Taka autentyczna, oddolna siec moglaby sie znacznie przyczynic do przezwyciezenia niecheci, nienawisci i wrogosci wobec obcych.

W ramach szerszego projektu pelnomocnika ds. cudzoziemców landu Brandenburgia „Zivile Brücken – Mosty spoleczne“ planujemy organizowanie polsko-niemieckich konferencji, seminariów, wykladów, wieczorów filmowych, wystaw w róznych miejscowosciach pogranicza. Pierwsze spotkania winny sluzyc poznaniu sie i wymianie doswiadczen. Ponadto maja one stworzyc okazje do wspólnego rozwijania nowych pomyslów, dzielenia sie problemami i trudnosciami, planowania wspólnych przedsiewziec itp. Po dokonaniu przegladu inicjatyw na pograniczu stworzona zostanie lista mailingowa dla zainteresowanych, która umozliwi zachowanie stalego kontaktu, wymiane informacji i pogladów na rózne tematy. Planujemy ponadto wycieczki badawcze do miejsc pamieci (glównie, choc nie wylacznie dla dziennikarzy). Przewidujemy wydac dokumentacje calosci przedsiewziecia w dwóch lub trzech zeszytach pisma TRANSODRA (stosunek do wspólnego dziedzictwa kulturowego; stereotypy i uprzedzenia; pamiec miejsc i pamiec ludzi i in.). Na zakonczenie projektu zamierzamy wydac kompendium obejmujace cala siec inicjatyw na polsko-niemieckim pograniczu.

Polsko-Niemiecki Klub Dziennikarzy „Unter Stereo-Typen / Pod Stereo-Typami“ bedzie wspieral te dzialania i im towarzyszyl. Ponadto uczestniczy on równiez w realizacji calego projektu tworzac regularny Polsko-Niemiecki Serwis Prasowy Online – TRANSODRA SPEZIAL.

Brandenburskie Towarzystwo Niemiecko-Polskie

Polsko-Niemiecki Klub Dziennikarzy „Unter Stereo-Typen / Pod Stereo-Typami“

Poczdam, 3.12.2004

ruth.henning@dpg-brandenburg.de

ewa.czerwiakowski@debitel.net


Robert Ryss: Wie man es in Chojna sieht

Ende November 2005 veranstaltete die Ostseeakademie in Travemünde eine Tagung zum Thema „Europa gestalten – deutsch-polnische Zusammenarbeit – aber wie?“. Eingeladen waren Deutsche und Polen, die sich mit den grenzüberschreitenden Fragen befassen. Wir drucken den stark gekürzten Vortrag von Robert Ryss aus Chojna ab.

Ich komme aus der kleinen Stadt Chojna, die 7.000 Einwohner zählt und etwa auf der halben Strecke zwischen Stettin und Berlin liegt. Bis 1945 hieß Chojna Königsberg in der Neumark. Ich bin Chefredakteur und Mitherausgeber der privaten Wochenzeitung Gazeta Chojenska , die ich Anfang 1990 zusammen mit einigen Freunden gegründet habe. Ich vertrete auch den Deutsch-Polnischen Journalistenklub „Unter Stereo-Typen“, der von Ruth Henning aus Berlin und Andrzej Kotula aus Stettin geleitet wird. Unser Klub verfügt über keinen Verwaltungsapparat, kein Büro, keine Angestellten, ist aber trotzdem seit über zehn Jahren aktiv und zwar mit gar nicht so schlechten Ergebnissen. 1997 wurde er mit einem Preis der Außenminister von Polen und Deutschland ausgezeichnet, den uns die Minister Kinkel und Rosati in Berlin verliehen haben. Die Gazeta Chojenska wurde im Rahmen eines polnischen Wettbewerbs für die unabhängige Presse, der vom Institut für Demokratie in Osteuropa veranstaltet wird, viermal ausgezeichnet. Besonders hoch schätzen wir die Auszeichnung, die uns der polnische Premier 2000 „für das unbeugsame Streben nach den Werten der Zivilgesellschaft“ zugesprochen hat.

Ich wohne zwölf Kilometer von der Grenze entfernt, unweit von zwei verkehrsreichen Grenzübergängen. In meiner Stadt gehören Deutsche auf den Straßen, in den Restaurants und Läden zum Alltag, ähnlich wie auf der anderen Seite der Oder Polen zum Alltag gehören. Diese Nähe ist wirklich bedeutend. Sie ist es, die Grenzgänger aus uns macht. Das Spezifische des Grenzgebietes wurde nie richtig verstanden – weder in Warschau noch in Berlin. Administrativ gesehen existiert die Grenze zwar immer noch, aber bei uns im Grenzgebiet ist sie seit den neunziger Jahren immer weniger spürbar. Dies verdanken wir mitnichten den Politikern, nicht einmal den Bürgermeistern der Grenzstädte, sondern den gewöhnlichen Bürgern beider Länder. Tagtäglich passieren Tausende jenseits und diesseits der Oder die Grenze, um einzukaufen oder von Dienstleistungen Gebrauch zu machen. Entscheidend sind die Preisunterschiede. Zum Symbol dieser Kontakte sind die Märkte an der Grenze geworden. Man kann sagen, ganz Chojna ist zu einem großen Markt geworden: In den achtziger Jahren gab es hier ein Dutzend Läden, heute sind es über hundert.

Seit vielen Jahren vertrete ich die Meinung, dass wir die Rolle derjenigen unterschätzen, die den grenznahen Handel betreiben. Oft werden sie von denen verspottet, die meinen, es wäre besser, Museen, Ausstellungen und Konzerte bei den Nachbarn zu besuchen. Ja, auch ich wäre dafür, aber ich bin mir im Klaren, dass die Kulturhungrigen eine verschwindende Minderheit sind, nicht nur bei uns im deutsch-polnischen Grenzgebiet, sondern in jeder Grenzregion: der polnisch-tschechischen, deutsch-niederländischen, deutsch-französischen etc. Es sind aber gerade die Verkäufer und die Käufer, die einander wirklich begegnen. Und sie haben große Verdienste, wenn es darum geht, Vorurteile zu überwinden, weil sie sich nicht durch das Fernsehen oder die Presse, sondern im Alltag kennen lernen. Diese Zehn- oder Hunderttausende Otto Normalverbraucher, die vielleicht nie in ihrem Leben ein Theater besucht haben – und auf dem anderen Oderufer erst recht nicht –, bilden eine feste Basis, auf die man bauen kann.

Bekanntlich beugen Geschäftsverbindungen sehr wirksam eventuellen Konflikten oder gar Kriegen vor. Das gilt nicht nur für Staaten, sondern auch für kleine Gemeinschaften und einzelne Menschen. Vor allem im Grenzgebiet wird das deutlich. Und nur dadurch kann ich mir erklären, warum es in den letzten fünfzehn Jahren an beiden Oderufern so wenig Handgreiflichkeiten oder Anschläge mit nationalistischem Hintergrund gab. So etwas kommt – zumindest in meiner Region – so gut wie gar nicht vor. Das ist um so interessanter, als die nächste deutsche Stadt hinter der Grenze, Schwedt, wegen ihrer rechtsradikalen Jugendgruppen einen schlechten Ruf hat. Die Polen, die mehrmals im Monat Schwedt besuchen, wissen zwar davon, aber sie begegnen den jungen Neonazis nicht und werden von ihnen nicht behelligt. Ähnlich verhält es sich auf der polnischen Seite. Auch hier haben wir viele Arbeitslose und die dörfliche oder kleinstädtische Bevölkerung ist meistens konservativ und misstrauisch gegenüber Fremden. Diejenigen aber, die theoretisch am meistens bereit sein könnten, eine aggressive Haltung gegenüber Deutschen an den Tag zu legen, verdienen gerade an diesen Deutschen, indem sie ihnen Zigaretten, Wurst oder anderes verkaufen. Konflikte mit den Deutschen anzuzetteln, wäre also gegen ihr Interesse.

Ganz nebenbei hat sich herausgestellt, dass der grenznahe Handel auch eine gute Sprachschule ist. Gewiss, es ist eine begrenzte Sprache, die man so lernt, oft eine verzerrte. Aber sie ermöglicht es immerhin, sich ohne Probleme zu verständigen. Der Sprachunterricht im Grenzgebiet ist freilich ein anderes Kapitel. Die letzten fünfzehn Jahre der Nachbarschaft haben gezeigt, dass die Schulen den neuen Aufgaben nicht immer gewachsen waren. Daher werden andere Formen des Sprachunterrichts gesucht. Eine von ihnen sind die Tandemsprachkurse. Ich selber bin seit fast zwei Jahren Teilnehmer eines solchen Kurses, der von der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg, dem Europahaus Angermünde und der Euroregion Pomerania organisiert wurde. Uns allen wurde schnell klar, dass dieses Unternehmen weit über einen gewöhnlichen Sprachunterricht hinausgeht. Die Tandempartner lernen die Sprache nicht nur in den Kursstunden, sie besuchen sich gegenseitig, veranstalten gemeinsam Ausflüge, kochen zusammen. Sie machen nicht nur ihre Hausaufgaben, sondern sie versuchen auch miteinander darüber zu reden, was für sie wichtig ist, sie lernen den Umkreis des Tandempartners, seine Familie und Landeskultur kennen. Und es gibt gewiss keine bessere Methode, die bestehenden Klischees abzulegen. Erstaunlich ist die Alters- und Berufszusammensetzung der Tandemgruppen: Es sind Frauen und Männer, Lehrer, Polizisten, Pastoren, Beamte, Journalisten und Verkäufer im Alter von 25 bis 65 Jahren. Sie wurden von keinem Arbeitsgeber aufgefordert, an diesen Kursen teilzunehmen, sie sind alle überzeugte Freiwillige.

Eine der wichtigsten Aufgaben, die sich meine Zeitung stellt, ist die Überwindung von Stereotypen. Das bringen wir zustande, indem wir verschiedene weiße Flecken in der Geschichte unserer Region mit Inhalt zu füllen versuchen. In der Gazeta Chojenska drucken wir u.a. Erinnerungen deutscher ehemaliger Einwohner von Königsberg in der Neumark ab, besonders über die Jahre 1945 bis 1947. Es gab Bedenken, wie die polnischen Leser der Zeitung die dramatischen Berichte der deutschen Vertriebenen aufnehmen würden. Aber ihre Reaktionen waren für mich eine große Überraschung: Für die Leser war das eine spannende Serie und sie wollten auch die Fortsetzung lesen. Das belegt, dass die Menschen auf die authentische alte und neue Geschichte ihrer Region, ihrer Stadt, ihrer Straße, ihres Hauses neugierig sind. Die Teilung in „unsere“ Geschichte, die 1945 beginnt, und die „fremde“ zuvor, verliert an Bedeutung. Im Bewusstsein der Menschen wird die Vergangenheit immer mehr eine unteilbare, wenn auch manchmal schmerzliche Geschichte und ein gemeinsames Erbe.

Mit der Entdeckung dieses gemeinsamen Erbes befasst sich das Projekt „Spurensuche – Alte, neue, fremde Heimat im deutsch-polnischen Grenzgebiet“, das Ruth Henning initiierte. Es ist ein Projekt der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Brandenburg und des Deutsch-Polnischen Journalistenklubs „Unter Stereo-Typen“, in dem es darum geht, ein Netzwerk zu schaffen, ein Netzwerk von Orten des Geschehens und der Erinnerung an Flucht und Vertreibung. Denn gerade dieses Thema ist im Grenzgebiet besonders präsent, da auf beiden Seiten der Grenze Menschen leben, die ihre Heimat verlassen und ein neues Leben in der Fremde beginnen mussten. In der DDR und der Volksrepublik Polen war die Vertreibung ein Tabuthema. Daher interessiert sich die Deutsch-Polnische Gesellschaft bereits seit 1994 für diese Problematik, organisiert Leseabende, Tagungen, Erinnerungswettbewerbe.

Bekannt wurde die zweisprachige Ausstellung „I wtedy nas wywiezli – Und dann mussten wir raus“ von Wanja Ronge, Martina Pietsch und Ewa Czerwiakowski. Sie basiert auf Gesprächen in den neunziger Jahren im Grenzgebiet, an denen sowohl Menschen teilgenommen haben, die hier ihre Heimat verlassen mussten, als auch solche, die aus dem polnischen Osten kamen und die verlassenen Häuser übernahmen. Ihre Berichte wurden mit keinerlei Kommentar versehen und zeigen die konkreten Schicksale einzelner Menschen, Polen und Deutscher. Die Ausstellung wurde zum ersten Mal 1999 in Chojna gezeigt, dann wanderte sie durch verschiedene Orte des Grenzgebietes.

Es stellte sich heraus, dass ein Gespräch über die schmerzhaften Erlebnisse möglich ist. Wichtig ist dabei, dass das persönliche Leid der jeweils Anderen anerkannt und die historische Chronologie Krieg, Terror und Vernichtung, Flucht und Vertreibung beachtet wird. Wenn ein Einzelschicksal mit den Lebenswegen anderer konfrontiert wird, kann ein Forum der Verständigung entstehen. Gerade im deutsch-polnischen Grenzgebiet kreuzen sich die Lebenswege der ehemaligen und heutigen Bewohner, gerade dort gibt es die Möglichkeit, sich des eigenen Schicksals zu erinnern und die Schicksale der Anderen kennen zu lernen und vielleicht auch zu verstehen. Nicht selten kommen Vertreter der Vertriebenenorganisationen dorthin, es werden gemeinsam Ausstellungen veranstaltet, Schülerprojekte realisiert, ökumenische Gottesdienste abgehalten. Gedenktafeln entstehen, zerstörte deutsche Friedhöfe werden in Ordnung gebracht und gepflegt. In Chojna wird zur Zeit die große gotische Marienkirche renoviert und an ihrem Wiederaufbau sind ehemalige Königsberger beteiligt, die heute in Hannover leben.

Das Thema „Zentrum gegen Vertreibungen“ belastete in den letzten Monaten die deutsch-polnischen Beziehungen. Die heftige Diskussion wurde hauptsächlich „oben“ geführt: in Berlin und Warschau, in den beiden Parlamenten und den zentralen Medien. Dieses Durcheinander überschattete die zahlreichen Aktivitäten im Grenzgebiet, die ohnehin wenig bekannt sind. Oft ist es auch so, dass die lokalen Initiatoren sich nicht einmal untereinander kennen. Das Projekt „Spurensuche“ will ein Netzwerk von solchen Initiativen schaffen, die dann der breiteren Öffentlichkeit vorgestellt werden können. Die bereits existierende deutsch-polnische Zusammenarbeit „von unten“ kann dem Nationalismus und der Hysterie in der Debatte entgegenwirken.

„Spurensuche“ ist Teil des umfassenderen Projekts „Zivile Brücken – Mosty spoleczne“, das die brandenburgische Ausländerbeauftragte leitet. Im Rahmen des Teilprojekts werden Seminare, Tagungen, Filmabende und nicht zuletzt Studienreisen veranstaltet, an denen Journalisten aus beiden Ländern, Museumsspezialisten und Initiatoren von verschiedenen lokalen deutsch-polnischen Projekten teilnehmen. Es soll in zwei Heften der Zeitschrift Transodra dokumentiert werden. Zur Zeit wird ein online-Pressedienst aufgebaut, in dem eine Auswahl von interessanten Pressebeiträgen aus beiden Ländern zusammengestellt wird.

Die hier erwähnten Aktivitäten ergeben ein optimistisches Bild. Ich fürchte – ein allzu optimistisches. In der Tat müsste man Projekte wie „Spurensuche“ als Versuche ansehen, das von uns in den letzten fünfzehn Jahren Versäumte aufzuarbeiten. Wir sind oft zusammengekommen, haben an Feierlichkeiten und Gottesdiensten teilgenommen, der Toten gedacht. Das war nicht wenig. Eines aber haben wir unterlassen: ein offenes und ehrliches Gespräch über die Themen zu führen, die am meisten schmerzen. Die besondere Sensibilität und Rücksichtnahme, die Anfang der neunziger Jahre notwendig war, war schnell überholt und wirkte dann störend. Und wir hatten nicht genug Mut, sie abzulegen. Darin liegt der Grund der ernsthaften Krise in den Beziehungen unserer beiden Länder. Leider fehlt es bis heute nicht an Menschen, die meinen, es gebe Themen, die man nicht ansprechen dürfe, weil dies die Zusammenarbeit beeinträchtigen würde. Tatsächlich aber wird sie beeinträchtigt, wenn man etwas verschweigt.

Nach fünfzehn Jahren einer normalen Nachbarschaft, der Nachbarschaft von zwei freien und demokratischen Staaten, gibt es sowohl Polen als auch Deutsche, die viele wichtige Tatsachen der Geschichte des Nachbarn nicht kennen. Und wenn sie etwas wissen, dann sind sie sich oft nicht darüber im Klaren, welche psychologischen Nachwirkung diese Tatsachen noch immer haben. Dies gilt besonders für den Zweiten Weltkrieg und seine Folgen. Die Polen wissen nicht, wie die Vertreibung nach 1945 die Erinnerung der Deutschen geprägt hat. Und die Deutschen wissen nicht, dass die Polen zutiefst überzeugt waren, nicht Deutschland, sondern Polen habe den Krieg verloren, da gerade Polen nach 1945 nicht imstande war, seine territoriale Integrität zu bewahren (die Sowjetunion nahm uns die Hälfte des Vorkriegsterritoriums weg), und für ein halbes Jahrhundert seine Unabhängigkeit verlor. Das steckt wie ein Dorn in den polnischen Seelen und daher kommt die überempfindliche Reaktion auf jegliche deutsche Ansprüche.

Ich will als Pole die wahre Geschichte meiner Stadt kennen lernen, auch wenn das keine einfache Geschichte ist. Aus diesem Grund veröffentlichte ich anlässlich des 750-jährigen Bestehens von Chojna/Königsberg eine Artikelserie über die Anfänge und die Entwicklung der Stadt, wobei ich auch über ihre deutsche Geschichte schrieb und die dramatischen Berichte der vertriebenen Deutschen abdruckte. In anderen Beiträgen versuchte ich, den Mythos der tausendjährigen deutsch-polnischen Feindschaft zu hinterfragen. Ich betrachte Chojna als meine Stadt, als meine Heimat, in der ich berechtigt bin zu leben. Ich habe keine Komplexe gegenüber den Deutschen. Ich fühle mich hier sicher und habe kein Bedürfnis, dies mit irgendwelchen ideologischen oder politischen Lügen zu begründen. Ich bin hier heimisch und möchte daher wissen, was früher in meinem Haus und in meinem Land geschehen ist. Das möchte ich auch gerne in den deutschen Archiven recherchieren können.

Es gibt viele Polen, die sich nicht auf ein offenes Gespräch einlassen wollen. Warum? Weil sie sich unsicher fühlen. Diese Unsicherheit kennen wir gut aus den alten Zeiten. Jedes Mal, wenn die deutsche Seite die Grenze an Oder und Neiße in Frage gestellt hat, sprachen alle Polen, sogar die Gegner des Kommunismus und die Kirche einstimmig mit den Kommunisten von den „urpolnischen Gebieten“, dem „urpolnischen Breslau und Stettin“. Nachdem es die Hälfte seines Staatsterritoriums verloren hatte, bedeuteten die übernommenen, ehemals deutschen Gebiete für Polen „Sein oder Nichtsein“. Wir wussten zwar, dass dies eine teuflische Falle von Stalin war: Es ging darum, das Zerwürfnis zwischen den Deutschen und Polen zu festigen und uns noch stärker an Moskau zu binden, das uns vor den bösen BRD-Deutschen schützen sollte. Aber wir konnten nicht umhin, uns darauf einzulassen, denn die Geschichte ließ uns keine andere Wahl. So gab es im letzten halben Jahrhundert keine Möglichkeit, offen miteinander zu reden. Denn ein solches Gespräch ist nur dann möglich, wenn beide Gesprächspartner über innere und äußere Freiheit verfügen. Jetzt ist diese Voraussetzung erfüllt. Und es geht nur darum, vor dieser schwierigen Freiheit nicht zu fliehen.


Z perspektywy Chojny

Pod koniec listopada tego roku Ostseeakademie w Travemünde zorganizowala konferencje pod haslem „Ksztaltowac Europe – wspólpraca polsko-niemiecka – ale jaka?” Do wspólnej dyskusji zaproszeni zostali Polacy i Niemcy zajmujacy sie transgranicznymi problemami. Przedrukowujemy skrócony tekst wystapienia Roberta Ryssa z Chojny.

Przyjechalem tu z malego, siedmiotysiecznego miasteczka Chojna, lezacego mniej wiecej w polowie drogi miedzy Szczecinem a Berlinem. Do 1945 roku Chojna nazywala sie Königsberg in der Neumark. Jestem redaktorem naczelnym i wspólwlascicielem prywatnego tygodnika Gazeta Chojenska , który wraz z kolegami zakladalem na poczatku 1990 roku. Wystepuje przed Panstwem jako przedstawiciel Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarzy „Pod Stereotypami”, kierowanego przez Ruth Henning z Berlina i Andrzeja Kotule ze Szczecina. Nasz Klub nie ma rozbudowanej struktury administracyjnej, biura, pracowników itp., a mimo to dziala juz ponad dziesiec lat i chyba z niezlymi wynikami, bo w 1997 roku dostal nagrode ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec, która wreczali w Berlinie minister Kinkel i minister Rosati. Natomiast sama Gazeta Chojenska cztery razy nagradzana byla w ogólnopolskim konkursie dla niezaleznej prasy lokalnej, organizowanym przez Instytut na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej. Szczególnie cenimy sobie wyróznienie przyznane nam w 2000 roku przez ówczesnego premiera polskiego rzadu „za nieustepliwe trwanie przy wartosciach obywatelskich”.

Mieszkam 12 km od granicy, tuz obok dwóch ruchliwych przejsc granicznych. W moim miasteczku Niemcy to codziennosc: na ulicach, w sklepach, w restauracjach. Podobnie Polacy po drugiej stronie Odry. Ta fizyczna bliskosc granicy jest niezwykle wazna. Dzieki temu mozemy smialo nazywac sie ludzmi pogranicza. A specyfiki pogranicza nigdy dobrze nie rozumiano ani w Warszawie, ani w Berlinie. Administracyjna granica nadal istnieje, jednak na pograniczu od poczatku lat dziewiecdziesiatych stawala sie stopniowo coraz mniej zauwazalna. Zawdzieczamy to wcale nie politykom czy burmistrzom przygranicznych miast, lecz zwyklym obywatelom obu krajów. Codziennie tysiace mieszkanców z obu stron Odry przekraczaja granice po zakupy lub jakies uslugi, wykorzystujac róznice cen. Symbolem tych kontaktów staly sie targowiska przygraniczne. W pewnym sensie cala Chojna stala sie jednym wielkim targowiskiem, bo liczba sklepów z kilkunastu w latach osiemdziesiatych urosla do ponad stu w latach dziewiecdziesiatych.

Od wielu lat uwazam, ze nie doceniamy roli, jaka odgrywaja ludzie zajmujacy sie przygranicznym handlem. Sa oni czesto przedmiotem kpin i pogardy ze strony tych, którzy uwazaja, ze zamiast na zakupy, powinno sie odwiedzac muzea, wystawy, koncerty. Oczywiscie ja tez chcialbym, zeby takich ludzi bylo jak najwiecej, ale wiem, ze zawsze beda oni w ogromnej mniejszosci – nie tylko na pograniczu polsko-niemieckim, ale na kazdym pograniczu: polsko-czeskim, niemiecko-holenderskim, niemiecko-francuskim itd. Jednak to wlasnie ci sprzedajacy i kupujacy naprawde sie spotykaja, rozmawiaja ze soba, czasem nawet ucza sie jezyka. To oni maja wielkie zaslugi w przelamywaniu wzajemnych stereotypów – tylko dlatego, ze znaja sie nie z gazet czy dzienników telewizyjnych, ale z zycia. Te dziesiatki czy setki tysiecy zwyklych mieszkanców, którzy byc moze nigdy w zyciu nie byli w teatrze, a tym bardziej w teatrze za Odra, stanowia gleboki fundament, na którym mozna budowac.

Jak mówi stara prawda, nic lepiej nie zapobiega konfliktom i wojnom, jak powiazanie wspólnymi interesami. Dotyczy to nie tylko panstw, ale takze mniejszych spolecznosci i konkretnych ludzi. To wlasnie obserwujemy na pograniczu. I tym tlumacze sobie to, ze przez pietnascie lat na palcach jednej reki policzyc mozna bylo po obu stronach Odry bójki i napady na tle nacjonalistycznym. To zjawisko praktycznie nie istnieje, przynajmniej w moim regionie. Jest to tym ciekawsze, ze najblizsze, oddalone tylko o 15 km od Chojny niemieckie miasto Schwedt cieszy sie w Niemczech nie najlepsza slawa z powodu istnienia tam skrajnie prawicowych grup mlodziezy. Z punktu widzenia Polaka jezdzacego kilka razy w miesiacu do Schwedt mozna powiedziec, ze byc moze ci mlodzi nazisci gdzies tam sa, ale Polacy ich nie spotykaja ani nie sa przez nich niepokojeni. Podobnie jest po polskiej stronie, gdzie mamy wielu bezrobotnych, srodowiska wiejskie i malomiasteczkowe, a wiec z reguly konserwatywne, nieufne wobec obcych. Ale ci, którzy teoretycznie sa najbardziej predysponowani do agresywnych zachowan wobec Niemców, na tych Niemcach zarabiaja sprzedajac im papierosy, kielbase czy jeszcze cos innego. I gdyby ci ludzie inicjowali jakies konflikty z Niemcami, dzialaliby na wlasna szkode.

Przy okazji okazalo sie, ze przygraniczny handel jest dobra szkola jezyka. Ten jezyk oczywiscie jest ograniczony, koslawy, ale pozwala bez klopotu sie porozumiec. Zreszta nauka jezyka sasiada na pograniczu to osobny rozdzial. Pietnascie lat sasiedztwa pokazalo, ze oficjalne szkoly nie zawsze staja na wysokosci zadania. Szuka sie wiec dodatkowych form. Jedna z nich sa jezykowe kursy tandemowe. Mam szczescie uczestniczyc od blisko dwóch lat w takim kursie, organizowanym przez Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie, Europahaus Angermünde i Euroregion Pomerania. Szybko okazalo sie, ze takie przedsiewziecie wykracza daleko poza zwyczajny kurs jezykowy. Partnerzy tandemów ucza sie nie tylko w trakcie spotkan kursowych, ale odwiedzaja sie, organizuja wspólne wycieczki, razem gotuja. Nie tylko odrabiaja zadania, ale próbuja tez rozmawiac o tym, co jest dla nich wazne. Poznaja srodowisko, rodzine partnera, kulture jego kraju. Nie ma chyba lepszej metody na kruszenie uprzedzen. Zdumiewajacy jest przekrój wiekowy i zawodowy tandemowych grup: sa to kobiety i mezczyzni, nauczyciele, policjanci, pastorzy, urzednicy, dziennikarze, handlowcy w wieku od 25 do 65 lat. Na kurs nie zostali skierowani przez pracodawców, lecz sa absolutnymi ochotnikami.

Przelamywanie stereotypów to jedno z wazniejszych zadan, jakie postawila sobie moja gazeta. Próbujemy robic to m.in. poprzez wypelnianie róznych bialych plam w historii naszego regionu. I tak publikowalismy w Gazecie Chojenskiej wspomnienia dawnych niemieckich mieszkanców Königsbergu, zwlaszcza z lat 1945-47. Pojawialy sie obawy, jak zostana odebrane przez polskich czytelników dramatyczne relacje niemieckich wypedzonych. I stalo sie cos, co jest dla mnie jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek. Otóz dla czytelników cykl ten byl jak pasjonujacy serial w odcinkach. To optymistyczny znak, swiadczacy, ze ludzie spragnieni sa autentycznej wiedzy o dalszych i blizszych dziejach swego miasta, swojej wsi, ulicy, domu. I coraz mniej wazny staje sie podzial na historie „nasza”, zaczynajaca sie po 1945 roku, i na historie „obca”, wczesniejsza. W swiadomosci ludzi przeszlosc przeistacza sie w jedna, nierozdzielna, czesto bolesna, ale wspólna historie i wspólne dziedzictwo.

Odkrywaniem tego wspólnego dziedzictwa zajmuje sie projekt „Po sladach – stara, nowa obca mala ojczyzna na polsko-niemieckim pograniczu”, zainicjowany przez Ruth Henning. Realizuje go Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie i Polsko-Niemiecki Klub Dziennikarzy „Pod Stereotypami“. Chodzi o stworzenie sieci, obejmujacej miejsca wydarzen i pamiec o ucieczce, przymusowych migracjach i wypedzeniu. Temat ten szczególnie wyraznie obecny jest na polsko-niemieckim pograniczu, poniewaz na obu brzegach Odry zyja ludzie, którzy musieli opuscic swe rodzinne strony i rozpoczynac nowe zycie na obcej ziemi. W NRD i w PRL wypedzenia byly po 1945 roku tematem tabu. Dlatego tez Brandenburskie Towarzystwo Polsko-Niemieckie juz od 1994 roku zajmuje sie ta problematyka, organizujac wieczory literackie, konferencje, konkursy na wspomnienia.

Rozglos zdobyla tez dwujezyczna wystawa o wypedzeniach Polaków i Niemców w latach 1939-1949 „I wtedy nas wywiezli – Und dann mussten wir raus”, której autorami sa Wanja Ronge, Martina Pietsch i Ewa Czerwiakowska. Wystawa jest owocem rozmów prowadzonych na pograniczu przez w latach dziewiecdziesiatych z ludzmi, którzy po 1945 roku musieli opuscic tu swoje domy, a takze z tymi, którzy przyjechali na ich miejsce ze Wschodu. Relacje nie zostaly opatrzone zadnym komentarzem, gdyz nastawione byly na uchwycenie dramatów konkretnych ludzi, konkretnych Polaków i Niemców. Wystawa miala premiere w 1999 roku w Chojnie, a potem pokazywana byla w róznych miejscowosciach po obu stronach Odry.

Okazalo sie, ze mozliwa jest rozmowa na tematy bolesne. Trzeba tylko uszanowac osobiste poczucie krzywdy, pamietajac jednoczesnie o historycznej chronologii wydarzen: najpierw byla wojna, terror, eksterminacja, potem ucieczki i wypedzenia. Dzieki konfrontacji pojedynczych losów ludzi pokrzywdzonych przez historie powstac moze plaszczyzna porozumienia. Na pograniczu krzyzuja sie te losy. Dlatego wlasnie te miejsca stwarzaja mozliwosc nie tylko opowiedzenia o wlasnych krzywdach, ale takze spojrzenia na przezycia drugiej strony i próby ich zrozumienia. Przyjezdzaja tam czlonkowie stowarzyszen dawnych mieszkanców, organizowane sa wspólne wystawy, uczniowskie projekty, ekumeniczne nabozenstwa, pojawiaja sie tablice pamiatkowe, ludzie opiekuja sie zniszczonymi niemieckimi cmentarzami. W Chojnie odbudowywany jest wielki, gotycki kosciól Mariacki i w odbudowe zaangazowani sa tez dawni niemieccy mieszkancy, zyjacy teraz w Hanowerze.

W ostatnich kilkunastu miesiacach dominujacym tematem w stosunkach polsko-niemieckich stalo sie Centrum przeciw Wypedzeniom. Ostre dyskusje prowadzone sa z reguly na samej górze: w Warszawie, Berlinie, w obu parlamentach i w centralnych mediach. To zamieszanie przyslonilo rózne oddolne inicjatywy na pograniczu, które i tak pozostawaly niemal nieznane. Czesto ludzie zajmujacy sie tymi lokalnymi przedsiewzieciami nie znaja sie miedzy soba. W projekcie „Po sladach” chodzi wiec o to, by ci ludzie mogli sie poznac, stworzyc siec kontaktów i zaistniec publicznie. Funkcjonujaca juz „oddolna” wspólprace miedzy obecnymi i dawnymi mieszkancami mozna skutecznie przeciwstawic nacjonalizmowi i histerii debaty o Centrum przeciw Wypedzeniom.

Projekt „Po sladach” realizowany jest w ramach szerszego projektu pelnomocnika ds. cudzoziemców landu Brandenburgia „Zivile Brücken – Mosty spoleczne“. Organizowane sa seminaria, wieczory filmowe czy wreszcie podróze studyjne. Uczestnicza w nich dziennikarze z obu krajów, animatorzy kultury, muzealnicy, autorzy rozmaitych lokalnych przedsiewziec polsko-niemieckich. Planowana jest dokumentacja calosci przedsiewziecia w dwóch zeszytach czasopisma „Transodra”. Powstaje internetowy serwis prasowy online z wyborem najciekawszych artykulów z prasy obu krajów na temat szeroko pojetych wzajemnych stosunków.

Z przedstawionych faktów wylania sie optymistyczny obraz. Obawiam sie, ze zbyt optymistyczny. W rzeczywistosci przedsiewziecia w rodzaju projektu „Po sladach” nalezy traktowac jako próby nadrabiania powaznych zaniedban i zaleglosci, do jakich dopuscilismy sie wszyscy. Przez pietnascie lat spotykalismy sie, uczestniczylismy w podnioslych uroczystosciach, nabozenstwach, wspominalismy zmarlych. To niemalo. Ale czegos zabraklo: szczerej i otwartej rozmowy na najbardziej bolesne tematy. Ostroznosc i delikatnosc, które byly konieczne na poczatku lat dziewiecdziesiatych, szybko staly sie anachroniczne i szkodliwe. Nie mielismy odwagi tego przelamac. I to jest jedna z glównych przyczyn kryzysu w stosunkach miedzy naszymi panstwami. Niestety, jeszcze dzis sa osoby, które uwazaja, ze nie powinno sie o pewnych rzeczach mówic, bo szkodzi to wspólpracy. Tymczasem szkodzi, jesli o nich nie mówimy.

Po pietnastu latach normalnego sasiedztwa dwóch wolnych i demokratycznych krajów zarówno Niemcy, jak i Polacy nie znaja wielu waznych faktów z historii kraju sasiada. A jesli znaja, to nie wiedza, jaka maja one wage psychologiczna. Dotyczy to zwlaszcza drugiej wojny i jej skutków. Polacy nie sa swiadomi, jak gleboki slad w psychice Niemców zostawilo wysiedlenie czy wypedzenie po 1945 roku. Z kolei Niemcy nie wiedza, ze Polacy uwazaja, iz w rzeczywistosci wojne przegraly nie Niemcy, ale Polska, bo po 1945 roku nie obronila integralnosci terytorialnej (Zwiazek Radziecki zabral nam polowe przedwojennego terytorium) i na pól wieku stracila suwerennosc. To tkwi w polskich duszach jak ciern. Dlatego jest tak duza wrazliwosc na niemieckie roszczenia.

Naleze do tych Polaków, którzy chca poznac prawde o historii swego miasta, niezaleznie, jak trudna jest ta prawda. Dlatego jedenascie lat temu na 750-lecie Chojny publikowalem w Gazecie Chojenskiej cykl o poczatkach miasta, nie ukrywajac niemieckich rozdzialów historii Königsbergu. Drukowalismy tragiczne wspomnienia wypedzanych Niemców. W innych tekstach burzylem mit rzekomej tysiacletniej wrogosci polsko-niemieckiej. Uwazam Chojne za swoje miasto, za swój heimat , w którym mam prawo zyc. Nie mam kompleksów wobec Niemców. Czuje sie tu pewnie, uwazam sie za gospodarza i nie musze uzasadniac tego zadnymi ideologicznymi ani politycznymi klamstwami. Jako gospodarz chce wiedziec, co dzialo sie w moim domu i na mojej ziemi w przeszlosci. Chce sie tego dowiadywac takze z niemieckich archiwów.

Jest wielu Polaków, którzy nadal nie sa gotowi do otwartej rozmowy o historii dawnych niemieckich ziem. Dlaczego? Dlatego ze czuja sie zagrozeni i niepewni. To poczucie niepewnosci znamy z dawnych lat. Kazdorazowe kwestionowanie przez Niemcy granicy na Odrze i Nysie powodowalo, ze wszyscy Polacy, nawet antykomunisci i Kosciól, mówili jednym glosem z komunistami o „prapolskich ziemiach” o „prapolskim Wroclawiu i Szczecinie”. Po stracie polowy terytorium na wschodzie przejecie dawnych ziem niemieckich bylo dla Polski kwestia „byc albo nie byc”. Wiedzielismy, ze jest to szatanska pulapka, zastawiona na nas przez Stalina. Miala ona jeszcze bardziej sklócic nas z Niemcami, a jednoczesnie skazac na sojusz z Moskwa, broniaca Polaków przed „zlymi Niemcami” z RFN. Ale weszlismy w te pulapke, bo innej mozliwosci historia nam nie zostawila. Przez pól wieku nie bylo wiec warunków do szczerej rozmowy Polaków i Niemców, bo taka rozmowa jest mozliwa tylko wtedy, gdy obaj partnerzy sa wolni. Wolni zewnetrznie i wewnetrznie. Teraz te warunki sa spelnione. Chodzi tylko o to, zebysmy od tej trudnej wolnosci nie próbowali uciekac.